BrzydULA - jedyne forum fanów serialu

Forum dyskusyjne miłośników serialu "BrzydULA"

Nie jesteś zalogowany.

#1 2010-01-09 00:37:42

root
Administrator
Zarejestrowany: 2009-01-14
Posty: 4798

VI Konkurs literacki - prace literackie

Tematy konkursu podliczone. Z uwagi na to, że 2 zebrały tyle samo punktów będzie ich 6 smile
Wybieramy oczywiście jeden temat - z w/w, na który piszemy pracę


TEMATY KONKURSU:

Kurier widzi więcej
My name is Dabrowska - czyli jak dostałam pracę tajnego agenta w FD
Każdy chce być Włochem
Nigdy nie zrozumiem kobiet
Dwa światy
Talizman




REGULAMIN KONKURSU

1. W konkursie może wziąć udział każdy użytkownik, który wyrazi taką chęć.
2. Zamieszczony utwór literacki nie ma maxymalnej liczby stron. (Z uwagi na rozpedy pisarskie autorow - sugeruje tylko, zeby zmiescic się w 7-8) big_smile
Minimum stron też nie jest wymagane smile
3. Autor zobowiązany jest do przestrzegania zasad języka polskiego, ortografii, interpunkcji oraz stylistyki.
4. Prace może oceniać każdy użytkownik, nawet biorący udział w konkursie (nie można głosować na własną pracę)
5. Zwycięży Autor, którego praca otrzyma najwięcej punktów
6. Prace należy nadsyłać od 09.01.2010r do 22.01.2010r do godz 23:59

Głosowanie zaczynamy 23 stycznia o godzinie 00:05 po wklejeniu wszystkich prac przez roota smile
7. Zakończenie głosowania 30 stycznia 2010 o godzinie 00:00 Ogłoszenie wyników 15 minut później big_smile

8. Prace dotyczą serialu Brzydula ( opowiadanie może być napisane o jakiej się chce postaci byle była ona związana z serialem)
9. Temat prac znany.
10.  UWAGA ZMIANA REGULAMINU prace należy nadsyłać na e- mail roota
11. Po umieszczeniu opowiadania w temacie, niedopuszczalne są żadne jego zmiany
12. Głosować będziemy w osobnym temacie po zakończeniu terminu nadsyłania prac
ZMIANA GŁOSOWANIA
Z Uwagi, ze niejednokrotnie nie byliscie w stanie oddac glosu na "najlepsze opowiadanie" - bo tych swietnych bylo kilka - zmieniamy zasade glosowania:
Glosujemy na trzy opowiadania. Najlepszemu waszym zdaniem dajecie 3pkt, za 2 miejsce 2, a za 3cie - 1pkt. Warunki głosowania przypomnimy w  temacie "głosowanie" smile
13. Nagroda – nic mi o tym nie wiadomo szefostwo się tym zajmie*
14.Forma głosowania -  Głosowanie otwarte
15. Przy nadsyłaniu prac proszę o podpis autora

*Nagrody
Zwycięzca tradycyjnie otrzyma truskawkę w czekoladzie.
http://4img.pl/images/hwi6rlc9cx2s46c9ojh.jpg
* Nagrody rzeczowe
Z uwagi na to, że są problemy z dostaniem "Pamiętnika Brzyduli" szefostwo musi przemyśleć
Przemyślane!

JAK ZWYKLE DO WYBORU!!!

Truskawkowy Pen - tym razem 4GB
http://4img.pl/images/hr9fv2hoqq4bf6ji0sq.jpg

2. "Słuchawki z mikrofonem"
http://www.swiatkomputerow.pl/upload/b-o-t-25519.jpg

3. NAGRODA NIESPODZIANKA
A tu trzeba Isc na calosc i czekac co root wymyslil - root wie co bedzie niespodzianka. Wygrywajacy nie wie big_smile
http://dino.sklep.pl/nowy/images/inne/prezent2.gif

Offline

 

2010-01-09 00:37:42

Cindy
Najlepsza doradczyni na forum

#2 2010-01-23 00:00:04

root
Administrator
Zarejestrowany: 2009-01-14
Posty: 4798

Re: VI Konkurs literacki - prace literackie

Autor nr 1

Talizman

Paulina Dobrzańska już od pięciu lat wiodła szczęśliwe życie u boku swojego ukochanego, którym był oczywiście Marek. Ona wybaczyła mu jego liczne romanse oraz kłamstwa i postanowiła postąpić wbrew zasadzie: „nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki”. Nigdy nie żałowała tego, że wybrała właśnie taką drogę, zwłaszcza, że jej mąż zmienił się nie do poznania. Dobrzański stał się człowiekiem odpowiedzialnym, prawdomównym i wiernym, co pomogło mu odzyskać zaufanie byłej narzeczonej. Spędzali razem większość swojego wolnego czasu, a Marek dbał o to, by Paulina nigdy się z nim nie nudziła. Chodzili na długie spacery, podczas których rozmawiali na wiele różnych tematów. Co jakiś czas jeździli na dalsze wycieczki, zwiedzając w ten sposób Paryż, Wiedeń, Wilno, Berlin i Pragę. Na co dzień, Dobrzański dbał o swoją żonę jak nigdy wcześniej. Prawie codziennie przynosił jej śniadanie do łóżka i mianował się jej prywatnym szoferem. Jednak nigdy nie zaniedbywał przez to firmy, która była jego oczkiem w głowie. Dzięki lepszej organizacji pracy i odpowiednim podziale obowiązków, zawsze wyrabiał się ze wszystkim na czas. Paulinę wielce to cieszyło, ponieważ dzięki temu mieli więcej czasu tylko dla siebie.
Zapewne nic nie zburzyłoby tej sielanki, gdyby nie to, że pewnego dnia Paulina otrzymała z Mediolanu wiadomość, że jej babcia umarła na zawał serca. Do głębi ją to poruszyło, chociaż już od dawna było wiadomo, że życie pani Febo dosłownie wisi na włosku. Dobrzańska bardzo chciała pojechać na pogrzeb, ale rodzina odwiodła ją od tego pomysłu, znając jej wrażliwość i delikatność. Zamiast tego krewni, mieszkający na stałe w Mediolanie, obiecali przysłać jej pamiątki po babci, które zostały zapisane Paulinie w testamencie.
Tydzień później do Warszawy dotarła dosyć spora przesyłka, którą okazał się być wielki kufer, jeszcze do niedawna stojący na strychu. Od wielu lat nikt do niego zaglądał, ponieważ zawierał stare szpargały kolekcjonowane przez nieboszczkę. Dobrzańska z niemałym trudem otworzyła zardzewiałą kłódkę, przez dłuższą chwilę mocując się z jej zamknięciem. Wreszcie jej trud zostały uwieńczony sukcesem i oczom Pauliny ukazała się zawartość owego tajemniczego kufra. Odnalazła tam kilka albumów rodzinnych, które postanowiła przejrzeć później. Wśród licznych drobiazgów w postaci figurek, listów, zasuszonych kwiatów i biżuterii, uwagę Dobrzańskiej przykuło niewielkie mahoniowe pudełko zalakowane pieczęcią, przedstawiają wizerunek smoka i węża. Paulina wzięła owy przedmiot do rąk i starła dłonią grubą wartę kurzu, która utworzyła się na pokrywie szkatułki. Dzięki temu jej oczom ukazała się, przytwierdzona do wierzchu pudełka, metalowa płytka, gdzie wygrawerowany był krótki wierszyk w języku włoskim, który brzmiał mniej więcej tak:
Jak z puszki Pandory wyskoczyły
Mityczne stwory, co spokój ludzi zburzyły,
Tak tego, kto złamie te dwie pieczęcie,
Niechybnie nawiedzi rychłe nieszczęście.

