BrzydULA - jedyne forum fanów serialu

Forum dyskusyjne miłośników serialu "BrzydULA"

Nie jesteś zalogowany.

#451 2010-09-16 09:09:29

Iwona
Kochanka Marka
Zarejestrowany: 2009-08-07
Posty: 4431

Re: Strychnine odwaliło i wzięła się za miniaturki xD

Strychnine big_smile
Gratuluję. big_smile Bardzo fajnie się czytało.
Kilka razy parsknęłam śmiechem lol2 Wszystko już wycytowane i przeanalizowane więc nie będę się powtarzać.
Dzięki za wykorzystanie mojej wirtualnej osoby. big_smile
Najbardziej urzekło mnie Twoje zeznanie w pomidorowym sądzie. Końcówka natomiast mnie rozwaliła. lol Życzę Ci, żeby pojawiła się taka koperta na Twoim pasku zadań. Jesteś bardzo pozytywnie zakręcona lol
Pozdrawiam


"Wszystko, co dobre, jest nielegalne, niemoralne albo powoduje tycie." lol 
I heart Radosną twórczość.

Offline

 

2010-09-16 09:09:29

Cindy
Najlepsza doradczyni na forum

#452 2010-09-18 21:08:14

mlawer
Prostuje spinacze
Zarejestrowany: 2009-09-09
Posty: 3326

Re: Strychnine odwaliło i wzięła się za miniaturki xD

Babóś wybacz, że dopiero teraz - dorwałam wreszcie net i nawet męczącemu mnie katarowi powiedziałam "spokój" byle tylko skomentować to... no... to... właśnie TO lol2

Strychnine napisał:

„Na każdą namiętność znajdzie się paragraf”, czyli miłość w majestacie Pomidorowego Prawa

Pfff! No jak nie jak tak! Law & Order! Zafsze i wszendzie lol2

Strychnine napisał:

Tak więc obudziłam się, ale zanim zdążyłam choćby przetrzeć zaspane oczęta knykciami, przyszedł po mnie jakiś facet. Odsunął drzwi mojego pokoiku z głośnym skrzypnięciem. Te drzwi były naprawdę fajne, najfajniejsze w całym moim pokoiku. Były ciężkie, kute z żelaza w taki trochę staromodny motyw kraty. W ogóle ten pokoik to by mi się nawet podobał z tym swoim minimalistycznym wyposażeniem, aczkolwiek prycza była dość twarda, a jakaś sprężyna wbijała mi się pomiędzy żebra.

lol2 lol2 minimalistyczne wyposażenie lol3 drzwi z motywem kraty... szkockiej??? lol3 A tego... współlokatorów nie było? tongue

Strychnine napisał:

Wracając jednak do faceta, nie wiem nawet na pewno, czy to był facet. Tak przypuszczam, bo chrząkał tak męsko, kiedy nakazywał mi wstać i iść wyjść z pokoiku, ale z twarzy mało przypominał człowieka. Raczej dynię, choć może to brzmieć dość dziwnie. Zresztą ja nie zamierzałam sprawdzać, czy to ten dyń, czy może ta dynia.

lol2 Ten dyń! Tró dobrze, żeś nie badała, to by na pewno podpadało pod molestwowanie i to zapewne jakieś rodzinno-patologiczne lol3 Nie mówiąc już o reakcji jednego Wielkiego Korektora na takowe działania tonguetonguetongue

Strychnine napisał:

Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, jak ciemny był mój przytulny pokoik. Miałam tam zresztą przyjaciela. Siedział pod ścianą, wiecznie uśmiechnięty, o ile dobrze widziałam w tych ciemnościach. Miał jedną wadę – był trochę małomówny. To ja ciągle gadałam, a on nawet nie próbował podtrzymać rozmowy. I strasznie chudy był. Niemal same kości.

Nie mów lol2 Czyżby Bob na diecie celulozowej??? tonguetonguetonguetongue

Strychnine napisał:

To było duże pomieszczenie o wysokim sklepieniu i ścianach wyłożonych ciemnym, błyszczącym i odrobinę tandetnym drewnem.

<słoń został ómarnięty> Skąd wiesz??? No skąd wiesz, że to właśnie tak wygląda??? Kropka w kropkę tonguetonguetongue

Strychnine napisał:

Sala nie była, oczywiście, pusta. Było w niej pełno ludzi, chociaż tłum, który się tam znajdował, ciężko nazwać ludźmi, aczkolwiek taka generalizacja może się okazać dość wygodna, bo ciężko wymienić wszystko to, co się tam znajdowało. Łatwiej by było wyliczyć to, czego tam nie było.
W morzu głów, rogów, pędów, łap i innych odnóży, którymi wymachiwali z przejęciem obecni, wydając z siebie przeróżne dziwne dźwięki, dopatrzyłam się wielu znajomych twarzy. Był tam mój brat Adam. Siedział w dalekim kącie sali wraz z żoną, która pomachała do mnie kopytkiem i zamuczała pokrzepiająco. Kilka rzędów dalej siedziały moje cztery latorośle, które wyglądały na wyraźnie strapione. Beja, Cykóta i Śrubka szeptały o czymś z napięciem, podczas gdy Struś z niepokojem przyglądała się parkietowi, który z całą pewnością nie nadawał się, by wbić w niego głowę w razie potrzeby. W dalszej części sali dostrzegłam także moje wnuczki – Indyczka, Kitty i Asiolka.

lol2 ... lol3 Tró.... tylko Ty to potrafisz poklony2 poklony2 Normalnie zabiłaś mnie... Adaś i jego parzystokopytna (zdaje się mysli) żona, Struśka oglądająca z obawą parkiet... Całe forómowe plemię, jako żywe tonguetonguetongue I tylko przez chwilę poczułam się zaniepokojona, że nie zostałam zaliczona w poczet wnucząt. tonguetonguetongue Szybko poznałam przyczynę lol3 lol3

Strychnine napisał:

Nie miał zbyt wielkiego wyboru, ponieważ drugie krzesło zajęte było już przez moją obrończynię. Nie widziałam jej znad stosów papierów, które rozłożyła przed sobą na stole, a także na moim krześle, co zarejestrowałam dopiero, gdy poczułam pod pośladkami jakąś wypchaną do granic możliwości teczkę. Wyjęłam ją spod dolnej części pleców i ostrożnie odłożyłam na stosik na stole, po czym jęłam rozgarniać papiery, by móc w trochę bardziej cywilizowany sposób porozmawiać z moją panią adwokat, ale jedyne, co mi się udało osiągnąć, to widok wertującej dokumenty różowej trąby.

<leży i kwiczy> *zastanawia się, czy słonie potrafią kwiczeć* <ma to w trombi i kwiczy dalej> Normalnie jakbym widziała moje biurko w pracy lol3 lol3 lol3

Strychnine napisał:

- Bardzo źle to wygląda? – spytałam bez cienia niepokoju, siląc się na zainteresowanie. Swoją uwagę skupiłam jednak na niedużej grupie wsparcia, która utworzyła się w rzędzie tuż za mną. W osobach trzymających transparent z napisem „UWOLNIĆ TRÓ – TRÓ NA MODA”, rozpoznałam między innymi Alice, Klaudusię, Iwonę oraz Ulomarkoholiczkę.

Trzeba było dorzucić jeszcze Lanę tonguetonguetonguetongue Tró na moda!!!

Strychnine napisał:

- Nie będzie łatwo, ale damy radę – odparł Słoń zza muru dokumentów, zupełnie nie spostrzegłszy moich zmagań z moimi najpierwotniejszymi instynktami. Wciąż siedziała z trąbą w papierach. – Dostałaś najlepszego z możliwych adwokatów z urzędu – dodała nieskromnie.
- Dlaczego nie pracujesz dla tych, którzy mają ci czym zapłacić, tylko dla tej całej hołoty, która nie ma nawet jednej grządki zgniłych pomidorów w FarmVille? – spytałam, gdy doprowadziłam się do porządku. – Masz jakąś wewnętrzną potrzebę pomagania takim wyrzutkom, jak ja?
- Bynajmniej – prychnęła Mlawer, marszcząc trąbę. – Po prostu zbyt krótko w tym siedzę. Nie mam jeszcze tylu znajomości. Ludzie wciąż patrzą z pewną dozą sceptycyzmu na mnie i mój niesprany jeszcze róż. Kwalifikacje są tutaj czynnikiem drugorzędnym.
- Z jednej strony to przykre, że się tu marnujesz, ale z drugiej to się cieszę. Wyciągniesz mnie z tego bagna.
- Yhym – mruknęła pani adwokat. – A kiedy cię z tego bagna wyciągnę, wtedy na pewno mój status...

lol2 lol2 lol2 Sama jestem ciekawa co by się stało z moim statusem tonguetonguetongue A mój rósz, choć niesprany nie jest taki nowy... Znaczy zależy jak na to spojrzeć... Bo rószowym słoniem to jestem od prawieków tonguetonguetonguetongue A i znajomości też zaczynam mieć tonguetonguetongue No może jeszcze nie płodzę czteropaków z Władzą Najwyższą, ale kto wie... <patrzy badawczo czekając na reakcję Ann> tonguetonguetonguetongue

Strychnine napisał:

- Co to ma być?! – ryknął On zza Dyniogłowego swym niemożliwym do opisania ludzkim językiem głosem, wprowadzając mnie na powrót w trans. – Zapłaciłem tonę pomidorów za JEJ SIOSTRĘ?! I to jeszcze taką, która żywi do mnie niechęć graniczącą z odrazą? Ona ma mnie reprezentować?! Ktoś tu chyba sobie żarty ze mnie stroi! Jestem poszkodowany, pamiętacie? Domagam się sprawiedliwego procesu, a tu już na początku takie machloje!
- Proces będzie sprawiedliwy – burknęła Ann, spoglądając na mojego lubego spode łba. Jej różowa toga zaszeleściła, gdy zacisnęła pięści. – Jesteśmy siostrami przyrodnimi, a ja jestem profesjonalistką, potrafię oddzielić życie prywatne od zawodowego.

Taaaa... tylko Tró potrafi opisać Boba w całej jego wspaniałości lol2 lol3 I tylko Ann potrafi zachować spokój wobec jego nieodpartego wdzięku tonguetonguetongue


Strychnine napisał:

- Tyle lat studiów, aplikacja, Bóg jeden wie, co jeszcze, a to jej płacą za reprezentowanie w sądzie... – jęknęła Słonik zza jakiegoś dokumentu.

Pfff! Jawna dyskryminacja! lol2

Strychnine napisał:

Miałam tylko jeden cel: dostać się do Niego. Wsłuchiwałam się w każde słowo, nie rozumiejąc nawet jego sensu. Nie zrozumiałam także tego, co powiedziała do niego Ann, zapewne z intencją rozwiania jego wątpliwości.
- Możesz być pewny, że jestem kompetentna. Jestem Najwyższą Kapłanką Kupizmu, zastępcą Najwyższej Kapłanki Pomidoryzmu i jej siostrą...
- ŻE CO PROSZĘ?! To sędzia też jest siostrą... tej tam?! – Domyśliłam się, że wskazał na mnie palcem. Myśli spowiła mi jakaś przedziwna, gęsta mgła. Zrozumiałam tylko tyle, że tym gestem wzywa mnie do siebie. Chce, bym podeszła, usiadła na nim i namiętnie pocałowała, z namaszczeniem wplatając palce w jego włosy.
- Nie. One są moimi siostrami, ale same dla siebie siostrami nie są – wyjaśniła Mu znudzonym tonem Ann.
- Nie rozumiem.
- Ja też nie. Nie wnikaj, dla świętego spokoju.

