BrzydULA - jedyne forum fanów serialu

Forum dyskusyjne miłośników serialu "BrzydULA"

Nie jesteś zalogowany.

#1 2009-12-25 22:49:01

Hatifnat
Szemrzący typ
Zarejestrowany: 2009-12-10
Posty: 59

Samobójstwo baletnicy na Broadwayu nie jest istotne.

smile
Tytuł roboczy - Czerwony sweter.

Opowiadania nieskończone muszę publikować, bo sama nie umiem się zmotywować do ich dokończenia. Takiego kopa w cztery litery na rozruszanie aktualnie bardzo potrzebuję. Nie liczę jakoś specjalnie, że komuś zechce się przeczytać to „coś”, ale ja mam do tego sentyment i mam zamiar dokończyć. Opowiadanie zawiesiłam na jakieś półtora miesiąca, ale znowu wzięło mnie na kontynuowanie. Publikowałam je już wcześniej i spotkało się z dość entuzjastycznym odbiorem, tylko mnie jakoś samej nie leżał ostatni rozdział. Tutaj trochę pozmieniałam. Nie dodałam tego nieszczęsnego ostatniego fragmentu, który wcześniej „spieprzeju” mi wenę (wczuwam się w rodzinne klimaty głównej bohaterki – Rosję xD) i zmieniłam imiona bohaterów na świeższe, żeby i mi do głowy wpadały świeższe pomysły. Żeby nie było, inspirowałam się trochę twórczością P. Coelho i „Dowodami zbrodni” z TVN-u xD. Tyle tytułem irytująco długiego wstępu. Zapraszam na opowieść o miłości w czerwonym swetrze z intrygą w tle. wink





Wpadli do małej kawiarenki na rogu Sześćdziesiątej Czwartej Wschodniej i Sześćdziesiątej Pierwszej. Ciekło z nich.

W środku było rozkosznie ciepło. Gdzieniegdzie stały już świąteczne ozdoby. Wiadomo, że w mieście, które nigdy nie śpi, czas upływa szybciej.

To miejsce miało w sobie jakąś nieokreśloną magię, a szyld nad drzwiami zdawał się mówić „ Zapraszam do ciepłego środka na kubek aromatycznej kawy”. Jak widać, nie tylko oni to odczuli. W kawiarence prawie nie było wolnych miejsc. W rogu dostrzegli pustą, skórzaną kanapę w kształcie półkola. Pośpiesznie zajęli miejsca. Mężczyzna ściągnął przemoczoną kurtkę i sięgnął po dzisiejszego „Times’a” spoczywającego na stoliku.

- I tak umrę. Mogę zabić się sama, albo czekać aż ktoś mnie wyręczy – oznajmiła jedna z towarzyszących mu kobiet, trzy tony głośniej niż zamierzała.

Zapadła niczym nie zmącona, niezręczna cisza. Kilka osób zajmujących najbliższe stoliki odwróciło głowy w ich stronę.
Potem podszedł kelner i zapytał czy czegoś nie podać. Ciekawskie głowy wróciły na swoje miejsca i w kawiarence na nowo zapanował wesoły gwar.

Ludzie mają tą niezwykła cechę, że zależy im tylko na sobie i na krępujących, niekoniecznie prawdziwych faktach z życia innych – plotkach.
Rozważanie na temat ewentualnego życia lub śmierci nieznanych osób, średnio nie zajmuje im więcej niż trzy minuty.



Nowy Jork. 1981 r. trochę wcześniej, tego samego dnia.


- Zielony?
- Za zimny…
- Czerwony?
- Za ostry. W ogóle czerwony? Czyś ty rozum postradał?
- Ok, ok. Czarny?
- Zbyt cygański?
- Masz rację. A ten w ciapki?
- Wyobrażasz sobie jakby to wyglądało? – zapytała młoda dziewczyna stukając się w czoło.
- Ale zrzędzisz! A niebieski? – jej towarzysz wskazał na małe opakowanie.
- No! Niebieski może być, laski na to lecą!

Po jakiś dziesięciu minutach para opuściła optyka z kompletem kilku par niebieskich soczewek. Szli blisko siebie, każde patrzyło w inną stronę. Kobieta obserwowała ludzi uwijających się dookoła. Sprzedawcę, który przed sekundą upuścił naręcze kwiatów. Róże spadły na jezdnię, jezdnia jest bezlitosna nawet dla czegoś tak pięknego. Mężczyzna zapatrzył się w niebo. Chmury leniwie sunęły po szarawym niebie. Nie było ptaków, nie było słońca.

Rozemocjonowani Nowojorczycy migali gdzieś dookoła, każdy wyposażony w papierowy kubek z gorącą kawą. Wiatr wyrywał ludziom parasolki z rąk. Wszędzie panował nieziemski ruch. Śmierdziało.

- Wiesz Elle – odezwał się nabywca szkieł kontaktowych. – Jak ja nienawidzę tego pieprzonego miasta. Wszędzie hałas, ruch, kioski z gazetami i samochody. Zero luzu, przestrzeni, zieleni i świeżości powietrza. To wariatkowo.
- Z tego co wiem Aaron, wszystko co nie jest twoim domem, ani zakładem bez klamek, wariatkowem nie jest.

Mężczyzna zamilkł, nie bardzo wiedząc co odpowiedzieć.
Po chwili usiedli na barierce ruchliwego mostu i zapalili trawę. Nogi luźno zwisały im w powietrzu, karki swobodnie kołysały się w rytm muzyki dobiegającej z przestarzałego radia. W tej chwili czuli się wolni, niezobowiązani wobec niczego i niezwiązani z niczym. Najzwyczajniej w świecie wolni. Spojrzał na nią.