Dobrzańska przeczytała owy tekst dwukrotnie, a następnie parsknęła śmiechem. Nigdy nie wierzyła w przesądy, klątwy i tym podobne rzeczy, jak przystało na osobę trzeźwo myślącą. Dlatego bez chwili wahania złamała woskowe zamknięcie mahoniowego pudełka, by sprawdzić co znajduje się w środku. Jej oczom ukazał się srebrny naszyjnik, wysadzany tu i ówdzie białym złotem. Całość idealnie uzupełniał niewielki, czarny diament umieszczony na końcu łańcuszka. Paulinie spodobał się on do tego stopnia, że postanowiła natychmiast założyć na siebie ten naszyjnik i pójść w nim do pracy. Spodziewała się, że Violetta dosłownie skręci się z zazdrości i właśnie o to chodziło Dobrzańskiej. Chciała również pochwalić się Markowi, który miał dzisiaj wrócić z trzydniowej delegacji. Od wczoraj nie dawał znaku życia, jednak teraz Paulina za mocno się tym nie przejmowała. Liczyła, że spotka go w firmie, a on jak zwykle zacznie ją przepraszać za swoje roztargnienie.
Po dobraniu odpowiedniego stroju i dodatków, Dobrzańska zrobiła sobie delikatny makijaż. Przed wyjściem miała ochotę napić się kawy, ale podczas wykonywania tej czynności, upuściła swoją ulubioną filiżankę. Szybko pozbierała resztki porcelany i stwierdziła, że chyba jednak pojedzie już do firmy. Sięgnęła po swój telefon komórkowy, by zadzwonić po taksówkę, ale ku swemu zaskoczeniu stwierdziła, że rozładowała jej się bateria. Paulina postanowiła skorzystać z telefonu stacjonarnego, ale jak na złość ciągle było zajęte. Kobieta machnęła na to ręką i nie chcąc tracić cennego czasu, zdecydowała się iść na pobliski postój taksówek. Nie zrezygnowała z tego zamiaru, mimo że właśnie zaczynało padać. Dobrzańska zabrała z przedpokoju parasol i zamknąwszy za sobą drzwi, ruszyła dziarskim krokiem w kierunku pobliskiego parkingu, gdzie zawsze stało kilka pojazdów do wynajęcia. Tym razem jednak na postoju nie było ani jednej taksówki, co zdenerwowało Paulinę do granic możliwości. Nie mając lepszego pomysłu, udała się na najbliższy przystanek i już po chwili znalazła się w ciepłym i suchym autobusie, którym dojechała prawie pod samą siedzibę firmy. W duchu modliła się, by nie zobaczył jej nikt z pracowników, ponieważ uważała, że tylko biedota i plebs ma prawo korzystać z komunikacji miejskiej. Dobrzańska wysiadła z autobusu i zanim zdążyła zrobić chociaż jeden krok, usłyszała za sobą krzyk:
- Cześć Paula! – Odwróciła się i ujrzała Violettę, która szła w jej stronę wraz z Sebastianem.
- Dzień dobry – burknęła niechętnie Paulina.
- Nie miałaś jak dojechać do firmy? – zapytała z udawaną troską Kubasińska. – Trzeba było zadzwonić, a my z Sebulkiem byśmy ci pomogli.
- Jechałam taksówką, ale się zepsuła – skłamała Dobrzańska.
- Dasz wiarę? – wykrzyknęła Violetta. – Niektórzy to mają pecha jak ten pies z kulawą nogą – stwierdziła, poprawiając swoją nienaganną fryzurę. Nie widząc potrzeby kontynuowania tej rozmowy, we trójkę udali się do siedziby firmy. W windzie Paulina rozpięła płaszcz i oczekiwała, że Kubasińska za moment dostrzeże piękny naszyjnik, wiszący na jej szyi. Niestety nic takiego nie nastąpiło, więc Dobrzańska zapytała:
- Nie zauważyłaś jakiejś zmiany w moim wyglądzie?
- Chyba przytyłaś albo te ciuchy tak cię pogrubiają – stwierdziła blondynka, przyglądając jej się uważnie. – Bo dziecka w brzuch to ja ci wmawiać nie zamierzam.
- Nie zgadłaś – odpowiedziała Paulina, uśmiechając się znacząco i puszczając mimo uszu uwagi na temat swojej figury.
- No to może… o, nie byłaś u fryzjera i już zaczynasz mieć odrosty – powiedziała z przekonaniem Kubasińska, przyglądając się bacznie fryzurze przyjaciółki.
- Do trzech razy sztuka – wycedziła przez zęby Dobrzańska, udając, że traktuje te wypowiedzi jak nieszkodliwe żarty.
- Już wiem! – wykrzyknęła uradowana Violetta. – Używasz nowej szminki!
- Nie – odpowiedziała nieco zawiedziona Paulina, wskazując jej na swój naszyjnik. – Podoba ci się?
- Wczoraj mi Sebulek chciał taki kupić, ale wiedziałam, że będę w czymś takim wyglądać jak czarna wdowa sycylijska – rzekła Kubasińska, wzruszając ramionami.
- Ten pochodzi prosto z Włoch – pochwaliła się Paulina.
- No tak, to pewnie ten no, unikod – stwierdziła Violetta.
- Unikat – poprawiła ją Dobrzańska, przewracając oczami.
- Przecież tak powiedziałam! – obruszyła się blondynka. Kiedy winda zatrzymała się na właściwym piętrze, we troje wyszli na korytarz, gdzie panowało spore zamieszanie. Paulina próbowała się dowiedzieć, o co chodzi, ale nikt nie był uprzejmy udzielić jej żadnych informacji. Ruszyła w stronę gabinetu Marka, chcąc zobaczyć się wreszcie ze swoim mężem po trzech dniach rozłąki. W sekretariacie natknęła się oczywiście na Brzydulę, która tego dnia wyglądała nadspodziewanie dobrze. Nie miała na sobie tych szpecących okularów ani aparatu ortodontycznego. Ubrana była w elegancką, obcisłą sukienkę, podkreślającą jej zgrabną figurę. Natomiast włosy, które zawsze miała potargane, teraz zostały upięte w kok. Paulina stwierdziła, że to nawet lepiej, bo ta dziewczyna wreszcie przestanie psuć reputację ich firmy.
- Marek u siebie? – zapytała Dobrzańska, patrząc na nią z pogardą.
- Tak, ale jest zajęty – odpowiedziała obojętnym tonem Ula. – Właśnie omawia z panem Febo ważne sprawy służbowe – dodała szybko.
- W takim razie chyba mogę wejść – stwierdziła Paulina i bez pukania wkroczyła do gabinetu swojego męża.
- Cześć kocha… – zaczęła i urwała w pół słowa, nie mogąc uwierzyć w to, co właśnie zobaczyła. Jej brat siedział na kanapie i dłonią gładził włosy Dobrzańskiego, który leżał, opierając swoją głowę o jego kolana. Na widok swojej żony Marek momentalnie podniósł się do pozycji pionowej i, jakby nic się nie stało, powiedział:
- Witaj skarbie. Myślałem, że będziesz później – stwierdził obojętnym tonem, podchodząc do niej.
- Nie dotykaj mnie – warknęła Paulina, widząc, że ma on zamiar pocałować ją na powitanie.
- Sorella, posłuchaj… – odezwał się Aleks, chcąc jakoś rozładować napiętą atmosferę.
- Nic nie mów – przerwała mu Dobrzańska. – Wyjdź stąd – poleciła bratu, rzucając przy tym groźne spojrzenie. Marek dał mu znak głową, by wyszedł, wiedząc, że jego obecność jeszcze bardziej rozjuszy Paulinę. Kiedy Febo opuścił gabinet, ona spojrzała pytająco na swojego męża, dając przez to do zrozumienia, że oczekuje wyjaśnień.
- Kochanie, to nie jest tak, jak myślisz – użył standardowej formułki, patrząc jej w oczy.