Nie wnikaj, Bob. Ann dobrze Ci radzi. Nie wnikaj w tajemnice dszeffa... Albowiem są one niepojęte i ludzki umysł mógłby nie wytrzymać ich ogromu tonguetonguetonguetonguetongue A Tró jak zawsze okazuje się mistrzynią, tym razem w odczytywaniu mowy ciała! lol2 lol2 lol2

Strychnine napisał:

- Zabierzcie ją ode mnie! – jęknął, kuląc się na krześle i odsuwając jak najdalej ode mnie. Po raz kolejny bezwiednie potoczyłam dziko oczami i odsłoniłam zęby, którymi w tej chwili miałam ochotę wgryźć się w jego słodziuchne gardziołko. Seksownie (w moim mniemaniu) oblizałam wargi, po czym potulnie pozwoliłam się odprowadzić na miejsce. Tym razem przypięto mnie do krzesła kajdankami z różowym puszkiem, które ukradkiem podała Dyniogłowemu Ann, szepcząc mu jednocześnie do ucha: „Nie zapomnij ich potem odebrać. Kolacja o siódmej, nie spóźnij się.” Dyniowaty kiwnął... dynią. Spojrzałam ponownie w lewo. Nie omieszkałam mrugnąć do mojego lubego i zaproponować mu bezgłośnie czegoś, na co zareagował jeszcze bardziej rozpaczliwym jękiem.

lol2 lol2 Ann zawsze je ze sobą nosi??? Te kajdanki??? Biedny Dyniogłowy - nie zna dnia ani godziny tonguetonguetonguetongue
A te Twoje namiętne znaki przekazywane lubemu... Tró mordujesz mnie bezlitośnie! lol3 lol3 lol3

Strychnine napisał:

- Proszę wstać, Najwyższa Kapłanka Pomidoryzmu idzie! – zaanonsował w końcu Dyniogłowy, na co wszyscy zamilkli i powstali. Przez drzwi po lewej stronie, których wcześniej nie zauważyłam, do sali wkroczyła niezwykła postać. Chociaż „wkroczyła” to nie jest najszczęśliwsze słowo w tej sytuacji. Ona po prostu wbiegła do sali, kłapiąc po podłodze rozdeptanymi papuciami i łopocząc połami szlafroka, ozdobionego tu i ówdzie pomidorami. Na głowie miała pasujący do całości turban z puchatego ręcznika, spod którego na twarz opadały jej kosmyki mokrych, ciemnych włosów. Z kieszeni szlafroka wystawała jej butelka szamponu i szczoteczka do zębów, a pod pachą miała jakąś książeczkę, oprawioną w czarną sztuczną skórę. Prawdopodobnie był to organizer, ponieważ zanim zajęła swoje miejsce na wyłożonym różową materią tronie, wskazała go palcem i rzuciła w kierunku loży moderatorskiej przepraszające: „Zupełnie zapomniałam, musiałam zebrać truskawki na farmie.”
- No dobra, jedziemy z tym koksem, mam dziś jeszcze do rozpatrzenia parę pozwów o napaść z pomidorem w ręku... Co my tu mamy? – Zaczęła gorączkowo przerzucać leżące przed nią papiery, ostatecznie zrzucając wszystkie na podłogę. Podniosła wzrok i z lekkim rumieńcem na twarzy zwróciła się do Ann: – Streść mi, jeśli łaska, o co chodzi.

Błahahahaha! lol2 lol2 Papó jak żywa!!! <leży na podłodze dusząc się ze śmiechu> Nie no... to jest obłędny/bezbłędny opis!

Strychnine napisał:

– Co więcej, pan Bobek twierdzi, iż jego nie-żona dopuściła się molestowania seksualnego na jego osobie.
- Kochanie, sam mówiłeś, że przepadasz za innowacyjnym podejściem do pożycia małżeńskiego, pamiętasz? – powiedziałam spokojnie, rozkoszując się wspomnieniami naszych licznych wspólnych nocy. Uśmiechnęłam się. – Sam przecież wybierałeś niektóre z zabawek...

Mrao^^ Zabawki były w użyciu???? tonguetonguetongue

Strychnine napisał:

Po chwili pacnęła się w czoło i zaczęła grzebać w pudle, wyrzucając przy tym na blat rzeczy takie jak skórzany pejcz, męskie stringi w panterkę i cieniuchną, prześwitującą haleczkę. – Ale to  wszystko przecież dowodzi, że to Trócizna mówi prawdę. Ona z całą pewnością nie kupiłaby takich stringów, ona ma poczucie stylu. To właśnie pan Filip wygląda na takiego, któremu przyjemność sprawiłoby, gdyby coś takiego opinało jego... – zawahała się – klejnoty rodowe.
- W dodatku dysponujemy badaniem genetycznym potwierdzającym, że na tejże... bieliźnie znajduje się DNA pana Bobka, jak również ślady truskawek z bitą śmietaną – powiedziała stanowczym tonem Słonik, podnosząc się z krzesła po raz pierwszy. – Załącznik A, Papó, załącznik A – podpowiedziała, gdy Kapłanka Pomidoryzmu znowu zaczęła nerwowo przerzucać dokumenty w poszukiwaniu odpowiedniej kartki.
- Ale nie ma dowodu na to, że pan Bobek wdział ten fantazyjny swoją drogą strój samodzielnie i umyślnie – wtrąciła Ann, wychodząc na środek sali. – Być może został do tego zmuszony przez Tró...

ómarły mnie zabawki... zwłaszcza rzeczone gatki lol2 Ale na dokładkę jaki profesjonalny dialog prawniczy! wow Szacun! smilesmilesmile

Strychnine napisał:

- Sprzeciw! – ryknął Filip, a Ann zakneblowała go jego własnym krawatem.
- To moja działka, najlepiej siedź na tyłku i się nie odzywaj – syknęła, po czym wyprostowała się i na cały głos powiedziała: - Sprzeciw. Mój klient nie miał bladego pojęcia, że został wplątany w jakieś małżeństwo, a skoro nie był tego świadomy, to chyba znaczy, że takie małżeństwo nie mogło zostać zawarte, prawda?
- Tak, a czwórki dzieci też się wyprze i powie, że nie był świadomy? – spytała z przekąsem Mlawer, skinąwszy na nasze cztery dziewczyny, siedzące razem w jednej ławce. Struś zniknęła pod ławką, próbując wykopać sobie dziurę obwodem odpowiadającą jej głowie. – Spójrzmy prawdzie w oczy, wiele dzieci zostaje spłodzonych podczas gdy rodzice są w stanie nikłej lub braku świadomości, jednak sposób, w jaki pan Bobek próbuje się tego wyprzeć jest karygodny, zwłaszcza że rzeczone dzieci znajdują się na sali. Jak pan śmie, własne dzieci...

Wyrodny ojciec! I na dokładkę chce się wyprzeć ojcostwa wobec mojej Strusiej Mamósi! Ja mu dam!!! <marszczy groźnie czoło>

Strychnine napisał:

- Powtarzaj za mną – powiedziała Papó. – Ja, Filip Bobek zwany Endrju...
- Ja, Filip Bobek zwany... Co to za bzdury?
- Powtarzaj, nie piłuj gęby.
- Zwany Endrju...
- Uroczyście oświadczam...
- Uroczyście oświadczam...
- Że będę mówił prawdę, całą prawdę i gówno prawdę...
- Że będę mówił prawdę, całą prawdę i... jaką prawdę?
- Gówno prawdę.
- No, to mogę obiecać. Gówno prawdę...
- Tak mi dopomóż Miłościwie Nam Panujący Rócie Dyniogłowy.
- Tak mi dopomóż Miłościwie Nam Panujący Rucie Dyniogłowy.
- „Rócie” mówi się przez „ó” kreskowane.
- Rócie, do cholery ciężkiej, no!

lol2 Tekst przysięgi jest najlepszym jaki w życiu słyszałam! A że "Róta" wymawia się przez "ó" to nie podlega dyskusji! lol2 lol2

Strychnine napisał:

– Czym prędzej wypadłem z samochodu i podbiegłem do niej, by udzielić jej pierwszej pomocy, a ona tylko podniosła się na łokciach, otarła płynącą po skroni strużkę krwi i jak gdyby nigdy nic powiedziała: „Kochanie, kup mleko, bo kompletnie o tym zapomniałam, a muszę jeszcze dzieciaki odebrać od rodziców. Tylko nie kupuj tłustego, bo spodnie mi się znowu nie dopną”.

To się nazywa bliskie spotkanie trzeciego stopnia tonguetonguetongue A za Papó i jej sudoku masz u mnie trombiastego całusa lol2

Strychnine napisał:

(...)kiedy dotarłem do domu, czekała już na mnie pod moją klatką. Nie sama zresztą, były z nią jakieś cztery dziewczyny, które pierwszy raz na oczy widziałem. A ona mi zaczęła wmawiać, że to nasze dzieci!
- Od dawna mu powtarzam, że powinien udać się do lekarza. Te luki w pamięci... – szepnęłam do Mlawer, która znowu zniknęła za ścianą z akt.
- Co było dalej?
- No co? Zabarykadowałem się w mieszkaniu, ale ona wezwała policję i, podając się za moją żonę, domagała się zbrojnego wtargnięcia do mojego azylu, twierdząc, że tam mieszka. A że wbrew pozorom nie zarabiam kokosów i wolałem uniknąć kupna nowych drzwi, wpuściłem ją w końcu... No i te bachory też. Normalnie zachowywała się, jak gdyby doskonale znała moje mieszkanie. Pościeliła tamtym czterem na kanapie i fotelach w salonie, a sama po prostu zapędziła mnie w kozi róg... w mojej sypialni. Czy muszę mówić coś więcej?  – spytał ze zbolałą miną cierpiętnika.

Ahhh Filip, te luki w pamięci lol2 lol2 A ta troska o drzwi... lol2 No ale czemu on nie chce zdradzić dalszego, niewątliwie niezwykle ciekawego, ciągu spotkania z Tró??? Protestuję! Ja rzondam pikantnych szczegółów!

Strychnine napisał:

- Czy to nie wystarczy? Ta kobieta naszła mnie w moim własnym mieszkaniu, dopuściła się molestowania seksualnego na mojej osobie i jeszcze pewnie będzie chciała wyciągnąć alimenty na te dziewczyny! Ja mam dopiero trzydzieści lat, nie mogę być ich ojcem! Jedna z nich wyglądała już na dorosłą...

Ty nie bądź taki pewny chłopie... Códa siem zdarzajom tonguetonguetonguetongue

Strychnine napisał:

- Tak się składa, że Struś, Śrubka i Cykóta mają już dzieci. Łącznie macie już dziewięcioro wnucząt – wtrąciła nagle Iris, która powstała ze swojego miejsca kilka ławek za mną. – Wiesz co, Filip? Nie spodziewałam się tego po tobie. Taki zakochany był, taki szczęśliwy. Zdjęcia na prawo i lewo sobie z Tró robił. Dawał jej do potrzymania palce. Całował ją nawet publicznie. I co? Teraz i jej, i dzieci chce się wyrzec? Wstyd i sromota.

Brawo Iris! Wszyscy wiedzą, że jej palce dawał tonguetonguetongue Nie mówiąc już o publicznym całowaniu! Świnia, nie kanarek!

Strychnine napisał:

- Krzyczała, skakała, miała dość poważne problemy z oddychaniem. I piszczała. Tak przeraźliwie piszczała. – Ver wzdrygnęła się na samo wspomnienie. – Stała się po prostu agresywna. Przeklinała wszystkich, którzy zasłaniali jej Filipa, aż uszy więdły.  A kiedy w końcu wyszedł na scenę, po prostu oszalała. Myślałam, że wymorduje wszystkich, byle się do niego dopchnąć. Na szczęście nie udało jej się to, bo strach pomyśleć, co by mu zrobiła. Być może nie byłoby go dziś między nami. Musiała się wtedy zadowolić powietrznym buziakiem złapanym podczas finałowego koncertu, którym podniecała się przez najbliższych kilka tygodni.