Wydawała się piękna. Na swój pokrętny, niedbały sposób. W wytartych spodniach, kolorowym szaliku wyszukanym gdzieś na wyprzedaży, długich, wiecznie splatanych włosach. Pociągała go swoją fizycznością, ale nie była dla niego, a on nie był dla niej. Wiedzieli o tym, od kiedy tylko się poznali. Od roku.
- Jak myślisz, udałoby mi się skoczyć stąd i nie roztrzaskać sobie głowy o kamienie? – zapytał Aaron.
- Nie – odpowiedziała krótko.

Zapalili następnego skręta.
Jesień jest naprawdę dziwną porą roku. Na swój sposób piękną, na swój sposób okropną. Zakładając, że ze swojego okna masz widok choć na jedno drzewo, możesz cieszyć się tym pięknem. Jeśli nie masz tyle szczęścia, dzielisz los wszystkich tych którzy w chłodne, listopadowe popołudnia wychodzą ze swoich nor, łaknąc odrobiny świeżości, powiewu powietrza, skrawka przyrody wolnej od przepychu.

- Medycyna nie jest dla mnie – ni z tego, ni z owego odezwał się mężczyzna. – Nie czuję tego czegoś.
- Co masz na myśli?
- Powołanie. To coś, co każe ci iść dalej i dać z siebie wszystko. Po prostu tego nie mam.
- Powołanie to bzdura. Bo czym jest powołanie? Chęcią. Po co wymyślać nowe określenia dla czegoś, co zostało już nazwane. Róża pod inną nazwą pachnieć będzie tak samo – Elle zamyśliła się. – Poza tym, Aaron… to tylko twoja wrodzona skłonność do obijania się.
- Nie wiesz jak to jest mieć w swoich rękach cudze życie. To mnie przerasta.

W tym momencie samochód za nimi zatrąbił przeraźliwie. Odwrócili głowy. Szczupła sylwetka w porozciąganym, czerwonym swetrze przebiegła na drugą stronę ruchliwego mostu, powodując ogólne zamieszanie. Gdy stanęła bezpiecznie przy barierce, samochody rozjechały się zapominając o jej istnieniu. Może tylko jakiś pojedynczy kierowca klął na nią cicho, pod nosem.

Zatrzymała się kilkanaście metrów od nich. Nie widziała nic poza metalową szarością poręczy mostu.

Ściągnęła czerwony sweter, ukazując czarny prosty stanik. Rozpuściła falowane włosy, które pod wpływem silnego podmuchu zatańczyły na wietrze. Rozwiązała sznurówki butów, ściągnęła skarpetki. Wszystko rozrzuciła wokół siebie niedbale. Pozbyła się legginsów, delikatnie, drżącymi rękoma, rozpięła biustonosz ukazując kształtne piersi.

Para siedząca nieopodal przyglądała się temu z niepokojem. Aaron wyrwany z własnych myśli jeszcze nie do końca powrócił do realności. Elle przyglądała się całej sytuacji bez słowa.

Dopiero w chwili, w której intrygująca dziewczyna przekroczyła barierę i stanęła na palcach wdychając listopadowe powietrze dotarło do nich, co zamierzała zrobić.
- Ona chce skoczyć! – poderwał się na nogi student medycyny i ruszył w kierunku samobójczyni.
Elle została na miejscu. Nie chciała ingerować w wyższe sprawy, wierzyła w przeznaczenie. I tak nic by nie zdziałała.
- Nie skacz! – wykrzyczał Aaron w stronę dziewczyny.
- Nie zależy mi na skoku – odpowiedziała.
Zdyszany podbiegł bliżej, tak, że dzieliło ich zaledwie kilka metrów.
- To czemu chcesz skoczyć? – zapytał.
- Bo zależy mi na śmierci .

Mimo sytuacji w jakiej się znaleźli nie mógł nie zauważyć jej niezwykłej urody.
Nagle przejął go lęk o nią. O zupełnie nieznaną osobę. O zwyczajną dziewczynę, której nigdy w życiu nie widział. Nie bał się o to, że ona odbierze sobie życie. Bał się, że ją straci. Taką zupełnie nie znaną mu osobę.

- Nie rób tego, proszę – spojrzał w jej ciemne, szklące się oczy.
- Dlaczego? – zapytała.
Jej pytanie nie było przepełnione bólem. Nie było przepełnione furią. Przywołała mu na myśl dziesięcioletnią dziewczynkę pytającą rodziców, czemu nie chcą jej kupić jeszcze jednej porcji lodów.
- Bo… - nie miał pojęcia jak uzasadnić swoją prośbę. – Bo nie chcę widzieć jak umierasz.
- Ja też wolałabym nie widzieć własnej śmierci – odpowiedziała tym samym tonem. – Dlatego zamknę oczy. Ty też zamknij.
Bał się podejść do niej bliżej, przekonany, że wtedy skoczy.
Podniósł czerwony sweter leżący mu koło nogi.
- Czemu się rozebrałaś? – próbował skupić jej uwagę na sobie.
Wychyliła stopę i zamknęła oczy.
- Mam na imię Aaron – podjął ostatnią rozpaczliwą próbę nawiązania z nią kontaktu.
Podziałało. Rozchyliła powieki i oparła stopę o podłoże.
Jego serce zamiast zwolnić uspokojone, gnało szaleńczym tempem.
- Nie chcę wiedzieć jak masz na imię! – wykrzyczała roztrzęsiona. – Odwal się – wycedziła przez zęby, bliska furii.
- Nie masz prawa! – dodała.
Jej głos się załamał.