- Powiedz mi prawdę – powiedziała ostrym tonem, odwracając głowę w stronę okna. Dobrzański nie wiedział, jak powinien postąpić. Prowadził wewnętrzną walkę z samym, czy powiedzieć jej prawdę.
- Jestem gejem i nic nie mogę na to poradzić – wyznał Marek, po dłuższej chwili wahania. Usłyszawszy to, Paulina o mały włos nie zemdlała, ale w ostatniej chwili zdążyła usiąść na kanapie. Zamknęła oczy, wierząc, że to wszystko to tylko straszny sen, z którego zaraz się obudzi. Niestety, to była okrutna rzeczywistość. Jej mąż usiadł na fotelu i milczał, czekając, aż Paulina dojdzie trochę do siebie.
- Przecież mówiłeś, że mnie kochasz – wydusiła z siebie w końcu, ostatkiem sił powstrzymując łzy. – Mieliśmy wspólne plany, marzenia, chcieliśmy mieć dzieci.
- Pamiętam – odpowiedział chłodno Marek. – Wierzyłem, że ty mnie wyleczysz i będę normalnym człowiekiem. Ale to jest silniejsze ode mnie – dodał Dobrzański, ukrywając twarz w dłoniach. Ta rozmowa dla niego również nie była łatwa. Musiał otwarcie przyznać się do tego, co starannie ukrywał w sobie przez kilka ostatnich lat.
- Kiedy to się zaczęło? – zapytała rzeczowo Paulina. Czuła, że jej serce właśnie pęka jak lodowiec pod wpływem ciepła, ale chciała to wiedzieć. Ściskała w dłoniach torebkę i zastygła w oczekiwaniu.
- Tuż przed naszym ślubem – odpowiedział Dobrzański drżącym głosem. – Kiedyś upiliśmy się z Sebastianem, pojechaliśmy do niego i…
- Nie kończ – przerwała mu, wiedząc, co chce jej powiedzieć.
- Po tym epizodzie obiecałem sobie, że to się nigdy więcej nie powtórzy – tłumaczył Marek, widząc, że Paulina nie może już dłużej powstrzymać łez. – Ale ostatnio zdałem sobie sprawę, że kocham twojego brata – dodał szybko, chcąc jak najszybciej to mieć za sobą. Dla niej to już było zbyt wiele. Wstała ze swojego miejsca i czym prędzej wybiegła z gabinetu. Swoje kroki skierowała do łazienki, by tam się wypłakać w samotności. Nie dbała o to, że rozmazała sobie starannie wykonany makijaż. Wreszcie odrobinę się uspokoiła i spojrzała w lustro, chcąc sprawdzić, jak bardzo widać, że płakała. Jej wzrok spoczął na naszyjniku, który wciąż miała na sobie. Dopiero teraz przypomniała sobie przepowiednię, którą tak lekkomyślnie zlekceważyła. Czując, że sama nie poradzi sobie z tym wszystkim, co się wydarzyło, postanowiła odszukać Violettę, by zwierzyć się jej ze swoich problemów. Po długich poszukiwaniach, Paulina znalazła Kubasińską w bufecie, gdzie popijała kawę w towarzystwie kilku modelek.
- Możemy porozmawiać? – zapytała Dobrzańska, podchodząc do ich stolika.
- Zajęta jestem – odrzekła Violetta z pretensją w głosie.
- A kiedy będziesz wolna? – Paulina jak zwykle nie ustępowała.
- Raczej nieprędko, bo dopiero co związałam się z Sebastianem – zażartowała Kubasińska, czym rozbawiła do łez, siedzące z nią koleżanki. Jednak Dobrzańskiej wcale nie było do śmiechu.
- Musimy porozmawiać, to pilne – próbowała przekonać swoją przyjaciółkę, że sprawa naprawdę jest poważna.
- Musi to na Białorusi. Dzisiaj to ja nie mam czasu. Zaraz mam sesję zdjęciową – odparła Violetta, odstawiając swoją filiżankę.
- Naprawdę nie znajdziesz dla mnie ani chwili? – oburzyła się Paulina.
- Kochana, to jest moje pięć minut – stwierdziła Kubasińska. – A jak się spóźnię, to ile mi zostanie? Trzy albo nawet dwie minuty sławy – argumentowała, wstając od stolika.
- Ty nic nie rozumiesz – przekonywała ją Paulina. – Mam problem – dodała, zniżając głos.
- I sobie wyedukowałaś, że niby ja ci w tym pomogę, tak? Czy ja mam na nosie napisane: jak masz kłopot, to przyjdź?
- Nie, ale… – próbowała wtrącić się Dobrzańska.
- Po moim martwym trupie. Prędzej mi krokus na głowie wyrośnie – stwierdziła Kubasińska, szukając w torebce pieniędzy, by zapłacić za kawę.
Dobrzańska nie miała już siły dłużej przekonywać swojej dosyć tępej przyjaciółki, że potrzebuje jej pomocy. Wyszła z bufetu, trzaskając drzwiami i, nie zważając na to, że jest środek dnia i powinna zająć się pracą, wybiegła z firmy. Pogoda na szczęście odrobinę się poprawiła, więc postanowiła, że do domu wróci na piechotę. Potrzebowała w jakiś sposób wyładować swoje wzburzenie i rozżalenie. W drodze powrotnej rozmyślała o tym tajemniczym wierszyku, który przeczytała dziś rano. Próbowała sobie skojarzyć, gdzie usłyszała go po raz pierwszy, bo nie mogła oprzeć się wrażeniu, że już kiedyś go czytała. Wreszcie doznała olśnienia i wróciła pamięcią do swoich lat wczesnej młodości, kiedy to spędzała wakacje u swojej babci.
Tego lata pogoda w Mediolanie niestety nie dopisała i bez przerwy padał deszcz. W związku z tym trzynastoletnia Paulina była zmuszona przesiadywać całymi dniami w domu, w towarzystwie swojej babci, która zajmowała się głównie robieniem szalików na drutach. Dziewczyna w myślach przeklinała nieustającą ulewę, ponieważ nie mogła sobie znaleźć żadnego zajęcia. Czytanie już dawno jej się znudziło, a babcia nie posiadała ani telewizora ani nawet komputera, co dodatkowo ją frustrowało. Pewnego dnia Paulina bez pytania zaczęła przeglądać pamiątki, które znalazła w starym kufrze, stojącym w pokoju gościnnym. Wtedy właśnie po raz pierwszy miała w rękach to mahoniowe pudełko. Odczytała napis i powodowana ciekawością, postanowiła je otworzyć. Zanim jednak zdążyła wykonać jakikolwiek ruch, została uderzona w dłonie tak mocno, że upuściła szkatułkę.
- To bolało! – wykrzyknęła z pretensją w głosie, patrząc z wyrzutem na babcię.
- Kto ci pozwolił grzebać w moich rzeczach? – zapytała ostro pani Febo, zamykając starannie kufer. Zabrawszy wnuczkę do salonu, zaczęła:
- Nigdy więcej nie waż się tego robić – przykazała, grożąc jej palcem.
- Dlaczego? – zapytała Paulina.
- To pudełko wcisnęła mi kiedyś pewna stara Cyganka, kiedy próbowałam wyprosić ją z przyjęcia w domu moich rodziców. Zwyczajnie wsunęła mi je do kieszeni, czego oczywiście nie zauważyłam – zaczęła swoją opowieść babcia. – Kiedy się zorientowałam, zwyczajnie wyrzuciłam tę szkatułkę do śmieci, ale dziwnym trafem wróciła do mnie następnego dnia. Próbowałam się pozbyć tego pudełka na różne sposoby. Zakopywałam je, wrzucałam do rzeki, podrzucałam komuś innemu, ale nic z tego. W końcu zrezygnowałam i ukryłam je w tym kufrze, żeby nikt tego nie znalazł.
- Wierzysz w przesądy? – dopytywała się ciekawska dziewczynka, mając na myśli te cztery linijki wiersza.
- Tak skarbie i tobie też radzę – odrzekła pani Febo, gładząc wnuczkę po głowie. – Lepiej być przesadnie ostrożnym niż za bardzo odważnym.