Nie było mnie tam a jednak to widzę! lol2 lol2 lol2

Strychnine napisał:

- Dwudziestego piątego listopada byłyśmy razem na widowni Szymon Majewski Show. Zajęłyśmy świetne miejsca, w pierwszym rzędzie... To prawda, Tró była bardzo niespokojna i zaczęła piszczeć, gdy Filip pojawił się w studiu, ale w żadnym wypadku nie chciała się na niego rzucić... No, może przez chwilę...
- Opowiedz nam o trzech palcach.
- Ach, to... – Anukka trochę się zawahała. – No, Tró poprosiła Filipa o rękę.
Tłum wciągnął nerwowo powietrze.
- Znaczy nie, poprosiła, by podał jej rękę... No i zrobił to. Była przeszczęśliwa.
- Szczęśliwa, ale nie agresywna, tak? – spytała Słonik z miną, z której można było wywnioskować, że chciałaby zapaść się pod ziemię i zniknąć. Nie miałam pojęcia czemu. Przecież w tym, co mówili świadkowie nie było nic niezwykłego... Tak zachowują się wszystkie zakochane dziewczyny... prawda?
- No cóż... Kiedy dostała mikrofon, zaczęła się z nim trochę kłócić. Być może gdybyśmy siedziały niżej, to by do niego zeskoczyła, ale wysokość ją powstrzymała.
- Co się działo po nagraniu?
- Łokcie poszły w ruch. Dopchnęła się przemocą do Filipa i zażądała zdjęcia. Ale zaznaczam: on nie miał nic przeciwko! Co więcej, poprosił o drugie i dał jej od razu autograf.

Matko i córko... lol3 Pamiętam, jak czytałam relację Tró z tego spotkania... Ahhh... Tró psychpatyczna psychofanka lol3 lol3 Ale co? Rękę dał sam? Dał! Fotki dwie chciał? chciał! To niech nie narzeka! tonguetonguetonguetongue

Strychnine napisał:

- To prawda – przyznała White Lily, a siedząca nieopodal Dorocie pokiwała głową, przyznając im obu rację. – Jej zachowanie było bardzo niepokojące. Wcale się nie dziwię, że Filip się jej boi. Ona jest niepoczytalna!
- Ej, wypraszam sobie – fuknęłam, splatając ramiona na piersi. – Chorobliwie zazdrosna – tak. Dążąca po trupach do celu – tak. Mam to po tatusiu. Ale nie niepoczytalna. Zresztą, weźcie się, dziewczyny, o co wam chodzi? Przecież mówimy o mnie i moim mężu. Ja w ogóle nie wiem, kto was prosił, żebyście inwigilowały nasze pożycie małżeńskie...

I wszystko jasne! To wszystko wina genów! tonguetonguetonguetongue lol3 Ale przy takim tatósiu... w sumie się nie dziwię lol2 lol2

Strychnine napisał:

- No jasne, że nie jest jej mężem! – krzyknęła nagle Kasia Cyferkowa, zaśmiewając się w głos. – Toż on ciepły!
Filip zerwał się z miejsca tak szybko, że przewrócił krzesło, i jął bardzo dobitnie wyjaśniać Kasi, że się myli, ale gwar na sali był tak duży, że nie byłam w stanie nic z tego zrozumieć.

lol3 lol3 Może to nie gwar przeszkadzał w rozumieniu, ale ... mętność wyjaśnień??? lx lx

Strychnine napisał:

- Pewnie, że jest ciepły – poparła Kasię Ajrisz, siedząca w jednej z ławek moderatorskich, gdy emocje już opadły. – Tró jest niewinna. Zamknijmy tę sprawę i chodźmy na obiad. A tak w ogóle to Księciu kazał Tró uniewinnić, a z nim nie radzę się spierać.

lol2 No skoro Ajriszó tak mówi... nie ma co dyskutować tonguetonguetonguetongue

Strychnine napisał:

- Wyście wszyscy skozłowali, jak cyk bum bum – jęknął Filip, a gdy dotarło do niego, co powiedział, wytrzeszczył oczy i zatkał sobie usta pięścią.
- O, to był właśnie dowód na to, że pan Bobek jest doskonale zaznajomiony z naszą miejscową gwarą, co oznacza, iż tylko udaje, że nic nie pamięta i o niczym nie wie! – wyrzuciła z siebie na jednym wydechu Mlawer, entuzjastycznie uderzając trąbą w stół.

Mój własny entuzjazm mnie osłabia tonguetongue lol2

Strychnine napisał:

- Filip Bobek? – zaczęłam rozmarzonym tonem, spoglądając na mojego ukochanego spod przymkniętych powiek. – Filip Bobek jest dla mnie wszystkim. Całym światem. Jedyną miłością mojego życia. Moim mężem, ojcem moich dzieci, dziadkiem moich wnuków, pradziadkiem moich prawnuków. Moim najlepszym przyjacielem. Jedynym powiernikiem. Jedyną osobą, której ufam w stu procentach. Człowiekiem, któremu oddałam swe serce w zamian za niezbyt atrakcyjne nazwisko.
- Czyli przyznajesz, że jest twoim mężem?
- Tak, oczywiście.
- To dlaczego on sam utrzymuje, że nic na ten temat nie wie?
- Ponieważ poślubiłam go wirtualnie – odparłam spokojnie. – A właściwie nie jego, a wyobrażenie o nim.

Brawo Tró! I tym sposobem w przezabawnej i uroczej formie pokazałaś wszystkim, że jesteś cudną, pełną poczucia humoru i dystansu do samej siebie oraz swej Bobkomanii osóbką! I jak tu Cię nie kochać? heart

Strychnine napisał:

- Miałam przyjemność poznać Filipa osobiście, co jest przywilejem niewielu fanek. Co więcej, widziałam go na żywo trzy razy, z czego dwa razy zrobiłam sobie z nim zdjęcie, ale tylko raz mogłam z nim chwilę porozmawiać. To i tak wiele, zważając na to, że wiele jego fanek, ale również fanek każdego innego aktora, muzyka czy kogokolwiek innego, w ogóle nigdy nie miało i nie będzie mieć okazji choćby go dotknąć. Jednak jeśli nawet na upartego powiem, że miałam okazję go poznać, nie mogę powiedzieć, że go znam. To, co znam, to, co w nim kocham, to zaledwie wyobrażenie o nim, prawdopodobnie zbytnio wyidealizowane. Ślub też był iluzją – bo tylko na taki ślub mogłam sobie pozwolić. Prawdopodobnie nigdy nie będzie mi dane go naprawdę poznać. Jedyne, co mi pozostaje, to marzyć – marzeń nikt mi nie odbierze.

poklony poklony poklony
Każda z nas marzy o księciu. Niektóre z nas szukają sobie właśnie wśród aktorów, sportowców czy celebrytów inszej maści owych "książąt z bajki" i nie ma w tym nic złego. Z czasem poznajemy jakiegoś zupełnie zwyczajnego faceta, który znienacka staje się dla nas całym światem. I zapominamy o dziewczęcych rojeniach. Ale póki jeszcze możemy - marzmy! Marzenia są piękne!

Strychnine napisał:

„Z Twoim wirtualnym mężem, o ile dobrze rozszyfrowałem ten popieprzony wykres. Poznaliśmy się u Szymona Majewskiego, pamiętasz mnie?”
Przez chwilę nie byłam w stanie wyjść z szoku, by odpisać. Ostatecznie opanowałam jednak drżenie rąk.
„No pewnie, jak mogłabym zapomnieć? Skąd masz mój numer?”
„Na tym zbiorze opowiadań, który od Ciebie dostałem na spotkaniu fanklubu, były namiary na wasze forum. A raczej foróm, jak napisałaś. Nietrudno było Cię odnaleźć po nicku.”
„Może i nietrudno, ale nie szkoda zachodu?”
„To się okaże. Mam jutro wolny wieczór, masz może ochotę na kawę w miłym towarzystwie?”
„Czyżbyś miał na myśli siebie?” – Zachichotałam, wciskając Enter.
„Jakże by inaczej. To jak?”
„Spotkajmy się jutro o czwartej pod...” – zawahałam się. A, cholera, co mi właściwie szkodzi?, pomyślałam. – „Pod pizzerią Dominium w głównej hali Dworca Centralnego.”
Jak mieszać online z offline, to konsekwentnie, nie?

smilesmilesmile
I pięknie smile I tego Ci życzę smile smile Moja kochana Códowna Babóś!

A moja rola była niesamowita! Dziękuję! kisskiss

Ostatnio edytowany przez mlawer (2010-09-19 01:33:30)


All the lonely people... Where do they all come from?
DORIS KTB Aleks_Strusiek mom matkom, cudna Kitty bliźniaczkom, jeszcze siestry mam dwie i tata Jasiu też koffa mnie! Maupka córcia ma heart Słoń ofiarny

Offline

 

#453 2010-09-18 21:16:40

ann666
Wali z grubiańskiej rury
Od: Cesarstwo Toruńskie
Zarejestrowany: 2009-05-21
Posty: 17202
Serwis

Re: Strychnine odwaliło i wzięła się za miniaturki xD

Słoniu, jeśli chodzi o mnie, możesz sobie płodzić z Dynią nawet i sześciopak różowych słoni w zielone kropki tongue


Je suis responsable de ma rose
After all this time? ALWAYS

Offline

 

#454 2010-09-18 23:08:44

Ajrisz
Gwiazda FaktUli
Od: PPTH
Zarejestrowany: 2009-10-01
Posty: 14893

Re: Strychnine odwaliło i wzięła się za miniaturki xD

A jeżeli o mnie chodzi, to stanowczo zabraniam robić z Czteropaka półsieroty. :p


So I open my door to my enemies
And I ask could we wipe the slate clean
But they tell me to please go fuck myself
You know you just can't win…

Offline

 

#455 2011-06-02 23:23:32

Strychnine
Szef nocnej zmiany
Od: Ravenclaw
Zarejestrowany: 2009-04-09
Posty: 12582
Serwis

Re: Strychnine odwaliło i wzięła się za miniaturki xD

Poniższa miniatura zaczęta została we wrześniu roku 2010. Z różnych przyczyn nie została wtedy dokończona. Dopiero teraz postanowiłam nad nią popracować.

EDIT:
Poniższe dzieło powstawało pomiędzy 27. września 2010 i 2. czerwca 2011 z ogromnymi przerwami big_smile Stąd może pojawić się wrażenie fragmentaryczności i pewnego braku spójności, ale co tam big_smile Życzę miłego czytania lol


Tryptyk Forómowy: ostatnia odsłona, czyli Filip B. w starciu z różową biurokracją i spiskowcami.