Aaron wykorzystał moment i doskoczył do niej chwytając za jej szczupłe dłonie. Były lodowate. Pociągnął ją w swoją stronę. Nie wiedząc co się dzieje, nie stawiała oporu
Jej ciałem wstrząsały dreszcze. Objął ją mocno otulając drżące plecy. Pozwolił jej płakać, tyle, że to nie był zwykły płacz. Szlochała nie mogąc zaczerpnąć tchu. Nigdy nie widział, żeby ktoś tak płakał.

- Ciii – zaszeptał jej do ucha. – Już dobrze właścicielko czerwonego swetra.
Oderwała się od niego i spojrzała mu prosto w oczy. Po policzkach ciekły jej łzy. Włosy poprzyklejały się do czoła.
- Jestem Wiera – powiedziała cicho. – A sweter nie jest mój.
Po chwili znowu wtuliła się w jego pierś, tak jak jeszcze nikt nigdy, łapczywie domagała się czyjejś bliskości.

I wtedy cichutko, kropelka po kropelce, rozpadało się na dobre.

*

Kilka mozolnie machających wycieraczkami samochodów mignęło im przed oczami.

W pamięci zapadł mu tylko jeden. Przestarzały ford z poodpryskiwanym, niebieskim lakierem.

Nie dlatego, że jechał przeraźliwie wolno. Nie dlatego, że przez niego inni kierowcy z furią uderzali w klaksony wykrzykując niecenzuralne słowa.
Po prostu na tylnym siedzeniu, z nosem przyklejonym do szyby, jechała dziewczynka. Na widok nagiej kobiety wtulonej mu w pierś, otworzyła szeroko buzię i wskazała na nich palcem.

Skoncentrowany na analizowaniu tablic rejestracyjnych migających samochodów, próbował odgonić od siebie masę pytań które cisnęły mu się w tej chwili do głowy. Dzięki małej dziewczynce w niebieskim fordzie dotarło do niego, co jest tak naprawdę ważne.

Spojrzał na kruchą istotę, którą obejmował. Dziewczyna zdawała się być w kompletnej rozsypce emocjonalnej.

Przesunął ciepłą dłoń w górę jej pleców i odkrył jakie są chłodne.
Przytrzymał ją delikatnie, zrzucił z siebie kurtkę i otulił nią Wierę zabezpieczając ją przed deszczem i chłodem ulicy, choć na to było już trochę za późno.
Wyglądała jakby przed chwilą wyszła z jeziora.
- Nie jest ci zimno? – zapytał.
- Nie – wyszeptała.
- Będziemy tu tak stać?
- Obojętnie.
- Obojętnie – powtórzył za nią.

Tchnięta sobie tylko znanym impulsem oderwała się od niego zasłaniając piersi rękoma. Wyjęła mu z dłoni wilgotny, czerwony sweter i narzuciła go niedbale. Ubrała legginsy, buty wzięła w rękę.
- Dzięki… za wszystko – rzuciła gdzieś w przestrzeń i ruszyła naprzód chodnikiem. Boso.

Żółto czarna taksówka przemknęła koło nich rozchlapując wokół wodę.
Aaron odwrócił się w stronę Elle i porozumiewawczo skinął na nią głową, kobieta po chwili stanęła przy nim.
- Szczerze wątpię w jej zdrowie psychiczne – zauważyła.
- No to jest nas dwoje.

Dziewczyna jeszcze nie zniknęła im z oczu. Szła szybkim, zdecydowanym krokiem nie spoglądając za siebie ani razu. Nie wyglądała na osobę, która przed kilkoma minutami bliska była odebrania sobie życia. Zapaliła papierosa. Dobiegli do niej w tym samym momencie, kiedy taksówka, na którą machnęła wcześniej zatrzymała się tuż przed jej stopami.

- Stój – Aaron przytrzymał drzwi ręką. – Należą nam się chyba jakiej wyjaśnienia?
Wyrzuciła papierosa na chodnik. Wydał cichy syk spadając na mokrą nawierzchnię.
- A co tu wyjaśniać? – odgarnęła mokre włosy z czoła.
- Choćby to, czemu młoda dziewczyna chce popełnić samobójstwo? – zapytał retorycznie.
Spojrzał w jej ciemne oczy, jeszcze do niedawna bliskie obłędu, teraz spokojne i dumne.
Odwróciła wzrok.
- Niech się państwo pospieszą, pogaduszki też doliczam do rachunku – ponaglił kierowca nie przejmując się tym, co przed chwilą usłyszał.
Typowe.
- Wiero.
- Ja naprawdę… - nie dawała za wygraną, ale było już za późno na jakiekolwiek sprzeciwy.
Aaron pociągnął Elle za sobą i zajęli dwa wolne miejsca z tyłu pojazdu.
- Do „Salvador’s Caffe”, na rogu Sześćdziesiątej Czwartej Wschodniej i Sześćdziesiątej Pierwszej – polecił.


Czuł się niezręcznie jadąc w milczeniu i stykając się z nią ramieniem. Przy każdym wyboju delikatnie ocierali się o siebie.
Ona patrzyła w okno, nieobecna dla nikogo.
On patrzył na swoje dłonie spoczywające na kolanach, nie bardzo wiedząc co ze sobą zrobić.
W końcu również i mężczyzna zapatrzył się w okno.

Taksówka w strugach deszczu sunęła leniwie przez Madison Avenue. Mijali wysokie budynki i małe wąskie kamieniczki, sprawiające wrażenie zagubionych Jasi w krainie wielkich fasoli.