Wróciwszy do domu, Paulina czym prędzej odszukała mahoniową szkatułkę i ponownie zajrzała do środka. Do dna przytwierdzona była niewielka karteczka. Dobrzańska wyjęła ją i drżącymi dłońmi rozwinęła stary papier, gdzie znalazła kolejny wierszyk:
Gdy już raz to wieko tajemnic otwarto,
Dowiesz się, że przepowiedni wierzyć było warto.
Odwrotu już dla ciebie nie ma żadnego,
Ani ratunku nijakiego.

Przeczytawszy kilkakrotnie te słowa, Paulina opadła na łóżko i zaczęła płakać. Przez swoją głupotę i ciekawość zniszczyła swoje poukładane życie. Przynamniej tak jej się wydawało. Zaczęła wierzyć, że to sprawka owego talizmanu, która odnalazła w tym pudełku. W jednej chwili straciła wszystko, na czym do tej pory najbardziej jej zależało. Marek po raz kolejny ją zdradził, raniąc ją tym dotkliwiej niż przedtem. Przecież nie raz wybaczała mu liczne romanse z pięknymi kobietami, które czyhały na niego na każdym kroku. Dobrzańska wiedziała, że one dla niego nic nie znaczą i dlatego była gotowa przymknąć oko na jego wybryki. Teraz jednak było to niemożliwe. Czuła się kompletnie zdruzgotana, ponieważ ukochany ją zdradził i to z Aleksem, jej rodzonym bratem. Paulina wprost nie mogła opanować łez. Wielokrotnie słyszała o tym, że facet rzucał żonę dla innego mężczyzny, ale takie doniesienia traktowała zawsze z przymrużeniem oka. Przyjęła do wiadomości, że to może się zdarzyć, ale wygodniej było jej myśleć, że zjawisko to należy do rzadkości. Nigdy nie przypuszczałaby, że Marek mógłby zrobić to samo. Przecież kochali się i wyglądali na dobraną parę, a teraz nagle jej świat dosłownie rozsypał się niczym domek z kart. Jej przyjaciółka Violetta również ją opuściła, pozostawiając ją samą z rozdartym sercem. Czy jednak przyczyną tych wszystkich kłopotów był rzeczywiście owy talizman? Teraz Paulina bez wahania odpowiedziałaby, że tak. Nie myślała o tym, że nigdy nie traktowała Kubasińskiej poważnie, więc nie powinna się dziwić, że ona w końcu się od niej odwróciła. Przecież Paulina zawsze odnosiła się do głupiutkiej Violetty z pogardą i lekceważeniem, tolerując ją tylko dlatego, że Kubasińska była jej szpiegiem w obozie Marka. Dobrzańska przeoczyła również fakt, że od dłuższego czasu w jej małżeństwie również nie działo się najlepiej. Coraz częściej sprzeczali się o drobiazgi, a Marek nagle zaczął znikać na noce, tłumacząc się wyjazdami służbowymi czy wypadami z Sebastianem do klubu. Jednak w tym momencie Dobrzańska była już przekonana, że sprawiła to klątwa starej Cyganki i żadne inne racjonalne wytłumaczenie nie zmieniłoby jej sposobu myślenia.