- Kochanie, usiądź jak człowiek przy stole i zjedz spokojnie obiad!
- Skarbie, nie mam czasu. Umówiłem się na punkt dwunasta, ale nie jestem pewien, czy czasu normalnego, czy tego waszego dziwnego...
- Nie przejmuj się tym, nikt ci nic nie powie, jak się spóźnisz. Nie będą chcieli ze mną zadzierać.
Filip z ledwo słyszalnym, odrobinę zniecierpliwionym westchnieniem przysiadł na brzeżku kuchennego krzesła, po czym wbił łyżkę w glutowatą masę makaronu. Puścił ją, oczekując jej opadnięcia i brzęknięcia o brzeg talerza. Ale ona wciąż stała sztywno.
- Co to jest? Wczorajsze spaghetti? – spytał, próbując odzyskać swoją ulubioną łyżkę, niczym król Artur siłujący się z Ekskaliburem tkwiącym dumnie w kamieniu.
- Nie, kochanie, to jest china zup o smaku kebaba. Odgrzałabym spaghetti, ale Śrubka miała dzisiaj nocną zmianę i tak zgłodniała, że wszystko spałaszowała – zaświergotała wesoło Magda, kręcąc się po kuchni z zawiązanym byle jak wokół talii fartuszkiem z motywem dyni, banana, pomidora i truskawki. – Chyba musimy wreszcie założyć farmę na Twarzoksiążce, bo Papó już na mnie zerka spode łba, gdy przychodzę po nową dostawę pomidorów. A dzieci rosną, potrzebują zjeść...
- Wiesz, że nie lubię china zup – mruknął Filip, kręcąc nosem nad paciają o konsystencji tężejącego cementu. – Wolałbym pierogi z truskawkami...
- Daj mi spokój, musiałam dzisiaj wcześniej wstać, żeby wypłukać z włosów bitą śmietanę po tym, jak ci się w środku nocy zachciało fikać.
- Dobra już, dobra... Daj mi nóż, z łaski swojej, bo to coś chyba nie zamierza zmięknąć przed zachodem słońca.
Mężczyzna nie bez oporów natury psychicznej skonsumował niespełna połowę zawartości plastikowego pojemniczka, po czym odsunął go od siebie jak najdalej, krzywiąc się.
- A potem to mi wyrzucają, że chłopa głodzę. Strasznie wybredny jesteś – fuknęła Tró, zabierając się ze smakiem za kończenie porcji męża. – Zbieraj się, zaprowadzę cię na miejsce. Muszę się pojawić w biurze, mam takie zaległości w RT, że głowa mała.
Dziewczyna zniknęła na chwilę w garderobie. Wróciła, gdy jej małżonek był w trakcie wiązania lewego buta. Miała na sobie służbowy uniform w postaci znoszonego paltota, puchatej czapki-uszanki i wysokich białych kozaczków z czubem.
- Waszych urzędników to chyba Jacyków ubiera – mruknął Filip, zerkając z dezaprobatą na sztuczne futerko przy kapturze i mankietach stroju ukochanej.
- Nie Jacyków. Dziecko nasze mi buty doradziło. Ale w sumie Jacyków, Jakcyk... Może jest jakieś podobieństwo stylu, nie wiem, nie znam się.
Razem opuścili swoje rodzinne gniazdko i skierowali się w stronę biurowca przy Lwowskiej 19. Zdawałoby się, że budynek ten niczym nie różnił się od dziesiątek jemu podobnych w Warszawie, aczkolwiek przed dobrze poinformowanymi otwierał on cały wachlarz nowych możliwości. Możliwości doznania niezapomnianych, czasem wręcz traumatycznych przeżyć.
Bobki podeszły do rozsuwanych drzwi, które emitowały słabe, mdławe, różowe światło, dobrze znane już Filipowi. Wkroczyli do środka i zwrócili się do zajmującego miejsce przy stanowisku ochrony pana Władka. Ten bez słowa kiwnął głową, bo doskonale wiedział, co należy zrobić w takiej sytuacji. Zniknął za drzwiami prowadzącymi na niewielkie zaplecze, a przed gośćmi pojawił się ktoś inny.
- Witaj, Róti – przywitała mężczyznę z dynią zamiast głowy Tró, a ten tylko chrząknął na powitanie. Prawdopodobnie dyniowa pestka wpadła mu do krtani, uniemożliwiając mu mówienie na kilka chwil. – Daj mi klucze do mojego biura.
- A ten czego tu znowu? – spytał srogim tonem Rót, spoglądając na lekko podenerwowanego Filipa.
- Sprawa do załatwienia w urzędzie – odparła zdawkowo Dokó, po czym ruszyła w stronę windy, bawiąc się i dzwoniąc kluczami z doczepioną plakietką z napisem „RT”.
- Gdzie  właściwie jest ten urząd? – spytał ostrożnie Filip, wsuwając paznokcie pod krawędź tablicy z przyciskami odpowiadającymi poszczególnym piętrom. Nauczony doświadczeniem z poprzednich wizyt w tym miejscu, podważył płytę z jednej strony i otworzył ją niczym drzwiczki szafki. Spojrzał pytająco na żonę, oczekując wskazówek. Ona jednak bez słowa wcisnęła minus siedem. – W Radosnej Twórczości? Bessęsu.
- A sąd to gdzie niby był, hę? – fuknęła Tró prowokującym tonem. Wciąż nie zapomniała mu tego, że pewien czas wcześniej chciał się wyrzec rodziny i doprowadzić do rozwodu. – A może byłeś tak zaślepiony nienawiścią do mnie, że nie patrzyłeś dokąd idziesz? – dodała, splatając ramiona na piersiach. Winda sunęła w dół, szumiąc cicho.
- Kotku, przepraszałem cię milion razy...
- Dobra, skończ już – ucięła definitywnie Tró, machając przy tym dłonią. – Nie zapomnij o kamuflażu. Wirus końcówki wciąż szaleje. - Mężczyzna wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki maskę, na którą składały się okrągłe, okulary, wielki plastikowy nos i takież wąsy. – Tak lepiej. Pamiętaj, za nic na świecie nie ściągaj tego z twarzy, nikomu się nie przedstawiaj... najlepiej w ogóle z nikim nie rozmawiaj. Idź prosto w miejsce, które ci wskażę. Masz wszystkie papiery?
- No chyba mam. Kwestionariusz osobowy, formularz z propozycją loginu...
- Na co padło ostatecznie?
- Fifulek_Seksi_Mięsko.
- Mamo jedyna. – Magda pacnęła się otwartą dłonią w czoło. – Mówiłam ci, że ten jest koszmarny. Lepiej by było po prostu Filip1980 albo nawet PhilBob007. A ty z tą chabaniną wyjeżdżasz... Dobra, najwyżej ty będziesz pisał do Róta z błaganiem o zmianę nicku, ja umywam ręce. Co tam jeszcze międlisz? – spytała, patrząc na poskładanie kilkakrotnie kartki, które Filip zaczął wyciągać z kolejnych kieszeni w spodniach i marynarce. – Masz braki w edukacji, nie wiesz nawet do czego służy papierowa teczka z gumką.
- Do czego jest teczka nie wiem, ale wiem, do czego gumka. – Mężczyzna wyszczerzył się szelmowsko, ale żona natychmiast go zgasiła:
- Uważaj, bo ci się zajady porobią.
- Mam jeszcze informację o stanie zdrowia psychicznego – począł wyciągać i rozkładać kolejne świstki – dane teleadresowe, zaświadczenie o niekaralności, wyniki badań IQ i EQ, morfologię, EKG, USG, dane dotyczące wzrostu, wagi, długości końcówki...
- Tego też nikomu nie pokazuj – przestrzegła go żona, bez entuzjazmu spoglądając na wynik tego ostatniego.
- Czemu? Myślisz, że to przyspieszy rozprzestrzenianie się epidemii wirusa końcówki?
- Nie, sądzę raczej, że mogłoby to ją stłumić. Nie ma się czym chwalić, ot czemu.
Zanim zdążył w jakikolwiek sposób zaprotestować, drzwi windy rozsunęły się, więc musiał szybko wcisnąć swój kamuflaż na nos. Podreptał cichutko za swoją małżonką, która prowadziła go wzdłuż długiego, oświetlanego blaskiem pochodni i ozdobionego licznymi portretami korytarza, który prowadził do Radosnej Twórczości. Ale ich celem wcale nie były dębowe drzwi na końcu tego korytarza. Nie była nim nawet ledwie widoczna, bo schowana w cieniu wielkiej statuy dyni w kształcie hamburgera, zagrzybiona i zapleśniała klatka schodowa prowadząca w dół, do Pomidorowego Sądu, której podczas swojej pierwszej wizyty Filip w ogóle nie zauważył. Rozejrzał się w poszukiwaniu jakichś drzwi czy też innych schodów, ale niczego podobnego nie znalazł. Mimo to Tró zdawała się dokładnie wiedzieć, dokąd zmierza.
- Kochanie, gdzie...
- Cicho bądź, zaraz wszystko zobaczysz.
Powoli podeszła do jednego z portretów, największego ze wszystkich*. Mężczyzna poznał w postaci, która była na nim przedstawiona Papukę, tę samą, która oprowadzała go po Foróm podczas jego pierwszej wizyty, a jakiś czas później prowadziła ich sprawę rozwodową. Jej podobizna z portretu, który był, jak się już wcześniej dowiedział od swojej małżonki, dziełem Lany, dzierżyła w dłoni błyszczący, srebrny topór z pomidorem na końcu trzonka.
- Czyżby ten portret umiał mówić? – zainteresował się Bob, spoglądając na górujący nad nimi obraz.
- Czy tobie się wydaje, że jesteśmy w Hogwarcie? – prychnęła Dokó, po czym, ku zaskoczeniu Filipa zupełnie bez wysiłku, przesunęła obraz jedną ręką, odsłaniając w ten sposób masywne, stalowe drzwi z klapką na zawiasach na samym środku. – Masz opłatę skarbową?
- Mniejszych w warzywniaku nie mieli – odparł na to mężczyzna, wyciągając z kieszeni lekko zgniecionego, ale za to sporych rozmiarów pomidora.
- Noż cholera jasna, mówiłam ci przecież, że tu przyjmują tylko drobne! – zdenerwowała się Tró, po czym jęła grzebać w kieszeniach. – Nie mam nic, wszystkie drobniaki oddałam dzieciakom na drugie śniadanie...  Matko, dawaj tego pomidora.
Opuściła portret na swoje miejsce, po czym przeskakując po trzy schody na raz zbiegła zapleśniałą klatką schodową piętro niżej, na korytarz Pomidorowego Sądu. Bob popędził za nią.
- Nigdy tego nie używałam – przyznała dziewczyna, stając przed jakimś dziwnym urządzeniem, które Filip zauważył już poprzednim razem, ale nie miał czasu się z nim bliżej zapoznać. Stało ono w kącie i z daleka przypominało połączenie bankomatu z maszyną z napojami czy też innymi przekąskami. – Ja mam swoją przepustkę, nie muszę uiszczać tej kretyńskiej opłaty...
- Co to jest? – zainteresował się mężczyzna, obserwując, jak jego żona usiłuje wepchnąć jego zdeptanego pomidora do jakiejś dziury.
- To się nazywa Tomatomat**, ale mówię, nigdy tego nie używałam. A że Rót pisał instrukcję obsługi, to skorzystanie z tego staje się wręcz niemożliwe... Moment, chyba teraz... – Wcisnęła pomidora do dziury i z cichym plaśnięciem dopchnęła zamykającą ją klapkę – i teraz czerwony... nie, zielony. – Wdusiła zielony przycisk, maszyna zagwizdała, po czym z dziury, która przed chwilą pożarła wielkiego pomidora jęły wysypywać się pomidory koktajlowe. – Trzymaj – rzekła Magda, wysypując mężowi pomidorki na wyciągnięte dłonie. – Dwa powinny starczyć.
- A czemu to stoi akurat w Sądzie? – spytał Fifulek, skinąwszy głową na maszynę, która teraz bulgotała, jak gdyby w środku gotowała się zupa pomidorowa.
- Nie wiem, może żeby rozmieniać pomidory na łapówki dla sędziego? Co za różnica? Wracamy.
Popędzili z powrotem na górę. Odsunąwszy portret, Filip wyłożył do otworu w drzwiach dwa małe pomidorki, a po chwili drzwi te stanęły przed nimi otworem.
- Ja tam nie wchodzę, muszę lecieć do siebie – powiedziała Magda, wskazując palcem drzwi prowadzące do RT. – Idź cały czas prosto, a potem najlepiej zapytaj kogoś o departament do spraw nowych użyszkodników ludzkich, a tam niech cię pokierują do rejestracji. I pamiętaj, powołuj się na mnie, ale za nic w świecie nie mów, kim jesteś, zrozumiano? Nie będę cię potem ratować z rąk napalonych fanek, mam za dużo na głowie.
- Dobrze, kochanie. Postaram się nie zgubić.
- No, trzymaj się – rzekła w końcu Tró łagodniejszym tonem, a jej czoło, do tej pory zmarszczone od zniecierpliwienia, wygładziło się. – Powodzenia – dodała, całując męża delikatnie i machając mu na pożegnanie. Skierowała się w stronę dębowych drzwi, a Filip zniknął za tymi stalowymi.
Znalazł się na samym początku długiego korytarza wyłożonego starymi, zielonkawymi płytkami PCV, w wielu miejscach wybrakowanymi. Na ścianach lśniła w mdłym świetle jarzeniówek zgniłozielona lamperia. Ruszył przed siebie, mijając kolejne drzwi po obu stronach. Na każdych z nich była jakaś tabliczka. Jedna głosiła: Departament ds. spersonifikowanych zwierząt hodowlanych; szef departamentu: Króweczka. Na innej widniał napis Departament ds. linkożerców; szef departametu: Ajrisz***. Filip nie do końca wiedział, dokąd zmierza. Tró nie była w stanie mu powiedzieć, jak dokładnie nazywa się departament, do którego powinien się udać, ani kto jest tego departamentu szefem. Powiedziała tylko zdawkowo, że ona „już się w tym burdlu nie rozeznaje”. Dlatego szedł i szedł, trochę na oślep, przed siebie, tak jak poradziła mu małżonka, licząc w duchu, że ktoś wreszcie wyjdzie z jakiegoś pomieszczenia, by mógł uzyskać interesujące go informacje. Jakoś nie miał ochoty sam pukać do którychś z odrapanych, wypaczonych drzwi, szczególnie, że zza niektórych z nich dochodził go dziwny dźwięk, jakby krzyki pomieszanie z drapaniem pazurów o ściany. Doszedł już prawie do końca korytarza, a jeszcze nikogo nie spotkał, więc zaczął się trochę denerwować. Już począł w myślach kalkulować, w które drzwi najbezpieczniej będzie zapukać i gdy zdał sobie sprawę, że samo przebywanie w miejscu takim, jak to generalnie należy do ryzykownych i gdy przybliżał się do pierwszych z brzegu wrót do jakiegoś dziwnego pomieszczenia, które nosiły zresztą ślady jakichś dziwnych odnóży, drzwi za jego plecami rozwarły się, z hukiem uderzając o ścianę. Pęd powietrza wywołany tym nagłym pchnięciem skrzydła drzwiowego sprawił, że mężczyzna przywalił nosem o przeciwległą ścianę i zsunął się na podłogę, a z nosa zsunęła mu się jego maska, jak dotąd niezawodnie kamuflująca jego tożsamość – tak w każdym razie sądził, bo nie miał jeszcze okazji jej przetestować.
Z pomieszczenia wypadły trzy osoby, jeśli takie określenie można przyjąć dla uproszczenia sprawy. Byłyby nie zauważyły Filipa, gdyby nie to, że jedno z nich nadepnęło mu na łydkę. A że tym kimś był osobnik parzystokopytny, i to dość sporych gabarytów, Bob zawył żałośnie i chwycił się za obolałą nogę, rzucając pod nosem obelgi pod adresem swojego oprawcy.
- Och, przepraszam! – powiedziała przedstawicielka rogacizny, a dokładniej szefowa departamentu ds. zwierząt hodowlanych. – Nie zauważyłam pa... Ojej! Filip! Co ty tu robisz?
- Ja? My się znamy? – spytał zdziwiony Filip, ale już tylko odrobinę zdziwiony. Żona ostrzegła go, że może się tego dnia dowiedzieć o sobie więcej, niż przez ostatnich trzydzieści lat. – Moment... – Zaczął przywoływać do siebie obraz, który widział już raz w Farmazonach, a konkretnie dszefo genealogiczne, które było tam wymalowane na odwal się na jednej ze ścian. – Krowa... Kim była dla mnie Krowa...
- Nie krowa!
- Tak, tak... Krówsko... Nie, jakoś ładniej... Króweńka?
- Króweczka, – fuknęła Króweczka, zakładając kopytko na kopytko. – Gdzie Tró?
- Ty jesteś... Żoną Adama Turka, który z kolei jest bratem Tró, ale nie rodzonym, bo przyrodnim...
- Brawo, właśnie odkrył pan Amerykę. Gdzie Tró? – ponowiła pytanie Aneta, pomagając wstać mężowi swojej ulubionej szwagierki.
- W Radosnej Twórczości, cokolwiek to znaczy... A te co się tak na mnie gapią? – spytał, marszcząc nos na widok wybałuszonych oczu i śliny kapiącej po brodzie dwóch towarzyszek Króweczki.
- Nic dziwnego, dziadka dawno nie widziały...
Dopiero w tej chwili Filip rozpoznał w dwóch stojących przed nim stworzeniach Ciasteczko i Kitty. Ale cały czas nie mógł zrozumieć, czemu one się tak na niego gapią. Dziadek jak dziadek, tylko trochę wiekiem odbiegający od ogólnoprzyjętych standardów. Poczochrał włosy w geście niezrozumienia, rozpiął górny guzik koszuli, bo zrobiło mu się nagle jakoś dziwnie gorąco, po czym uśmiechnął się odrobinę zawstydzony.
Chwilę trwało, zanim zrozumiał swój błąd. Na twarze obu wnuczek wystąpiły dziwne, szkarłatne rumieńce, które chwilę później ustąpiły miejsca niezdrowej, zielonkawej bladości. Ich oczy, wbite nieruchomo w jego twarz, stawały się patrzeć w pustkę, ale mimo to podążały za każdym jego ruchem. Ich ciałami wstrząsały dreszcze. Widać było, że dostały jakiegoś ataku, ale na to Tró Filipa nie przygotowała. Nie wiedział, co to oznacza. Nie wiedział, jaką reakcję może wywołać jego widok u niektórych użyszkodniczek. Dokó ostrzegła go tylko, by za nic na świecie nie ściągał z twarzy swojego kamuflażu, ale okulary ze sztucznym nosem i wąsami leżały połamane półtora metra od niego. Zastanawiał się przez chwilę, czy zdoła do nich dotrzeć w przeciągu sekundy, w dodatku nie odwracając się od tych podejrzanie wyglądających dziewcząt plecami, ale zanim rozważył w myślach racjonalne wytłumaczenie dla takiego działania, Kitty, wciąż w transie i nie odrywając od niego wzroku, przesunęła się pod ścianę na samym końcu korytarza, na której dopiero teraz dostrzegł jakiś przycisk ukryty pod szybką. Wytężył swoje krótkowzroczne oczy, by dojrzeć napis, ale na nic się to zdało. Napisy tak mu się rozmazywały, że nie wierzył w to, co sam przeczytał. Bo kto normalny umieściłby za szybką przycisk alarmu opatrzony napisem W wypadku pojawienia się Końcówki Boba zbić szybkę?
Kitty zbiła szybkę.
Zawył alarm, a był go najgorszy z możliwych alarmów. Z głośników popłynął głos Justina Biebera w jego największym przeboju „Baby”. Filip natychmiast zatkał uszy, więc nie słyszał zbyt dobrze huku, jaki wywołały dziesiątki drzwi wzdłuż całego korytarza, otwierając się nagle. Ze wszystkich pomieszczeń zaczęły wypływać kolejne zombie-podobne osobniki z zielonkawą bladością rozprzestrzeniającą się po czołach i policzkach. Po chwili poczuł jakąś lodowatą dłoń na swojej kostce. To Mea zacisnęła na niej swoje palce, zakradłszy się do niego czołgając się po podłodze. Oblizała wargi, a z jej oczu, mniej nieobecnych od innych, buchała wręcz żądza. Bob próbował się uwolnić, ale strzepanie dłoni Mei z nogi okazało się trudniejsze, niżby się mogło wydawać, szczególnie, że został już dokładnie otoczony przez inne użyszkodniczki.
W końcu, gdy zaczął wzywać mamusię, Króweczka, zupełnie ślepa i głucha na jego wdzięki i dzięki temu odporna na wirusa końcówki, zlitowała się nad nim, kopytkami rozdzieliła tłum i wyciągnęła mężczyznę z jego czeluści. Oczywiście, tłum napalonych kobiet w różnym wieku zaczął napierać na nich oboje, ale Krówka osłoniła Filipa własnym ciałem.
- Zostawcie go, natychmiast! – zamuczała, po czym pchnęła go do tyłu, wciąż go zasłaniając. Bob skulił się za nią i zaczął szeptać pod nosem pacierze. – No, szybciej, do tyłu!
- Ale tam nic nie ma! – zawył żałośnie Filip. – Tylko ściana! Nigdy stąd nie wyjdę! A jeśli wyjdę, to zbezczeszczony!
- Cichaj wreszcie! – uciszył go Turecki Kebab, po czym zepchnęła go do samego kąta. Filip spodziewał się kolejnego uderzenia o zimną, twardą ścianę, ale czekała go dziwna niespodzianka. W kącie nie było ściany. Była tylko gruba kotara udająca ścianę. Natychmiast wślizgnął się za nią do ciemnego, chłodnego pomieszczenia, a Krówka podążyła za nim. – Cały jesteś?
- Cały. Tylko zgwałcony psychicznie. I nos mnie boli – zajęczał, ale Krówka już na to nie zwracała uwagi.
- Co ty tu robisz sam? – ponowiła swe pytanie. – Bez Tró jesteś zupełnie pozbawiony ochrony! Czy ona jest poważna? To niebezpieczne...
- Musiała coś sama załatwić u siebie, a ja tutaj przyszedłem...
- No właśnie, po co? – zdziwiła się Parzystokopytna.
- Po obywatelstwo przyszedłem. Zarejestrować się, znaczy...
- Ojej, to poważna sprawa... A ty w ogóle wiesz, dokąd idziesz?
- Nie – burknął mężczyzna, przysiadając na zimnej, kamiennej podłodze. – Magda kazała mi kogoś zapytać...
- To zbyt ryzykowne, ona jest naprawdę nierozsądna... W sumie miałam iść do domu przygotować Adaśkowi zrazy wołowe na obiad, ale chyba nie mogę cię tak zostawić... – Podrapała się w zadumie kopytkiem za uchem. – Zaprowadzę cię na miejsce, okej?
- No jasne! Wiesz, jak tam trafić?
- Pewnie. Tylko to trochę daleko. Departament, do którego musisz się udać jest właściwie dwa kroki stąd – wskazała lewym kopytkiem kotarę, przez którą przed chwilą przeszli – w tamtą stronę. Tędy – wskazała na pogrążony w ciemnościach kamienny korytarz, na początku którego się znajdowali – też dojdziemy, ale to dłuższa droga. I trochę bardziej niebezpieczna.
- Czy jest coś bardziej niebezpiecznego, niż te napalone laski tam, na korytarzu? – zapytał z rozgoryczonym zniecierpliwieniem Filip, a Krówce nie pozostało nic innego, jak tylko przyznać mu rację.
Ruszyli – no, dosłownie – z kopyta przed siebie. Odnóża Króweczki odbijały się echem od kamiennych ścian. Korytarz zaczął powoli opadać – zaczęli schodzić niżej i niżej, a im niżej, tym zimniej. Filip zaczął szczękać zębami.
- D-dokąd w-właściwie prowadzi t-ten k-korytarz? – spytał wreszcie, żeby chociaż na chwilę przestać myśleć o tym, jak zimno mu w nogi, ręce i końc... inne części ciała.
- Do tajnego Pomidorowego Sejfu Papó. A w związku z tym do więzienia.
- Nie rozumiem zależności.
- No, jeśli ktoś zostaje zbanowany, trafia tu i zostaje na nim przeprowadzona kara obrzucenia zgniłymi pomidorami. A w zbiorach Papó często znajdują się jakieś zgniłki. Słabo nawozi swoją farmę. Proponowałam jej pomoc, dostarczenie naturalnego nawozu, ale jakoś nie chciała... – Filip tylko spojrzał na nią w półmroku, zmarszczył nos i starał się nie myśleć, skąd miałby pochodzić ten naturalny nawóz. – Za moment go zobaczysz.
- Co, nawóz? – przelękł się mężczyzna. Krówka pokręciła głową.
- Sejf, pacanie.
I rzeczywiście, za kolejnym meandrem korytarza dostrzegli lekko tlące się światło dwóch pochodni, osadzonych na murze po dwóch stronach wielkich, złotych drzwi z napisem Właśność Papó, nie wchodzić. Parę kroków dalej znajdowały się natomiast cele więzienne.
- To tutaj siedziała Tró, kiedy...
- Kiedy aresztowano ją w związku z twoim oskarżeniem, tak. Ten korytarz – pokazała przejście po prawej stronie – prowadzi bezpośrednio do Sądu. Tu wszystko jest połączone, nie sposób się zgubić.
- A dla mnie to wygląda jak labirynt...
- A tutaj jest pracownia Indyka.
- Pracownia? Jaka pracownia?
Zanim uzyskał odpowiedź, zza drzwi dotarł ich odgłos sporego wybuchu, a spod szpary pod nimi zaczął wydobywać się zielonkawy, gęsty, duszący dym, który wił się po lochu niczym jadowity wąż, wypełniając sobą całą przestrzeń pomiędzy niskim sklepieniem i wyłożoną kocimi łbami podłogą. Wrota otwarły się nagle i na zewnątrz wytoczył się duży ptak w białym kitlu, dzierżący w skrzydle pękniętą kolbę, z której to dobywały się te dziwne opary.
- Znowu porażka... – mruknęła do siebie i dopiero wtedy dostrzegła, że nie jest na korytarzu sama. – Krówka! – powitała się wesoło, ale jednocześnie chowając za siebie naczynie laboratoryjne. Jakby to miało ukryć cały ten dym i smród. – Wycieczka krajoznawcza? O, dziadek, cześć... O matko, dziadek! – krzyknęła nagle, robiąc krok w tył, jakby chciała natychmiast zapaść się pod ziemię.
- Tak, tak, wiem, jestem boski i w ogóle, ale nie każ mi znowu uciekać, jak te tam w korytarzu, co?
- Że co? – spytała nieobecnie Indor, ocierając skrzydłem pot z dzioba.
- Epidemia wirusa końcówki – wyjaśniła wyzutym z emocji głosem Krówka, przyglądając się uważnie wnuczce swojej szwagierki. – Co ty tu właściwie robisz?
- Ja? A, nic takiego! – rzekła przedstawicielka Forómowego Drobiu, siląc się na obojętny ton. – Próbuję wynaleźć nowy środek ochrony roślin dla Papó. Wiesz, salwy rozciapcianymi, zgniłymi pomidorami nie robią już na nikim wrażenia...
- Zmyślasz, koleżanko!
- No, dobra, opracowuję nowy smak China Zup!
- Wciąż bajdurzysz! Co tam masz? – Turkowa wepchnęła się przemocą do pracowni chemicznej i po chwili wróciła z jakimiś notatkami nabazgranymi na kartce. – Co to za reakcje? Co to jest to C21H22N2O2, które próbujesz wyprodukować, co?
- Eee...
- Czekaj, czekaj... – powiedział Filip, który chwilę wcześniej przybliżył się do Krówki i zajrzał jej przez ramię. – Ten rysuneczek wygląda mi jak pieczątka urzędowa mojej małżonki!
- Indor! – krzyknęła oburzona Krówka, a Indyk spiekła buraka.
- Gadaj mi tu, co to ma znaczyć! I pamiętaj – dodał Bob, wymachując wyciągniętym tuż przed dziobem Indora wskazującym palcem – ja się znam na chemii jak mało kto!
- Dobra, już dobra! Zostałam do tego zmuszona!
- Ale do czego?
- Kazali mi... Pod groźbą oskubania kupra...
- Ale co?!
- Żebym sklonowała Strychnine! A że nie miałam żadnej próbki materiału genetycznego, próbuję wytworzyć syntetyczną Strychnine ze zwyczajnej strychniny... Ale nic mi się nie udaje...
- Kto ci kazał? I po co? – zdziwił się Filip, poważnie zaniepokojony.
- Nie wiem kto. Nie pokazała mi twarzy. Ale chyba chce... zdetronizować Tró i przejąć władzę w Radosnej. A to oznacza pozbycie się jej. Tak na amen. A żeby się jej pozbyć...
- Potrzebna jest druga Tró, równie potężna, co oryginał****... – Sens całej tej sytuacji wreszcie dotarł do Krówki, która oparła się bezsilnie o zimną, omszałą ścianę. – A ona jest tam na górze, sama...
- Bezbronna... A ja się bałem o siebie... – Filip chwycił się za głowę i zaczął krążyć wte i wewte. – Przyszedłem się zarejestrować, a wykryłem spisek na moją żonę!
- Uspokój się, człowieku. Przecież nie damy jej zrobić krzywdy!
- Ciekawe jak! Ona jest na górze, my na dole. Nas jest tu troje, ona jest sama. My mamy dzieci, wnuki, prawnuki! Jej się nie może nic stać!
- Jak przestaniesz panikować, to może zaczniemy coś robić, żeby ją ochronić! – syknęła Indor, która już dawno odrzuciła od siebie pękniętą kolbę. Znalazłszy oparcie w Krówce i Filipie mogła przestać ulegać szantażystom.
- Po pierwsze to ty się musisz zarejestrować, chłopie.
- Nie będę się rejestrował, kiedy życie mojej kobiety jest w niebezpieczeństwie! – ryknął mężczyzna, ale Krówka tylko tupnęła kopytkiem, a on umilkł.
- Bez rejestracji nie wolno ci wleźć do trzech czwartych działów. Jak chcesz jej pomóc, nie mogąc się dostać właściwie nigdzie?
- No, dobra... – przyznał wnuczce rację Bob, wzdychając głęboko. – Ale jeśli wasza biurokracja jest tak porąbana, jak ta normalna, to...