Chodniki, tak jak ulice były zdecydowanie za wąskie dla tysięcy ludzi stąpających po nich każdego dnia. Kobiety, kobiety z dziećmi, kobiety z kubkami Starbucks w dłoni. Kobiety z torbami na zakupy, z torebkami od Gucciego, bez toreb. Kobiety z parasolkami, w płaszczach przeciwdeszczowych, kobiety mokre, mężczyźni.

Na ekrany kin właśnie wchodziło „Lśnienie”. Z oświetlanych bilbordów łypało na niego obłąkańcze spojrzenie Jack’a Nicholson’a, które na powrót przywołało mu obraz wydarzeń sprzed kilkunastu minut.

Mimowolnie jego myśli znów skierowały się w stronę dziewczyny spoczywającej obok.
Pachniała deszczem.

Samobójstwo. Co skłania ludzi do samobójstwa, myślał. Gdyby sam znalazłby się w trudnej sytuacji, odebranie sobie życia byłoby ostatnia rzeczą o jaką by się pokusił. Nie dlatego, że nie dałby się przeciwnościom losu. To nie tak. W gruncie rzeczy był tchórzem, dzieciakiem, który nie poznał jeszcze prawdziwego smaku życia. Śmierć, tak jak dla wielu ludzi była dla niego czymś odległym, niedotyczącym Aarona Jones – mężczyzny siedzącego w taksówce.
Tym bardziej dziewczyna spoczywająca obok wzbudzała w nim… podziw. Imponowała mu tym, że gdyby nie on, nie zawahałaby się skoczyć w nieznane. Pokonała strach, z którym rodzi się każdy człowiek. Strach przed śmiercią.
Niekończąca się wędrówka po pustyni, głód, samotność, smutek, wieczne, bezskuteczne poszukiwania własnego miejsca w życiu czy banalne i najprostsze rozwiązanie?
Samobójstwo – odpowiedział sobie w myślach na własne pytanie.

Dojechali na miejsce.

Kawiarenka miała w sobie to nieokreślone coś, co zwabiało tu tłumy. Aaron i Elle często w niej przesiadywali rozmawiając o rzeczach błahych i tych niecierpiących zwłoki. Stresowali się egzaminami i zamawiali cafe latte z podwójną pianą. Nazywali to miejsce „małą popołudniową pijalnią”.
Powoli zaczynało się ściemniać.
Światło z kawiarenki wylewało się na chodnik.
Wysiedli z samochodu.


Chwila później. Kawiarnia.


- I tak umrę. Mogę zabić się sama, albo czekać aż ktoś mnie wyręczy – oznajmiła Wiera odrobinę głośniej niż zamierzała.

Ciekawskie głowy odwróciły się w ich stronę, jednak para siedząca na okrągłej, skórzanej kanapie w rogu nie zwróciła na to najmniejszej uwagi.
Dokładnie zastanawiali się nad sensem słów Wiery, a właściwie jego brakiem.

- Twierdzisz, że ktoś chce cię zabić, tak? – zapytała Elle nie kryjąc kpiny w głosie.
Aaron kopnął ją pod stołem. Wiera zmierzyła ich surowym spojrzeniem.
- Tak, to właśnie miałam na myśli – odparła poirytowana kobieta w czerwonym swetrze.
Podszedł kelner pytając czy czegoś nie podać.
- Nie dzięki – oznajmiła Elle.
- Trzy cafe latte z podwójną pianą – zamówił Aaron.
- Nie piję kawy – uprzedziła Wiera.
- W takim razie dwie latte i woda.
- Och daj spokój! Nie chcę wody, kawy ani czegokolwiek! Przyszłam tu w jednym celu. A teraz, kiedy już wszystko jasne – ściszyła głos, nie chcąc zapewniać stolikowi obok nadmiaru rozrywki. – Pozwólcie, że już pójdę.

Wiera zerwała się z miejsca i otworzyła drzwi wpuszczając do przytulnej kawiarenki chłodne, listopadowe powietrze Nowego Jorku.
- O mnie się nie martw – zapewniła Elle przewracając kolejną stronę Times’a.
Aaron posłał jej wdzięczne spojrzenie, w biegu włożył kurtkę i wypadł na zewnątrz. Dwa ostatnie stopnie dzielące go od chodnika pokonał skokiem, wpadając tym samym pod nogi starszej kobiecie.
- Bardzo przepraszam – bąknął.

Kilka straconych sekund a już nie potrafił odszukać sylwetki Wiery w plątaninie świateł i kolorów.

W końcu dostrzegł ją przechodzącą deptakiem w stronę Central Parku. Głowę spuściła nisko, otulona ramionami przymknęła oczy. Nie otworzyła ich nawet kiedy usłyszała za sobą czyjeś kroki.

- Czemu to robisz? - zapytała tylko.
- Czy wszystko musi mieć swoją przyczynę? – odpowiedział pytaniem na pytanie.
Zatrzymała się i otworzyła oczy.
- Gdyby nie miało, życie byłoby bez sensu.
- Masz zamiar spróbować jeszcze raz? – zapytał skupiając się na jakimś obiekcie daleko za nimi.
- Nie – odpowiedziała.
Patrzył na nią zmieszany.
- Krótkie „nie”. Nie licz na żadne pseudofilozoficzne wywody – wyjaśniła.
- I teraz tak po prostu odejdziesz?
- Każde z nas odejdzie własną drogą.