Offline

 

#3 2010-01-23 00:01:46

root
Administrator
Zarejestrowany: 2009-01-14
Posty: 4798

Re: VI Konkurs literacki - prace literackie

Autor nr 2

Nigdy nie zrozumiem kobiet
Niezawodne pomysł czasem zawodzą!

- Świnia!
- Warchlak!
- Odcisk na mojej pięcie!
- Bezmózgowiec!
- Zamknij się!
- Co to, to nie! Jeszcze jestem na tyle mądra, żeby cię nie słuchać.
- Och… Nie udawaj mądrej!
- Koniec!
- Definitywny koniec!

- Kochanie… - mruczał, całując powoli obojczyk kobiety. Jego usta wędrowały po jej ciele, dążąc nieśpiesznie do jej pełnych warg. Gdy już odnalazły cel swojej podróży, wpiły się w niego natarczywie.
Jego dłonie wędrowały po jej ciele, wywołując na nim przyjemny dreszcz. W końcu wplotły się w jej włosy, nie dając jej szans na jakąkolwiek ucieczkę. Zresztą, ona nie chiła uciekać. Chciała być z nim. Bardzo blisko niego, lecz nie było jej to dane, bo z tej jakże pasjonującej rozrywki wyrwał parę dźwięk dzwonka do drzwi.
- Chol***! – przeklął ciemnowłosy mężczyzna.
- Daj spokój – uśmiechnęła się do niego kobieta. – Idź, otwórz.
- Dobrze, już dobrze, ale jak to znowu on, to nie wiem, co mu zrobię – powiedział, planując morderstwo ze szczególnym okrucieństwem.
- Daję sobie rękę uciąć, że to on – stwierdziła, podając ciemnowłosemu szlafrok, który ten szybko założył.
Nie pomylił się, bo gdy już otworzył drzwi, zobaczył na progu swojego najlepszego przyjaciela.
- Wejdź – syknął, opanowując złość.
- Dzięki – odpowiedział wdzięczny kolega. – Mogę się u was przespać?
- Ależ oczywiście. I lepiej już idź się położyć – zakomenderował ciemnowłosy, zaciskając dłonie w pięści, bowiem od kilku dni powtarzała się ta sama sytuacja, jednak tym razem miało być jeszcze ciekawiej, a raczej gorzej.