- Następny!
Stał w kolejce do okienka w urzędzie od dobrej godziny. Niestety, jak w każdym urzędzie, liczba czynnych okienek jest odwrotnie proporcjonalna do liczby petentów. Zanim został poproszony, zdążył pięć razy się zdrzemnąć na stojąco, trzy razy po głowie przeskoczyła mu małpka o wdzięcznym imieniu Mono, a miedzy nogami co chwila prześlizgiwała się lisica Lana, która obrała sobie za cel jego buty i za którymś razem, gdy się zagapił, pomalowała mu je na fioletowo flamastrami. Ale kiedy tylko usłyszał wezwanie do okienka, zerwał się do biegu, nie zauważając puszystego rudego ogona Lany spoczywającego przed nim na podłodze i nadeptując na niego. Lana zapiszczała z bólu i pobiegła nie wiadomo dokąd. Filip jednak nie zwracał na to uwagi. Dopadł okienka i rzucił wszystkie swoje papiery na blat.
- Ja się bym chciał zarejestrować.
- W to nie wątpię – odparł pan urzędnik, w którym, ku swojemu zdziwieniu, Filip rozpoznał Adama Turka, swojego szwagra. – Pana godność?
- Dawno już zostałem jej pozbawiony – odparł bez namysłu, przyciskając nos do szybki. – Adam, to ja, nie poznajesz mnie? Stary, weź mi pomóż, śpieszy mi się strasznie.
Turek zmarszczył się, jakby zobaczył rozjuszonego Aleksa Febo, przyjrzał się uważnie Bobowi, po czym wrócił do wertowania papierów.
- Nawet gdybym pana poznawał, tutaj jestem w pracy, koligacje rodzinne nie mogą mieć na wpływu na procedurę. A ta musi potrwać, papiery muszą trochę na półce poleżakować...
- Ja ci dam leżakowanie, jeszcze słowo, a tak ci przywalę, że sobie w szpitalu poleżakujesz!
- Proszę o spokój! Dokumenty proszę!
Mężczyzna przecisnął przez otwór w szybie całą swoją skrzętnie kompletowaną teczkę. Turek zaczął przeglądać papiery, robić notatki i mruczeć coś pod nosem. W końcu podniósł wzrok na Filipa i rzekł niemal obojętnym tonem:
- Brakuje numeru buta i grupy krwi.
- CIEKAWE, JAKĄ TY MASZ GRUPĘ KRWI! ZARAZ CI TROCHĘ UPUSZCZĘ, TO SPRAWDZIMY!!!
- Filip, Filip, uspokój się – powiedziała spokojnie Krówka, pukając go kopytkiem w łopatkę. – Ja to załatwię. – Bob odsunął się trochę od okienka, robiąc jej miejsce. – Adasiu, albo zaraz wystawisz Filipowi Akt Rejestracji, albo zobaczysz, co znaczy gniew rogatej żony. Co ty na to? – Rzuciła mężowi odrobinę pogardliwe spojrzenie, na które Adam zareagował drgawkami całego ciała. Trzęsącymi się rękoma wystawił Akt Rejestracji na nick Filip1980, dołączył do niego Kartę Dostępu do Wszystkich Działów, a Filip wyszarpnął je mu z ręki z prędkością światła i wybiegł z urzędu jak oparzony. Indyk i Krówka dopędziły go, mocno zdyszane, gdy przystanął kilka kroków za drzwiami, nie wiedząc, w którą stronę ma się udać.
- To co robimy? Macie jakiś plan? – spytał, zakładając ręce pod boki.
- W tej chwili nie za bardzo wiemy, co planuje zamachowiec.
- I kim w ogóle jest ten zamachowiec.
- I gdzie ten zamachowiec jest.
- I czy już wie, że Indor porzuciła prace nad klonem Tró.
- I czy...
- Dobra, dobra, kapuję! – przerwał im Filip, drapiąc się pogłowie. – To co robimy? Musimy się czegoś dowiedzieć. Tylko jak i od kogo?
- Ajrisz.
- A co ma z tym wspólnego Irlandia?! – żachnął się Filip.
- Nie Irish, tylko Ajrisz.
- Jeden diabeł.
- Ajrisz to siostrzenico-pasierbica twojej żony – wyjaśniła lekko znudzonym tonem Indyk.
- A, ta mała, ciemna, lekko mroczna i nieprzystępna?
- Ta sama.
- I jak ona niby ma nam pomóc?
- Nie zapominaj, że ona ma wtyki po Ciemnej Stronie Mocy. Księció wie wszystko o wszystkich i wszystkim, jest mistrzem wywiadu, szczególnie jeśli chodzi o jakieś ciemne interesy, spiski i inne takie. Na pewno już coś mu się o uszy obiło. Poza tym Ajrisz siedzi w dziale linkożerców, może któryś z tych zbrodniarzy macza w tym swoje brudne paluchy...
- Tylko gdzie my ją teraz znajdziemy? – spytał żałośnie Filip, wzdrygając się lekko na myśl o swoim teściu, po czym nagle poczuł, jak ktoś stuka go po ramieniu. Odwrócił się, ale nikogo nie zauważył. Rozejrzał się wokoło, po czym usłyszał chrząknięcie dochodzące niemal z poziomu podłogi. Spojrzał w dół i, ku swojemu zaskoczeniu, stwierdził, że stoi twarzą w twarz z niepozornym dziewczęciem o iskrzących złem oczach. Chociaż „twarzą w twarz” to może nie jest najszczęśliwsze określenie. Raczej, ze względu na niewielkie rozmiary stojącej przed Filipem istoty, trafniejszym byłoby sformułowanie „klatką piersiową w twarz”.
- A ty tu skąd? – spytał odrobinę zniecierpliwionym tonem. Nic go już nie dziwiło. Był tylko trochę rozczarowany, że ciągle przytrafia mu się coś, czego nie rozumie.
- Śledziłam cię od samego początku – wyjaśniła Księcini spokojnie, przewracając oczami. – Tró miała wyrzuty sumienia, że zostawiła cię samego i poprosiła mnie, bym cię przypilnowała.
- Jakoś nie zareagowałaś, kiedy najbardziej potrzebowałem pomocy w korytarzu pełnym koncówko-zombie! – krzyknął z wyrzutem Bob, opierając pięści na biodrach.
- Gdyby Krówka nie wkroczyła, pomogłabym ci. Chciałam sobie tylko chwilę popatrzeć, bo miałam niezły ubaw. – Dziewczę uśmiechnęło się złowieszczo.
- Ajrisz, masz jakieś informacje na temat tego spisku, co tu się zawiązuje przeciw Tró? – spytała w końcu Indyk, tupiąc pazurami o podłogę w zniecierpliwieniu. – Musimy zacząć działać.
- Księció nie ma pewności, ale to z całą pewnością recydywista. Zna forum całkiem nieźle, wchodzi gdzie chce, obawiam się, że śledzi Tró i w każdej chwili może wprowadzić swój plan w życie. A może już wprowadza.
- A wiecie może, na czym ma polegać ten straszny plan? – spytała Krówka.
- Może nie tutaj, tu za dużo ludzi może nas podsłuchać... Chodźcie...