Rzuciła mu ostatnie spojrzenie. Nie przepełnione bólem ani goryczą. W jej oczach nie czaił się już obłęd, nawet niepewność.
Nic, tylko zwykła, pozbawiona wyrazu, chłodna obojętność.
Kiedy zrobił pierwszy krok, z każdym kolejnym było łatwiej. Oddalał się od niej, sto metrów, dwieście. Nie oglądał się za siebie, nie myślał o niej. Powoli wracał do siebie. Świata realności, spokoju. Miejsca, gdzie wszystko da się wyjaśnić.

Skręcił w The Mall. Nie wiadomo kiedy zapadł zmrok. Kroczył wyłożoną kamieniami alejką patrząc pod nogi, od czasu do czasu spoglądając w górę. Co jakiś czas pojawiały się zielone ławeczki, imitacje łóżek dla bezdomnych, miejsca odpoczynku, wyciszenia.

Pachniało zimą.

Liście niemal całkowicie opadły. Drzewa przerzuciły się na tryb delikatnej nagości.
Minęło go kilkoro ludzi.
Pod nogami znalazł banknot pięciodolarowy. Podniósł go i schował do kieszeni, tak na szczęście.

Sam nie wiedząc kiedy znalazł się na Manhattanie. Ulice nie były już tak zatłoczone, szczególnie w jego dzielnicy. Skręcił w Siedemdziesiątą Drugą Zachodnią. Kolorowe światła neonów nie raziły już tak bardzo, za to coraz częściej spotykał prostytutki.
Stały w ciemniejszych zakamarkach. Głęboki dekolt, kusa spódniczka, ostry makijaż, wyzywająca poza. To wszystko stało się znakiem rozpoznawczym kobiet lekkich obyczajów.
Normalnie nie przeszedłby obojętnie, a już na pewno byłby zainteresowany, ale nie dziś.

Dziś było inaczej. Czuł się… rozbity, niepewny. Jedyne o czym marzył to własne skrzypiące łóżko na ciemnym poddaszu i kubek zielonej herbaty.
Udawał sam przed sobą. Oszukiwał się, że wydarzenia dzisiejszego dnia nie miały na niego żadnego wpływu. Że emocje spłynęły po nim, a dziewczyna stała się zamazaną przeszłością.

Z silną świadomością wewnętrznej pustki wszedł do swojej kamienicy.
Nie była jednym z tych nowoczesnych budynków stawianych na masową skalę. Właściwie z zewnątrz wygadała jak budowla do rozbiórki. Szare, ozdobione grafami ściany, stare okna i skrzypiące schody. Jednak w tym zrujnowanym budynku wielu ludzi znalazło swoje małe miejsce.
Na ostatnim piętrze, w ciasnej kawalerce, w sam raz na kieszeń studenta, Aaron Jones znalazł swoją własną przestrzeń.

Kiedy pokonał ostatnie stopnie dzielące go od numeru „13/44” sięgnął pod odpadający kawałek dykty i wyłowił klucz. Zatopił go w zamku i ciemnozielone drzwi uchyliły się zapraszająco.
Przekroczył próg i zapalił światło.
Wszystko wyglądało dokładnie tak, jak zostawił rano.

Totalny chaos, bezład i anarchia. Bielizna zawieszona na klamce. Biustonosz w rozmiarze D walający się po podłodze. Brudne naczynia, porozrzucane książki i pojedyncze elementy garderoby. W rogu mały składzik pustych butelek po Heinekenie i opakowań po jedzeniu na wynos.
Bardzo przytulne mieszkanie.
Mikroskopijna kuchnia połączona z jadalnią zdawała się być jedynym miejscem w którym można było postawić stopę bez konsekwencji jej stracenia.
W drodze do biurka zgarnął parę leżących mu na drodze przedmiotów i położył je na blacie kuchennym.
Ściągnął plecak, kurtkę powiesił na wieszaku.

Małe wiekowe radio stało na parapecie, a z jego głośników sączyła się cicha melodia. Znowu zapomniał je wyłączyć. Podszedł i wyregulował głośność, tak, że głos Franka Sinatry w piosence „New York, New York” niósł się po mieszkaniu znacznie wyraźniej.

Zajrzał do lodówki w nadziei na coś do jedzenia, a kiedy jego nadzieja ulotniła się równie szybko jak pojawiła, zrezygnowany wziął się za porządki. Kiedy całość wyglądała już znośnie usiadł na kanapie i twarz schował w dłoniach. Trwał tak chwilę, chcąc pozbierać myśli. Niedane mu było jednak nacieszyć się chwilą skupienia i tak potrzebnej samotności.

Odezwał się dzwonek do drzwi.

O tej porze przeważnie nie spodziewał się jakichkolwiek wizyt. Podniósł się z miejsca i skierował w stronę dochodzącego dźwięku.
Pociągnął za klamkę.
Na progu stała przemoczona i wyraźnie zmarznięta Wiera. Patrzył na nią nie wiedząc jak powinien zareagować. W jednej chwili jakby opuściły go emocje. Otworzył drzwi szeroko w zapraszającym geście. Nie odzywał się. Czekał aż ona coś powie.

Usiadła na kanapie i otuliła się ramionami.
Aaron podszedł do szafy i wyłowił z niej koszulę. Może nie wyglądała zachęcająco, ale przynajmniej była czysta. Podszedł do dziewczyny i wyciągnął do niej rękę, na której spoczywało ubranie. Spojrzała na niego szklistymi oczyma.
- Mogę tu przenocować?
- Skąd wiedziałaś gdzie mnie szukać? – zapytał zbity z tropu i poruszony zaistniałą sytuacją.
- Szłam za tobą – odparła ze szczerością.
Sięgnęła po koszulę i po chwili zniknęła za drzwiami toalety.