- Co on znowu wyprawia? – wysyczał Dobrzański przez zęby, bo obudziły go głośne odgłosy dochodzące z kuchni.
- Marek, spokojnie – wymamrotała Ula, otwierając zaspane oczy.
- Jak ja mam być spokojny?! On zachowuje się nienormalnie – powiedział Dobrzański, podnosząc się z łóżka z zamiarem odwiedzenia swojego pokręconego przyjaciela. Wszedł do kuchni i zauważył, że ten szuka czegoś intensywnie w lodówce.
- Stary, co ty wyprawiasz? – spytał zdezorientowany. Nie dość, że wpada do mojego mieszkania po nocy, to jeszcze mi opróżnia lodówkę.
- Stary, czego ty szukasz w mojej lodówce? – padło kolejne pytanie, które i tym razem nie doczekało się odpowiedzi. Marek zdenerwowany tupnął nogą. W tym momencie Olszański zamknął lodówkę, wyjmując z niej pomidora i ruszył do salonu, nie zawracając sobie głowy rytmicznym tupaniem Dobrzańskiego.
- Jeszcze śmiesz mnie nie widzieć! – krzyknął Marek.
- Zamknij się! – padła odpowiedź, która uraziła do żywego prezesa wielkiej firmy modowej.
- Że co?! – spytał zdezorientowany.
- Zamknij się! – krzyknął ponownie Olszański, tym razem wymachując energicznie rękoma.
- Co to, to nie – warknął zdenerwowany Dobrzański i już miał pędzić w kierunku swojego przyjaciela z zamiarem wcielenia swojego planu w życie, już miał zacisnąć ręce na jego szyi, gdy ten potknął się o próg i padł jak długi, rozgniatając sobie pomidora na piżamie, a następnie, jak gdyby nigdy nic, poniósł się z podłogi, otrzepał, przybierając na twarz wielki uśmiech, i ruszył do łazienki.
Drogę jednak zagrodził mu Marek, ale Olszański niezrażony przeszkodą, wyminął ją zgrabnie i ruszył do obranego przez siebie celu.
- Kontaktujesz? – wyrwało się z piersiątek Dobrzańskiego.
- Zamknij się!
- Czyli, że tak – odpowiedział sam sobie Marek, nie licząc już na uwagę ze strony przyjaciela, który zamiast iść do łazienki, otworzył sobie drzwi do sypialni państwa Dobrzańskich i, zanim Marek zdążył się w ogóle zorientować, o co chodzi, zamknął je na klucz.
Prezes wpatrywał się w drzwi z szeroko otwartymi oczami, ale jeszcze szerzej otwartymi ustami. Wyglądał w tym momencie jak ryba, której brakuje wody. Nie poruszał się, lecz jego mózg powoli, bardzo powoli, niczym stara lokomotywa, nabierał odpowiednich prędkości, aby w końcu zdobyć panowanie nad ciałem, nad którym nie raz panował inny narząd. Gdy już umysł wygrał walkę nad szczątkami, tudzież denatem lub zwłokami, którymi w tym momencie było ciało Dobrzańskiego, objął dowodzenie i przywrócił do żywych nieszczęsnego prezesa.
Twarz Dobrzańskiego niebezpiecznie drgnęła i pojawił się na niej grymas. Dotarło do niego, że Sebastian zachowuje się nadzwyczaj dziwnie, a co za tym idzie, jego skarb jest narażony na niebezpieczeństwo. I nie mówimy tu o skarbie każdego mężczyzny, bez którego ci nie potrafią żyć. Od kilku miesięcy był to bowiem dla Dobrzańskiego skarb drugorzędny.
Gdy w końcu mózg Marka wspiął się na niezdobyte dotąd przez nikogo wyżyny, odkrył, że musi natychmiast transportować się do sypialni, co jednak nie było takie proste, bo drzwi do niej prowadzące były zamknięte.
Twarz Dobrzańskiego poczerwieniała i zdobyte przez mózg panowanie zostało doszczętnie pokonane, bowiem i tym razem nieodpowiedni narząd przejął dowodzenie. Jednak to nie skarb dopominał się o pierwsze miejsce na liście, lecz pięść, tudzież piącha lub bardziej prawdopodobna piąstka, pragnęła zemsty. I nim Marek się spostrzegł, co robi, jego dłoń uderzyła z hukiem o drzwi do sypialni.
- Sebastian, co ty tam kombinujesz?! – wrzasnął zdenerwowany.
- Zamknij się.
- Nie waż mi się tknąć Uli! – krzyknął, próbując dostać się niezdarnie do sypialni. – Uluś, otwórz!
- Zamknij się!
- Ty się zamknij, ja tu próbuję obronić moją żonę, a ty… Ty… Zboczeńcem jesteś, tobie różne pomysły chodzą po głowie. A co jak, już ci się Viola odwidziała? Tak raz dwa? Po tobie idzie się wszystkiego spodziewać! – zakończył krzykiem, lecz tym razem odpowiedziało mu już głośne chrapanie. Ula to ma mocny sen.
- Co do… - westchnął Marek i zrezygnowany oparł się o drzwi z zamiarem poczekania do rana. Po chwili jednak owe drzwi otworzyły się powoli, a Dobrzański wylądował na podłodze z głośnym hukiem. Podniósł głowę i zobaczył, że stoi nad nim Ula.
- Nic mi się nie stało – powiedziała ze śmiechem. – Sebastian jest najzwyklejszym w świecie lunatykiem, chociaż sen ma mocny, jak nie wiem, bo te twoje krzyki już dawno powinny go obudzić.
- Że co?
- Że już dawno powinien dostać poważnego szoku od tych twoich wrzasków.
- A jakby ci…
- Nic by mi nie zrobił. Przyszedł, położył się na łóżku i przytulił do mnie, szepcząc coś o Violi, a po chwili zapadł w sen, a ja się wymknęłam po cichu. – wyjaśniła Cieplakówna. – Powinieneś pić walerianę – stwierdziła, bo twarz Dobrzańskiego była blada jak ściana.
- Ciekawe co byś ty zrobiła, gdybym ja był w takim niebezpieczeństwie – oburzył się Marek.
- Nic.
- Jak to nic? – fuknął ugodzony do żywego prezes.
- Nic, bo to nie było żadne niebezpieczeństwo – odpowiedziała. – Chodź do salonu. Przecież nie będziemy spać we trójkę.
- Jeszcze czego.

- Musimy poważnie porozmawiać – zakomenderował Marek, gdy tylko Sebastian otworzył oczy.
- O czym? – spytał sennie Olszański.
- O tobie i o życiu godowym fistaszka.

- Proszę bardzo. To jest poradnik dla… Sam nie wierzę, że to mówię. Dla… Przeczytaj – westchnął Dobrzański, podając kadrowemu książkę.
- Co?! – zapiszczał Sebastian. – „Jak zdobyć dziewczynę w pięć minut”. Zgłupiałeś? Takie coś to wciskaj dzieciom z podstawówki, nie mnie.
- Oj! Przyda ci się, przyda. No, chyba że…
- Zgadzam się na wszystko, tylko nie na czytanie książek tego typu… Jakichkolwiek książek – dodał po chwili zastanowienia.
- Czyli zostaje stary wujek Dobra Rada – zaśmiał się Dobrzański. – W końcu kto tu jest prawdziwym uwodzicielem? – spytał retorycznie pewny swego.
- Ula, bo uwiodła pierwszego warszawskiego uwodziciela – zaśmiał się Olszański dumny z tego, że udało mu się zbić z pantałyku swojego kolegę.
- Te!
- Co?
- Nic, chyba, że nie chcesz pomocy? To co? – spytał.
- To uwłacza mojej godności, ale Viola jest moja.
- No i to jest pierwsza zasada – uśmiechnął się złośliwie Dobrzański. – Tylko kobieta może doprowadzić do tego, że facet nie boi się o swoje szanowne i godne cztery litery – westchnął Marek. – Boi się o jej cztery litery – podsumował optymistycznie. – Wiem coś o tym, uwierz mi.
- Wierzę, bo w twoim wykonaniu już wiele widziałem, a kobiet i tak nigdy nie zrozumiem, przynajmniej tej jednej. To kiedy zaczynamy kurs?
- Już – padła szybka odpowiedź.
- Jak to? Teraz? – zdziwił się Olszański.
- Teraz, póki mam kilka pomysłów. Teraz, póki Viola jeszcze nie ma innego – stwierdził złośliwie Marek.
- Oczywiście, że teraz! – zreflektował się błyskawicznie kadrowy.
- To co? Na przyjaciółkę?
- Na kogo?

Sebastian Olszański siedział wygodnie w wielkim fotelu z zieloną „papką” na twarzy.
- Violuś, a co tam u ciebie? – zaszczebiotał.
- Praca, praca i faceci, bo w końcu nie samą płacą się żyje, nie?
- No, tak. Masz całkowitą rację, kochanieńka. Ja też muszę odpocząć. Ostatnio płaczę po nocach – westchnął Olszański, ocierając teatralnie wyimaginowaną łzę.
- Zastosuj kurację z pomidorów. Pomidory tu, pomidory tam… - zaczęła mówić Violetta jak najęta, a Sebastian wyłączył się na chwilę. Niestety, jego powrót do świadomości był bardzo brutalny, nie jednak dla niego, lecz dla pani masażystki, bowiem niespodziewający się niczego Olszański, gdy ta rozpoczęła masaż stóp, kopnął ją piętą prosto pod oko, przyozdabiając ją wielkim fioletowym siniakiem.
- Mam łaskotki – wyjęczał na swoją obronę.