Usiedli w kącie Farmazonów, z dala od wścibskich użyszkodników, których mogłaby interesować ich rozmowa. Wszyscy byli zajęci ciekawą gadką***** i ambitną rozrywką w postaci disko. Pochylili się do siebie i, szepcząc, wymieniali spostrzeżenia.
- Póki co nie mamy żadnych śladów poza tym szantażem Indyka – podsumowała dotychczas poznane informacje Księcini. – Naprawę nie wiesz, kto to mógł być?
- Nie, naprawdę! – zagdakała przez łzy Kasia, chowając głowę w skrzydłach. – Przecież gdybym wiedziała, to bym wam powiedziała!
- To co my właściwie możemy zrobić? Łazić za Tró i jej pilnować? – zaproponowała Krówka bez większego entuzjazmu. – Na dłuższą metę tak się nie da.
- Nie ma rady, musimy wyeliminować intruza, mimo że nie wiemy, kim on jest.
- Albo ona.
- Albo ona – przyznała Krówka, mieszając leniwie kawę po turecku, którą przyrządził dla niej jej mąż podczas przerwy obiadowej w urzędzie. – Pomyślmy logicznie, kto by to mógł być?
- Jakiś niedoceniony twórca z RT?
- A może to o tego tam chodzi? – podrzuciła pomysł Ajrisz, patrząc spode łba na Filipa.
- Mojej osoby i mojej końcówki w to proszę nie mieszać – fuknął.
- Nie, nie – zapewniła Indyk spod sterty swoich piór, które z nerwów zaczęła wyskubywać. – Jestem pewna, że chodzi o przejęcie władzy w RT.
- Cześć – odezwała się nagle zza pleców Drobiu Pszczoła, która zjawiła się ni stąd, ni zowąd w okupowanym przez nich kącie. – Witaj, synku. – Ukłuła syna pieszczotliwie w policzek, na co syknął z bólu, ale nic nie powiedział. Przyzwyczaił się już, że w obecności matki zawsze musi mieć dobrą maść na ukąszenia owadów. – Co tu tak siedzicie? Co to za konspiracja? Spiskujecie?
- Nie, właśnie próbujemy wykryć spisek.
- Aha – odparła zupełnie spokojnie Pszczoła. Jak gdyby spiski były na porządku dziennym. – A ja próbuję się dowiedzieć, co to może znaczyć – dodała, pokazując im jakąś obgryzioną kartkę, na której wyklejono jakieś wyrazy przy użyciu literkami z gazet. – Znalazłam to pod drzwiami do Radosnej i nie mogę tego odszyfrować.
- Pod drzwiami do Radosnej?! – Wszyscy wybałuszyli na nią oczy. – Której Radosnej?
- Głównej, pisarskiej. A co?
Filip natychmiast wyrwał matce kartkę z ręki i zagłębił się w lekturze. Najwyraźniej nic nie zrozumiał, bo po chwili, zniesmaczony i zmarszczony, odsunął ją od siebie.
- Jakieś farmazony. Pasuje do scenerii.
Na to Ajrisz porwała kartkę i, przeleciawszy ją wzrokiem, prychnęła na Filipa i spojrzała na niego pogardliwie.
- Bo ty, jak zwykle, jesteś nie w firmie! Wszystko jasne!
- Co tam jest?! Czytaj!
- „Prolog. Muszę zrobić krok przód na przód. To będzie koniec Strychnine. Ciąg dalszy wkrótce.” Podpisano Tajemnicza P.P.
- I co to ma niby wyjaśniać? – zdziwił się Filip, a zdziwił się jeszcze bardziej, gdy wszystkie dziewczyny na raz zerwały się z miejsc i, ciągnąc go za sobą, wybiegły z Farmazonów.
- Magda jest w ogromnym niebezpieczeństwie! – wyjaśniła, dysząc ciężko, Indyk, gdy znaleźli się w windzie i ruszyli w dół, na minus siódme piętro – Musimy jak najszybciej dostać się do RT, póki nie jest za późno!
- Kim jest ta P.P?
- Niedługo się przekonasz.
- Papó, zgarniaj Ann i zasuwajcie do RT, potrzebujemy wsparcia modów – wyrzuciła z siebie z prędkością światła Ajrisz w mikrofon swojego telefonu komórkowego. – Klaudyna chce zanihilować Tróciznę, prawdopodobnie wzięła ją już w niewolę. Tak, natychmiast. I zabierzcie ze sobą kogo się tylko da.
Cała wataha użyszkodników wypadła z windy, zanim jej drzwi zdążyły się do końca otworzyć, po czym ruszyła pędem korytarzem z portretami na ścianach. Dopadli wielkich drzwi i zaczęli je szarpać, ale te za nic nie chciały ustąpić.
- Zróbcie coś! – krzyczał Filip żałośnie. – Tam jest moja żona!
- No przecież próbujemy!
- Otwórz się! – warknęła Ajrisz na drzwi, ale te nic sobie z tego nie zrobiły. Wszyscy spojrzeli na nią dziwnie, na co spłonęła rumieńcem. – No co? Księció się to zawsze udaje, wszystko staje przed nim otworem...
- Och, odsuńcie się wreszcie – usłyszeli za sobą i jak na komendę zrobili krok w tył. Tuż pod drzwiami upadł wielki, pękaty pomidor, piknął pięć razy, po czym wybuchł, wyrywając z hukiem drzwi z zawiasów. To Papó, uzbrojona w wielką kiść pomidorów, wraz ze stojącą za nim Ann z Wielkim Korektorem w charakterze miotacza plazmy, dotarły w zastraszającym tempie pod wejście do departamentu, którego szefową była Tró. W końcu jej życie było zagrożone. Jej siostra i siostra siostry, która nie jest jej siostrą nie mogły tego tak zostawić.
Dosłownie parę sekund później z windy, z drzwi za portretem Papó, z klatki schodowej prowadzącej do Pomidorowego Sądu i ze wszystkich innych zakamarków zaczęły napływać posiłki. Gdzieś dało się słyszeć złowieszcze trąbienie Słonia, gdzie indziej Lisica przemknęła się pomiędzy nogami innych użyszkodników, ostrząc końcówki kredek najostrzejszą z temperówek. Cały korytarz zapełnił się wszelkiego rodzaju postaciami, jednak produkowany przez nie gwar, pisk, bzyczenie, warczenie, muczenie, tupanie i inne odgłosy nie zdołały zagłuszyć przeciągłego, bolesnego jęku, który dał się słyszeć z drugiego końca biblioteki Radosnej Twórczości. Tłum wparował szturmem do pomieszczenia, rozproszył się i wielką falą zaczął przemieszczać się w tamtym kierunku. W końcu dotarli do podestu, na którym niegdyś Tró wykrzykiwała hasła propagujące jej kandydaturę na moderatora. I znowu tam była, tym razem jednak nie sama. Klęcząc na kolanach ze związanymi na plecach rękami i czerwonym markerem, którym zwykła poprawiać błędy językowe, przystawionym do gardła przez Tajemniczą P.P, spoglądała na nich z wściekłością przemieszaną z przerażeniem w oczach. Dostrzegła w tłumie Filipa i z jej oczu pociekły gorzkie łzy.
- Jeden niewłaściwy ruch, a ona zginie! – krzyknęła Klaudyna, rysując Truciźnie czerwone kreski na szyi.
- Nawet tego nie próbuj! – zagroziła jej Papó, podrzucając beztrosko pomidora w prawej ręce. – Bo plam z pomidorów z siebie nie domyjesz.
- Czego chcesz? – spytała Słonik, która wzięła na siebie funkcję negocjatora. – Czego chcesz w zamian za Tró?
- Władzy! – wrzasnęła szaleńczo Klaudyna. – Całego RT na własność! I bana dla niej. – Dźgnęła Strychninę w policzek flamastrem, a ta zawyła przez zaciśnięte zęby.
- Bądź dzielna, kochanie – szepnął Filip, patrząc jej głęboko w oczy. Miał pewność, że zrozumiała.
- Nie licz na to – powiedziała spokojnie Mlawer, kręcąc trąbą.
- Władza w RT nie może znaleźć się w przypadkowych rękach. I to na pewno nie w takich, jak twoje.
- Wielokrotnie zostałaś upomniana, że w RT jesteś persona non grata. To znaczy, że nikt cię tu nie chce. Jak chcesz rządzić, jeśli nikt nie będzie cię słuchał?
- Nie twój biznes, chcę władzy! Albo ona zginie! – powtórzyła Klaudyna z szaleństwem w oczach. – Chcecie zobaczyć, do czego jestem zdolna?
Podniosła flamaster i wielkimi, grubymi literami napisała na ścianie za sobą słowo „Prolog”. W tej chwili Tró zawyła żałośnie, zwijając się z bólu.
Na ścianie pojawiły się kolejne słowa: „Drugi Prolog. Chciałabym z Tobą szczerze porozmawiać to jest moje GG. Przód na przód”. Strychnine wiła się po ziemi, syczała, jęczała, męcząc się straszliwie, jakby te słowa, wypisane na ścianie, wyrzynały jej rzeczywiste rany na ciele... albo raczej na duszy.
Wszyscy patrzyli na tę scenę przerażeni, aż w końcu Ann otrząsnęła się z letargu, zebrała się do kupy i wystrzeliła ze swojego miotacza korektor w płynie, który rozbryznął się na ścianie, zasłaniając bluźnierstwa przed chwilą na niej wypisane. Tró opadła z wyraźną ulgą na podłogę, dysząc ciężko. I wtedy rozpoczął się szturm.
Papó zaczęła rzucać pomidorami na oślep, o dziwo nie trafiając nikogo z prawowitych użyszkodników. Słoń ruszyła pędem, a jej kopyta wprawiły podłogę w takie drżenie, że Klaudyna przewróciła się, a flamaster wypadł jej z ręki. Mlawer to wykorzystała i odciągnęła trąbą Strychnine na bok za jej wyświechtany paltocik. W tym czasie Pszczoła żądliła, Krówka deptała, Indyk dziobała, Lana i Kitty drapały – wszyscy użyszkodnicy rzucili się na Klaudynę z zamiarem rozszarpania jej na strzępy.
- Nie... – wyjęczała Magda, gdy Filip doskoczył do niej i wziął ją w ramiona. – Nie, nie róbcie jej krzywdy...
- Ona bredzi.
- Nie... Skażcie ją na dożywotnią banicję, odetnijcie kabel od klawiatury, ale nie róbcie jej krzywdy. To nie jej wina, że nic do niej nie dociera. A ja nie chcę, byście mieli ją na sumieniu.