Kilkakrotnie przejechał dłonią po zaparowanym oknie, przez które w dni takie jak ten niewiele można było zobaczyć. Na szybie pojawiały się smugi pozostawiające nieskazitelną taflę. Stał chwilę wpatrując się w dal i podziwiając miasto zapadające w sen. Miał dobry widok. Tylko czterdzieści stopni w prawo, dwa piętra w górę, półtora kilometra bliżej i rozciągałby się przed nim widok na Central Park.

Central Park… właśnie.

Podszedł do drewnianego stolika na którym spoczywał telefon i wykręcił numer niewielkiej restauracji naprzeciwko nowojorskiej oazy zieleni, w której wieczorami dorabiała Elle.

Telefon odebrał jeden z właścicieli, ten z niesamowicie irytującym, skandynawskim akcentem. Musiał chwilę poczekać, nim w słuchawce odezwał się lekko zagłuszony głos przyjaciółki.

- Co? – wydyszała.
- Wiera tu jest.
- Kto?
- Wiera, potencjalna samobójczyni, dzisiejsze popołudnie, czerwony sweter, skok – sypał tagami. – Elle – ponaglił ją zirytowany.
- Ok, ok, niewyraźnie cię słyszę. Mów głośniej.
- Nie mogę, jest w łazience obok.
- Ale skąd ona się u ciebie wzięła? – zapytała wyraźnie zdziwiona rozmówczyni.
- Śledziła mnie – oznajmił lekko zaniepokojony.
W słuchawce zaległa cisza.
- Aaron, Kalafior idzie, muszę kończyć.
Rozmowę przerwał głuchy odgłos odkładanej słuchawki.
- Świetnie – mruknął pod nosem.

Wiera nie pojawiała się od piętnastu minut.
Poderwał się nerwowo z miejsca i miękko skierował w stronę łazienki. Zza małego okienka wylewało się przytłumione światło. Krążył chwilę, po czym zastukał delikatnie w drzwi, które w tym samym momencie otworzyły się energicznie. W progu stała Wiera w jego niebieskiej koszuli i z wilgotnym ręcznikiem w dłoni. Po czole spływała jej ominięta strużka wody.
- Pożyczyłam – wyjaśniła wskazując na ubranie. – Moje było całkiem mokre…
- W porządku. Chciałem sprawdzić czy wszystko gra – tłumaczył swoją obecność. – Nie podglądałem – położył rękę na sercu, gdzie akurat widniało szarozielone logo Knicksów.

Brunetka uśmiechnęła się lekko i mijając go na palcach przeszła do salonu, okrążyła zawaloną ubraniami kanapę i zatrzymała się przy drzwiach.
- No to byłoby na tyle – powiedział sam do siebie, pewien, że Wiera zaraz opuści mieszkanie. Znów, bez słowa wyjaśnienia.
- Często masz gości? – zapytała tylko, lekko zbijając go z tropu.
- Niespecjalnie – odpowiedział szczerze.
Dziewczyna oparła się o drzwi i sprawnie przekręciła zaśniedziały klucz tkwiący w zamku.
- A to… - zaczął Aaron, ale niedane było mu dokończyć.
- Tak będzie bezpieczniej – wyjaśniła ponownie kierując się ku kanapie. – Wychowałam się na Bronxie – dodała.
- Plener kroniki kryminalnej – zauważył. – Nie dziwię się, że masz takie pomysły.
- Pomysły? – zapytała próbując odgadnąć, co Aaron ma na myśli.
- Striptiz, skok z mostu…

W odpowiedzi uśmiechnęła się tylko i nadal spoglądała przed siebie zamglonym wzrokiem.

Przyciągnęła do piersi poduszkę i podkuliła nogi. Na jej ramionach i niezasłoniętym przez materiał kawałku ud pojawiła się gęsia skórka.
- Co się dzieje? – zapytał spokojnie, choć tak naprawdę nie czuł się pewnie.

Zaczął wspominać czasy, kiedy chciał zostać psychiatrą. Naoglądał się filmów o specjalistach z kolorowymi wiatraczkami i ich nietypowych pacjentach. Ktoś sprowadził go na ziemię twierdząc, że lepiej sprawdziłby się po tej drugiej stronie. Stronie podziwiającej kolorową plamę, poruszaną za sprawą wiatru.

- Ciekawe mieszkanie, sam urządziłeś? – zapytała lustrując wystrój wnętrza. Zatrzymała się na chwile przy kolekcji drewnianych figurek afrykańskich tancerek, spoczywającej na jednej z ciemnych półek.
- Częściowo. Kilka rzeczy należy do poprzedniego właściciela – wpatrywał się w nią intensywnie. – Wiera…
- Nic się nie dzieje. Tylko siedzimy, rozmawiamy.
- Wiesz, że nie o to pytam – mężczyzna nie spuszczał jej z oczu.

Wiera wstała i podeszła dokładnie tam, gdzie przed kilkoma minutami Aaron wpatrywał się w ciemną przestrzeń, rozświetloną gdzieniegdzie blaskiem ulicznych lamp i przytłumioną jasnością, odbijającą się w oknach mieszkańców Manhattanu.
Nakreśliła na zaparowanej szybie jakieś niewyraźne kształty, po czym zmazała je dłonią i odwróciła się gwałtownie.