- Na przyjaciela.
- Na przyjaciela? A to nie to samo? Ja cię nigdy nie rozumiałem.
- Oj! Żebyś się nie zdziwił.

- Jeszcze dwa proszę – powiedział Olszański do kelnerki.
- Prosimy – powiedziała Violetta. – Właściwie po co mnie tu zabrałeś? – spytała.
- Żeby pokazać ci świat facetów.
- Znam go bynajmniej od podszewki. W Pomiechówku mnie nauczyli, ale skoro chcesz…

- Zobacz, jakie ciacho tam siedzi – powiedziała Kubasińska. Skoro tak ze mną pogrywa, to zagram i ja.
- A zobacz, jakie tam damy – westchnął Olszański, próbując odeprzeć zwinny atak Kubasińskiej, ale ta nie pozostała mu dłużna.
- Damy. Temu damy, tamtemu damy – westchnęła refleksyjnie, a Sebastian ucichł na dobrych kilka minut. Obudził się dopiero wtedy, gdy Violetta wyraziła chęć uczestnictwa w konkursie bekania.
- Nie radzę – powiedział ostrzegawczo.
- Ja jestem kobietą, niczego się nie boję w przeciwieństwie do was – powiedziała i wstała, aby po chwili wrócić do stolika z wielkim uśmiechem na twarzy.
- Całe abecadło? – wyjąkał zszokowany Sebastian.
- Z uwzględnieniem znaków polskich – stwierdziła dumnie Kubasińska.


- Czy ty jesteś pewien tych swoich niezawodnych pomysłów? – spytał z powątpiewaniem Olszański.
- Jestem pewien – powiedział dumnie Marek.
- Wiesz co? Ja nigdy nie zrozumiem kobiet – westchnął Olszański.
- Stary, ty je rozumiesz, tylko z Violą sobie nie radzisz. Nikt by sobie nie poradził – stwierdził ciszej Dobrzański.
- Co ty tam mamroczesz pod nosem?
- Że czas na amore pomidore – odpowiedział szybko Marek.

Violetta Kubasińska weszła do mieszkania Sebastian z zamiarem szybkiego udania się do łóżka, bowiem miała dość jego gderania, lecz została całkowicie zaskoczona, gdy przekroczyła próg salonu, po środku którego stał Olszański z jednym pomidorem w ręku.
- Co to ma być za dowcip? – wysyczała Violetta.
- Gest pojednania – odpowiedział Olszański z miną niewiniątka.
- I co? Mam ci niby wybaczyć to, że obejrzałeś się na tamtą laleczkę? O nie! Ty wiesz, ile ja będę miała roboty z taką ilością pomidorów? – spytała groźnie Kubasińska, opierając ręce na biodrach, bo przed nią rozpościerał widok lekko szokujący nawet jak dla niej.
- Ja… Ja… - jąkał się Sebastian, przeklinając w duchu pomysły Marka.
- Ty będziesz robił teraz z tych wszystkich pomidorów przetwory na zimę – wysyczała Kubasińska i wyszła z pokoju, pozostawiając w nim Sebastiana z pięćdziesięcioma kilogramami innych pomidorów.
- Jeśli myślałeś, że będziemy się nimi rzucać, to zapomnij! – usłyszał jeszcze krzyk Violetty.


- Stary… - syczał Olszański.
- Dobrze, dobrze, mam inny plan. Tym razem idziemy na kurs uwodzenia – stwierdził.
- Idziemy?
- Pójdę z tobą, żeby było ci raźniej – wyjaśnił rozochocony Dobrzański.
- Ale mi nie o to cho…
- Wiem, wiem.

- Panowie – zaczął instruktor. – Tak układamy usta, gdy chcemy pocałować kobietę – powiedział, prezentując ułożenie warg, które czyniło z niego kompletnego kretyna.
- Marek – mruknął ostrzegawczo Sebastian. – Kto tu jest palantem? Ja, bo siedzę i uczę się od tego pacana czy ten pacan z wyglancowaną buziunią? – spytał.
- Siedź cicho, ja nigdy dobrze nie całowałem – stwierdził Marek, wpatrując się z zapartym tchem na wyimaginowany pocałunek instruktora.
- Jak ta Ula potrafiła się w tobie zakochać? Ano tak! Przeciwieństwa się przyciągają. IQ na minusie z tym na plusie.


- Nie, ja już nic nie robię – jęczał Olszański. – Ja odpuszczam. Idę znaleźć sobie nową dziewczynę – stwierdził Sebastian, gdy Marek zaczął błagać go na kolanach, aby nie wychodził z kursu. – To jest jedno wielkie dno, a ty jesteś jak te glony na tym dnie. Idę szukać nowej dziewczyny – powtórzył, bo Marek zaczął go ciągnąc za nogawkę. W końcu Sebastian pociągnął i wyrwał się z pułapki.
- Dobra, dobra. Idę z tobą– stwierdził Dobrzański, próbując przypomnieć sobie, co mówił o niej instruktor.