Po szybkim procesie Klaudyna została skazana na obrzucenie najbardziej zgniłymi pomidorami z farmy Papó, a potem wydalono ją z Foróm raz na zawsze. Tró wróciła na stanowisko po krótkiej rekonwalescencji, ale na wszelki wypadek zapewniono jej ochronę w postaci Lany, która sama zaoferowała, że będzie bronić wszelkich jej walorów******.
Indyk nie została postawiona w stan oskarżenia, a jej późniejsze badania ograniczały się już tylko do odżywek dla dyń i sztucznego nawozu pod truskawki oraz szukania szczepionki na wirusa końcówki. Filip dostał pracę w charakterze jej asystenta, bo Tró uznała, że w kitlu wygląda wybitnie pociągająco. Był też królikiem doświadczalnym i dzięki niemu Indyk wkrótce odkryła, że najlepszą szczepionką na wirusa końcówki jest specyfik, po spożyciu którego zainfekowane użyszkodniczki zapadały na chorobę lawendowej końcówki. Ze względu na stanowczy sprzeciw Ajrisz szczepionka ta nie została wprowadzona do produkcji, a Filip po prostu musiał dokładnie się rozglądać na boki, czy ktoś nie czai się za węgłem, gdy opuszczał swój bezpieczny kąt w laboratorium.
Życie na Foróm w końcu wróciło do normy. Ale czy mieści się ono w jakichkolwiek normach?