- Na pewno chcesz mi pomóc?
- Na tyle ile będę potrafił – odpowiedział, starając się aby jego głos brzmiał beztrosko. Nie wyszło.
- Oglądałeś musical Repercua? Ten o baletnicy na Broadwayu? – zapytała spokojnie. – Grają go do niedawna w małym teatrze niedaleko stąd. Stał się głośny po niewyjaśnionej śmierci autora.
- Co to ma do całej sprawy?
- Oglądałeś? – ponowiła pytanie. Tym razem w jej głosie dało się wyczuć nienaturalną stanowczość, momentami wyglądała na rozgniewaną.
- Nie – odpowiedział równie pewnie.
- Kiedy pierwszy raz wystawiali tę sztukę, nie wiedziałam co o tym myśleć. Czułam, jak Repercuo prowadził z publicznością jakąś obłąkańczą, psychologiczną grę. Fikcja tak prawdziwa, że powoli zaczynałam w to wierzyć, wciągać się… Nie mogłam przestać oglądać, chociaż wiedziałam, że to co widzę jest… nieludzkie.
- Czyli ciekawa sztuka – błyskawicznie zauważył młody student medycyny.
- I ja też nie mogę już przestać. Tak jak w sztuce, zaczynam wierzyć, że to... prawda – dziewczyna zakończyła poważnie.
Zapadła niezręczna cisza zakłócana jedynie cichym rytmem wody kapiącej z niedokręconego kranu.
- Masz halucynacje? – niepewnie zapytał mężczyzna.
- Nie! Nie! – Wiera gwałtownie oderwała się od okna. – Nie rozumiesz!
Wyciągnęła dłoń na której leżała niemiłosiernie wygnieciona kartka papieru.
- Zobacz – poleciła stanowczo.
Greg sięgnął po zwitek, delikatnie rozprostował go na kolanie i odczytał.

Nieparzysty. Podaj dalej, bo zatrzyma się na tobie.
Wyblakły maszynopis.

- Frank „Repercuo” był moim przyjacielem. Zginął za sprawą książki z której to wyrwałam, a raczej tego, kto za jej pomocą zabawił się jego kosztem – wyjaśniła Wiera uważnie wpatrując się w jego twarz.

Niepewną ciszę przerwał rozdzwoniony telefon.
Zszokowanemu tym co przed chwilą usłyszał Aaronowi, chwilę zajęło ustalenie źródła irytującego odgłosu.
- Odbierz – przypomniała Wiera sprowadzając go do realności.
Posłusznie wstał i zniknął w holu.

Tymczasem dziewczyna podeszła do regału z książkami i przejechała palcem po grzbiecie jednej z nich. Była stara i podniszczona, a tam gdzie odchodziła okładka nazbierało się sporo kurzu. Podręcznik medycyny poznawczej, głosił tytuł. Obróciła głowę i raz jeszcze spojrzała na kartkę, którą Aaron zostawił na stoliku. Z holu słychać było jego przytłumiony głos. Zrobiła jeszcze kilka kroków i ponownie zatrzymała się przy jakimś grubym, podniszczonym woluminie. Wyciągnęła go ostrożnie, uważając, żeby pozostałych książek nie czekał efekt lawiny i rozchyliła wyblakłe stronice. Widać było, że książka przechodziła z rąk do rąk. Pewnie zostawił ją tu poprzedni właściciel, albo została zakupiona w antykwariacie.

- Kupiłem je za grosze, w antykwariacie – powiedział podekscytowany Frank wskazując na niewielki tomik z domino na okładce i kilka pudeł innych książek w tle. – Zmarł ich poprzedni właściciel i książki przekazano właśnie tam, w ramach spłaty długu.

Scentrowany bumerang. Słowa Franka właśnie tak można zobrazować. Wracały do niej i wbijały się w świadomość.

- To chyba już wszystkie pudła – poinformował podstarzały dozorca wycofując się w drzwiach.
Stała w opustoszałym pomieszczeniu ściskając w dłoni męski, czerwony sweter. Ściany raziły zimną nagością. Był wczesny ranek. Na ulicach Nowego Jorku właśnie zaczynało budzić się życie. Co prawda z okna dało się zobaczyć jedynie dachy, kominy i poranną szarugę, ale przez otwarte okno dochodziły do niej odgłosy ulicy. Wpadały, odbijały się o puste ściany i wracały, nic sobie nie robiąc z jej obecności. Czuła się jedną z białych ścian. Pustą, wypraną z emocji, obnażoną ze wszystkiego co ceniła, zbitką cegieł i farby.

Nawet nie zauważyła kiedy jej oczy wypełniły się łzami. Spojrzała na jego ulubiony sweter i jedyne co przychodziło jej na myśl, to to, że ten świat jest cholernie popieprzony.

Otarła łzy i raz jeszcze spojrzała na puste wnętrze. Zostało tylko biurko, stare, drewniane, nic nieznaczące. Mebel, po człowieku. Podeszła ostatni raz i pogładziła ręką jego blat. To przy tym biurku siadywał, kiedy pisał. Tutaj też doszło też do sokowo-pomidorowej katastrofy, w wyniku której niechcący zalała wszystkie jego papiery. Przykucnęła, chcąc sprawdzić, czy na wewnętrznej stronie biurka widnieje jeszcze zaciek. Jej wzrok przykuło jednak coś zupełnie innego. Pod biurkiem leżała książka. Książka z domino na okładce.

Wiera zamrugała kilkakrotnie chcąc pozbyć się łez i oderwała się od regału. Spojrzała nieprzytomnie na pomieszczenie, z którego wylewało się jasne światło. Aaron właśnie kończył rozmowę.