***
* To z mojej wielkiej i nieokiełznanej miłości do Papó big_smile
** Gwoli wyjaśnienia, od angielskiego tomato, czyli pomidor big_smile
*** Nawiązanie do pierwszej mini big_smile
**** Wiecie, że ja z zasady jestem bardzo skromną osobą lol
***** Błąd, oczywiście, zamierzony big_smile
****** Tak, tak, o to chodzi, Papó xD

Ostatnio edytowany przez Strychnine (2015-11-05 11:06:43)


FOM SEMUMIUWW AfF FSiJPH SNiSUM&UwS GNAJ DORIS MDUC

This is my timey-wimey detector. It goes ding when there’s stuff. - The Doctor

Offline

 

#456 2011-06-03 09:39:55

MEG1984
Prawie jak Papuka
Od: zachodniopomorskie
Zarejestrowany: 2009-12-02
Posty: 6290

Re: Strychnine odwaliło i wzięła się za miniaturki xD

Strychnine rozpieszczasz nas w tym tygodniu. Nie dość, że był nowy rozdział opowiadania, to jeszcze forumówka. Powiem szczerze, że warto było tyle czekać i nie zauważyłam żadnego braku spójności. Za to uśmiałam się niesamowicie i dzięki tej mni od samego rana mam dobry humor.
Biedny Filip po poprzednich doświadczeniach z forum powinien był wiedzieć, że tu nic i nikt nie jest w normalne w rozumieniu reszty świata i że może się podziewać kłopotów, a jednak postanowił się zarejestrować. Nie da się ukryć, że facet jest odważny big_smile

Strychnine napisał:

- Nie Jacyków. Dziecko nasze mi buty doradziło. Ale w sumie Jacyków, Jakcyk...

Od razu wiedziałam, że jak mowa o Jacykowie, to i Jakcyk się pojawi big_smile

Strychnine napisał:

– Nie zapomnij o kamuflażu. Wirus końcówki wciąż szaleje. - Mężczyzna wyciągnął z wewnętrznej kieszeni marynarki maskę, na którą składały się okrągłe, okulary, wielki plastikowe nos i takież wąsy.

Jakoś nie mam pewności czy ten kamuflaż byłby skuteczny. Podejrzewam raczej, że ktoś tak wyglądający wzbudziłby zainteresowanie.

Strychnine napisał:

- Fifulek_Seksi_Mięsko.

lol3 Bezlitośnie mnie zamordowałaś. Facet ma o sobie wysokie mniemanie big_smile Tylko biedaczek nie wziął pod uwagę, że taki login mógłby naprowadzić dziewczyny zarażone wirusem końcówki na jego prawdziwą tożsamość.

Strychnine napisał:

- Do czego jest teczka nie wiem, ale wiem, do czego gumka.

Typowy facet, myśli tylko o jednym big_smile

Strychnine napisał:

- Czyżby ten portret umiał mówić? – zainteresował się Bob, spoglądając na górujący nad nimi obraz.

Czyżby Filip też był fanem HP? big_smile

Strychnine napisał:

- A czemu to stoi akurat w Sądzie? – spytał Fifulek, skinąwszy głową na maszynę, która teraz bulgotała, jak gdyby w środku gotowała się zupa pomidorowa.
- Nie wiem, może żeby rozmieniać pomidory na łapówki dla sędziego?

A to sędzia przyjmuje małe łapówki i w dodatku w niskich nominałach mysli big_smile

Strychnine napisał:

Tró nie była w stanie mu powiedzieć, jak dokładnie nazywa się departament, do którego powinien się udać, ani kto jest tego departamentu szefem. Powiedziała tylko zdawkowo, że ona „już się w tym burdlu nie rozeznaje”.

Chyba nie ona jedna big_smile Troszkę się nam forum rozrosło i czasem można się pogubić smile

Strychnine napisał:

Ale cały czas nie mógł zrozumieć, czemu one się tak na niego gapią. Dziadek jak dziadek, tylko trochę wiekiem odbiegający od ogólnoprzyjętych standardów. Poczochrał włosy w geście niezrozumienia, rozpiął górny guzik koszuli, bo zrobiło mu się nagle jakoś dziwnie gorąco, po czym uśmiechnął się odrobinę zawstydzony.

I on się jeszcze dziwił czemu dziewczyny się na jego widok ślinią big_smile Nie dość, że młody i przystojny, to jeszcze zawadiacko rozczochrany i na dokładkę rozpina koszulę big_smile

Strychnine napisał:

Widać było, że dostały jakiegoś ataku, ale na to Tró Filipa nie przygotowała. Nie wiedział, co to oznacza.

To się nazywa atak wirusa końcówki big_smile Biedny Filip powinien był wiać tongue

Strychnine napisał:

Bo kto normalny umieściłby za szybką przycisk alarmu opatrzony napisem W wypadku pojawienia się Końcówki Boba zbić szybkę?

Normalny pewnie nikt. Tylko czy ktoś twierdzi, że tu można spotkać normalne osoby? tongue

Strychnine napisał:

Zawył alarm, a był go najgorszy z możliwych alarmów. Z głośników popłynął głos Justina Biebera w jego największym przeboju „Baby”.

Nie masz litości big_smile Zamordowałaś mnie lol2

Strychnine napisał:

Nigdy stąd nie wyjdę! A jeśli wyjdę, to zbezczeszczony!

Myślałby kto, że on taki niewinny tongue No chyba, że chciał być wierny mysli

Strychnine napisał:

– Za moment go zobaczysz.
- Co, nawóz? – przelękł się mężczyzna. Krówka pokręciła głową.
- Sejf, pacanie.

lol2 Nie ma to jak inteligentna rozmowa.

Strychnine napisał:

- Tak, tak, wiem, jestem boski i w ogóle, ale nie każ mi znowu uciekać, jak te tam w korytarzu, co?

No i do tego jaki skromny tongue

Strychnine napisał:

- Gadaj mi tu, co to ma znaczyć! I pamiętaj – dodał Bob, wymachując wyciągniętym tuż przed dziobem Indora wskazującym palcem – ja się znam na chemii jak mało kto!

To mu się akurat udało big_smile Wreszcie przydało się doświadczenie z chemicznych filmików big_smile

Strychnine napisał:

– Pana godność?
- Dawno już zostałem jej pozbawiony – odparł bez namysłu, przyciskając nos do szybki.

Bardzo inteligentna wymiana zdań i ta wieloznaczność słów big_smile

Strychnine napisał:

- „Prolog. Muszę zrobić krok przód na przód. To będzie koniec Strychnine. Ciąg dalszy wkrótce.” Podpisano Tajemnicza P.P.

No i wszystko jasne. Tylko biedny Filip nie mógł o tym wiedzieć, nie znając najbardziej charakterystycznej formowej autorki big_smile

Strychnine napisał:

Życie na Foróm w końcu wróciło do normy. Ale czy mieści się ono w jakichkolwiek normach?

Chyba tylko w normach forómowych big_smile Dla reszty świata jesteśmy bandą wariatów, ale mi jakoś z tym dobrze big_smile

Strychnine jesteś naprawdę niesamowita i bardzo pozytywnie zakręcona. Dawno się tak nie uśmiałam. Mam nadzieję, że będziesz mieć jeszcze wiele tak świetnych pomysłów. Tego Ci życzę i jeszcze żeby wen Cię nie opuszczał. Pozdrawiam kiss


Kiedy rodzi się człowiek z nieba spada dusza i  rozpada się na dwie części.
Jedna z nich trafia do kobiety, druga do mężczyzny.
Życie polega na odnalezieniu tej drugiej połowy, połowy swojej duszy, połowy samego siebie...
I believe in SH. I AM SHERLOCKED.

Offline

 

#457 2011-06-03 23:22:30

FilipomankaxD
Znawca Brzyduli
Od: Rysiów
Zarejestrowany: 2009-05-07
Posty: 470

Re: Strychnine odwaliło i wzięła się za miniaturki xD

Tró! Czytałam to i się popłakałam... ze śmiechu! To było MEGA! smile Ty to masz pomysły! Najbardziej uśmiałam się z nicka, jakiego sobie Bob wybrał - ten z mięskiem, hihi.

Gratuluję tak bujnej wyobraźni! Czekam na kolejne pomysły, a przy tym dużej ilości weny życzę!

Pozdrawiam!
Filipomanka xD


"Marzeniom trzeba czasem pomagać" (Marek Dobrzański)
http://marekiulabyasiaxd.blog.pl/
http://niejestemciebiegodzienbyasiaxd.blog.pl/  <= zapraszam smile

Offline

 

#458 2011-06-04 13:05:53

brzydulomaniaczka
Przyjaciułka SteFy
Od: Gdzieś w lubelskim...
Zarejestrowany: 2009-04-04
Posty: 10576
Serwis

Re: Strychnine odwaliło i wzięła się za miniaturki xD

Fifulek_Seksi_Mięsko.

Przepraszam, nie mogę lol3 Zabiłaś mnie, więc komentarza nie będzie xDDD Bardzo długo.


Kocham wszystkie swoje siostrzyczki forómowe: Aduśka, Apollina, Claudia, Króweczka, Libby, Mel, Pszczoła, Struś.
Mój facet to Miron Lipski heart    iris
Kocham swój wieczny avek <3

Offline

 

#459 2011-06-10 22:47:08

independent
Kochanka Marka
Zarejestrowany: 2009-08-21
Posty: 4479
Serwis

Re: Strychnine odwaliło i wzięła się za miniaturki xD

Magda, Ty wariatko! Ja już Ci pisałam, że zabiłaś mnie tą miniaturą, ale muszę to jeszcze ogłosić oficjalnie:

Absolutnie, całkowicie w 100% czuję się Ómarnięta przez forÓmową TrÓciznę o sumarycznym wzorze C21H22N2O2 lol2 lol2 lol2

No po prostu zgon na całej linii!

Nigdy nie sądziłam, że ktoś wykorzysta moje prywatne „kompetencje” do napisania czegoś tak szalonego!

Dzięki wielkie! kiss

Czuję się zaszczycona wykorzystaniem mojej skromnej osoby lx lol3

Ostatnio edytowany przez independent (2011-06-10 22:47:46)


- Czego się boisz? - zapytał.
W jednej chwili w głowie pojawiły się setki myśli: boję się tego, że będę zwykłym szarym człowiekiem. Tego, że nie spotkam osoby, która uczyni moje życie wyjątkowym... Boję się życia... Ale najbardziej boję się, że nigdy nie zrozumiesz, co chcę Ci powiedzieć, bo jest to dla mnie za trudne.
- Boję się pająków - odpowiedziała.

Offline

 

#460 2015-06-04 22:35:45

Pszczoła
Fan morszczuka
Od: Szczecin
Zarejestrowany: 2009-08-23
Posty: 9350

Re: Strychnine odwaliło i wzięła się za miniaturki xD

Z racji tego, że i tak już prawie nikt tu nie zagląda, to wyciągam wątek na wierzch, bo jest mi potrzebny, a nie będę go w kółko szukać xD


"[Voldemort] Może jest, a może go nie ma, ale pozostaje faktem, że potrafi się poruszać szybciej niż Severus Snape, gdy mu się zagrozi szamponem(...)." - Harry Potter i Insygnia Śmierci heart
pszczola

Offline

 

Stopka forum

Powered by PunBB© Copyright 2002–2018 PunBB
statystyka