Ostatnio edytowany przez Hatifnat (2009-12-25 22:55:20)


Mózg operacji drukowania ulotek. wink
GNAJ & SWSiOCJT & Jowi46 heart

Offline

 

2009-12-25 22:49:01

Cindy
Najlepsza doradczyni na forum

#2 2009-12-26 13:23:04

brzydulomaniaczka
Przyjaciułka SteFy
Od: Gdzieś w lubelskim...
Zarejestrowany: 2009-04-04
Posty: 10576
Serwis

Re: Samobójstwo baletnicy na Broadwayu nie jest istotne.

Będę zapewne jedną z niewieleu osób, które to przeczytają, bo mało komu chce się wchodzić do "Pozabrzydulowej", ale co tam. Nawet jeśli nie wszystko zrozumiałam, to i tak jestem oczarowana tą historią. Nie wiem, co w niej takiego jest, ale wciągnęłam się. Ja stanowczo rzondam umieszczenia następnej części, zrozumiano?


Kocham wszystkie swoje siostrzyczki forómowe: Aduśka, Apollina, Claudia, Króweczka, Libby, Mel, Pszczoła, Struś.
Mój facet to Miron Lipski heart    iris
Kocham swój wieczny avek <3

Offline

 

#3 2009-12-31 02:43:01

Aleksiss
Cień Uli
Od: Warszawa
Zarejestrowany: 2009-05-10
Posty: 425

Re: Samobójstwo baletnicy na Broadwayu nie jest istotne.

Nie przeczytałam, tylko, powiedzmy, przeleciałam wzrokiem. I coś mi to przypomina. I nawet wiem co.
W czerwonym swetrze. W nowojorskim metrze.
I że się tak zapytam. To jedna i ta sama osoba? xD Autorka w sensie?
I jeśli to jedna i ta sama osoba, to muszę Ci powiedzieć, że jedna z twoich miniaturek należy do, powiedzmy, tych, do których często wracam.
Za dużo tego I.
Aleksiss. Jak na razie zaciekawiona.

Ostatnio edytowany przez Aleksiss (2009-12-31 02:45:40)


Moją jedyną i największą miłością jest Adam Turek!!!
Komentarze karmią WENA!!!
Piszęm po polskiemu.. Szanujęm zasady polskyej gramatykyi, ortografiji i interpunkcyi..

Powróciłam z niebytu. Czy z czegoś tam.

Offline

 

#4 2009-12-31 11:48:44

Hatifnat
Szemrzący typ
Zarejestrowany: 2009-12-10
Posty: 59

Re: Samobójstwo baletnicy na Broadwayu nie jest istotne.

Jasne, że ta sama autorka. big_smile
Na [H]orum wpadam już raczej rzadko, bo główny bohater zaczął działać na mnie jak płachta na byka, ale może Cię kojarzę? xD

A do której miniaturki wracasz, jeśli można wiedzieć? *pęka z dumy xD*
Mam już kolejne dwa rozdziały, tyle, że w zeszycie i muszę się jakoś zmobilizować do przepisania. Ogarnęło mnie lenistwo świąteczne. big_smile


Mózg operacji drukowania ulotek. wink
GNAJ & SWSiOCJT & Jowi46 heart

Offline

 

#5 2009-12-31 14:01:37

Aleksiss
Cień Uli
Od: Warszawa
Zarejestrowany: 2009-05-10
Posty: 425

Re: Samobójstwo baletnicy na Broadwayu nie jest istotne.

Och, raczej mnie nie kojarzysz. Bo ja tam siedzę trochę pasożytniczo. Czytam opowiadania i czekam na linki. Mam raptem z osiem postów.
A co do opowiadania. Jest to "Życie jako śmiertelna choroba przenoszona drogą płciową" i mogę to czytać i czytać (właśnie skończyłam po raz kolejny).
A skoro już szerzymy offtop, to muszę Ci powiedzieć, że twoje opowiadania w dziale brzydulowym są naprawdę dobre i  jak już gdzieś napisałam, mają atmosferę ficków sprzed przerwy wakacyjnej. I w życiu bym nie powiedziała, że napisała to ta sama osoba.
Aleksiss


Moją jedyną i największą miłością jest Adam Turek!!!
Komentarze karmią WENA!!!
Piszęm po polskiemu.. Szanujęm zasady polskyej gramatykyi, ortografiji i interpunkcyi..

Powróciłam z niebytu. Czy z czegoś tam.

Offline

 

#6 2009-12-31 14:25:48

Vampire_Salyer
Osoba
Zarejestrowany: 2009-10-09
Posty: 29

Re: Samobójstwo baletnicy na Broadwayu nie jest istotne.

Zacznę od początku:
1) bomba
2) bomba
3) mega bomba!

Szczerze ? Na początku nie chciało mi się czytać, ale mój wzrok przykuło pierwsza wypowiedź.

- I tak umrę. Mogę zabić się sama, albo czekać aż ktoś mnie wyręczy – oznajmiła jedna z towarzyszących mu kobiet, trzy tony głośniej niż zamierzała.

I to mnie zaciekawiło. Nie powiem, długie to jak cholera. Ale za to jakie ciekawe! Trzymałaś tą samą klasę przez całe opowiadanie. Nie ma wątku mniej ciekawego od innych. Takowego nie znalazłam. I mam nadzieję, że utrzymasz taki poziom big_smile

Życzę dużo weny! kiss No i oczywiście czekam na next big_smile


Codziennie dokonujemy aborcji myśli, z obawy przed innością.

Offline

 

Stopka forum

Powered by PunBB© Copyright 2002–2018 PunBB
statystyka