- Czemu oni twoich czarów tak się bali? Czemu oni czarownica cię nazwali?* – nucił pod nosem Olszański, przyglądając się wszystkim panią przechodzącym obok niego. Niestety, na myśl przychodziła mu tylko ta piosenka.
- Co ty wyśpiewujesz? – spytał Marek z miną pełną zwątpienia.
- To odnośnie tego, co aktualnie widzę – wyjaśnił Olszański z pewnym obrzydzeniem.
- Sebastian, nie ma kobiet brzydkich…
- Tylko czasami wina brak – dokończył Olszański za swojego kolegę.
- Co? – spytał zdziwiony Marek.
- Po pijaku świat wydaje się przecież piękniejszy – wyjaśnił Olszański.
- Czy ty wiesz, co to jest piękne wnętrze? – spytał Marek, próbując nadążyć za tokiem myślenia swojego kolegi.
- Nie – padła szybka odpowiedź, a Dobrzański uległ chwilowemu załamaniu psychicznemu, lecz szybko postanowił zainteresować kolegę czymś innym. – O zobacz! Mała czarna – krzyknął.
- Lubię spódniczki – stwierdził Olszański i odwrócił wzrok w kierunku, w którym patrzył prezes. – Która to? – zwątpił, bo nie zobaczył nikogo ciekawego.
- No, ta! Mała o czarnych włosach – wyjaśnił Dobrzański.
- Weź mi tu… - zaczął, sycząc Olszański.
- Nie złość się, bo złość piękność szkodzi, a ty nie masz, czym szastać – podsumował Dobrzański. – Dobra, dobra, a ta? – spytał, bo Sebastian umilkł.
- Maleńka! – krzyknął zainteresowany kadrowy. Błagam, błagam, żeby ona tego nie usłyszała, pojawiło się niema prośba w głowie Marka, ale niestety nie została wysłuchane, bo kobieta podeszła do nich szybkim krokiem.
- Nie dość, że wyglądasz jak krowa, to jeszcze drzesz się jak ona – powiedziała wysoka blondynka. Sebastiana zamurowało.
- I co? Co się gapisz, jak sroka w gnat? Zamknij tę gębę, bo ci mózg przez nią wyleci. Aaa! Zapomniałam, ty nie masz mózgu – stwierdziła. – I jeśli jeszcze raz usłyszę od ciebie jakikolwiek tekst tego typu, to obiecuję ci, że wsadzę ci tę czerwoną parasolkę tam… – W tym momencie potrzasnęła groźnie narzędziem zbrodni, które trzymała w ręku. - …Gdzie światło nie dochodzi i nie mówię tu o twojej pustej czaszce – wyjaśniła i odeszła.
- Eee…
- Sebuś.
- Yyy…
- Sebulku.
- Yii…
- Olszański!
- Ipp…
- Idziemy do domu – zakomenderował Marek, ciągnąc za sobą nieprzytomnego kolegę.Jego uroda została dwukrotnie podważona.
- Jep…

Marek Dobrzański wszedł swobodnym krokiem do swojego mieszkania, nie spodziewając się tego, co zastanie w salonie. Na kanapie siedziała bowiem Ula z Sebastianem, który ocierał łzy.
- Ula… - zaczął Marek.
- Lepiej wyjdź – stwierdziła.
- Tak. Czego się wytracasz, jak inteligentne istoty rozmawiają? Mało masz pasikoników na łące o podobnym IQ do twojego? – zaatakował zły na Marka Olszański.
- Dobra, już mnie nie ma – powiedział szybko Dobrzański, wychodząc z pokoju.

- Coś ty sobie myślał?
- Że ja? – spytał zdezorientowany Marek.
- Tak, ty. Rady dobrego wujka – zakpiła. – Ciesz się, że mnie nie brałeś na takie chwyty, bo wylądowałbyś z jakąś modelką stwierdziła.
- Kochanie…
- Tylko nie „kochanie”. Jestem zła – powiedziała. – Chłopak miał taki problemy, a ty sobie żarty robiłeś.
- Nie – wyjęczał Dobrzański pod ostrzałem wzroku Uli. – Ja mu chciałem pomóc – stwierdził.
- I co? Udało się, bo nie widzę. Marek, błagam cię. Zresztą, już tyle razy prosiłam, żebyś ty nikomu nie służył radą, bo to jest jak poślizgnięcie się na bananie – stwierdziła. – Pamiętasz, jak kazałeś Jaśkowi kupić gerberę dla Kingi? Pamiętasz. A może przypominasz sobie, jak…
- Dobrze, wiem. Kochanie…
- Tylko nie „koch…
- Kochanie, ale dzisiaj już nie będziemy mieć niechcianego lokatora, więc może… - nie dokończył znacząco.
- Ty jesteś normalnie niemoralny – stwierdziła kpiąco Ula, ale uśmiechnęła się do Dobrzańskiego i pocałowała go.
- Kocham cię, wiesz, uwodzicielko? – spytał z uśmiechem.
- Jaka uwodzicielka?
- Uwiodłaś przecież amanta stolicy – stwierdził Dobrzański ze śmiechem.
- Popadasz w samouwielbienie ostatnimi czasy. Nie bądź taki pewny swego, bo zawsze mogę odejść – zaśmiała się.
- Tylko byś spróbowała…
- To co? – spytała z kpiną.
- To zamknąłbym cię w sypialni na tydzień – stwierdził, biorąc Ulę na ręce i całując w czoło.
- Niby po co?
- Jeszcze się pytasz? – padło pytanie, gdy wchodzili do sypialni, ale odpowiedź nigdy nie została poznana, bo zatonęli w morzu pocałunków.

W salonie panował półmrok, dający poczucie bezpieczeństwa. Na stole zastawionym porcelaną paliły się dwie świece. Z głośników sączyła się delikatna muzyka, zagłuszana tylko odgłosem uderzania sztućców o talerze. W końcu i ten odgłos ucichł. Słychać było tylko muzykę i głośne przełykanie śliny przez Sebastiana. W końcu jednak Olszański zebrał się w sobie, wstał i podszedł do swojej ukochanej. Westchnął głęboko i przymknął oczy, starając się opóźnić jak najbardziej moment zadania trudnego pytania, lecz gdy Viola zaczęła przyglądać mu się z powątpiewaniem, wziął głęboki oddech i ruszył do akcji. Na romantyka? Tak.
- Violuś, wyjdziesz za mnie? – spytał nieśmiało, klękając z pierścionkiem w ręku przed swoją ukochaną.
- Maskara**! – krzyknęła Kubasińska ze zdziwieniem, zakrywając dłonią usta.
- Co? – spytał zdezorientowany Sebastian.
- Oczywiście, że tak. W końcu się doczekałam – stwierdziła.
- O to ci chodziło przez cały czas?
- A o co innego może chodzić kobiecie? O faceta, o ślub… I miłość – powiedziała i delikatnie, ale z wielką czułością pocałowała swojego „faceta”.
- Zrozumiałem cię – stwierdził Olszański z wielkim uśmiechem i oddał pocałunek.

* D-Bomb - Rzeki przepłynąłem
** To miało tak być. Odnośnie szerzenia się słowa „masakra”, którego ludzie używają stanowczo za dużo. Chciałam każdemu kupić słownik wyrazów bliskoznacznych, ale nie wyrobię finansowo, bo to połowa osób, które znam xD

Offline

 

#4 2010-01-23 00:02:31

root
Administrator
Zarejestrowany: 2009-01-14
Posty: 4798

Re: VI Konkurs literacki - prace literackie

Autor nr 3

Dwa światy

Trzask drzwi.
Opadam na podłogę. Moje serce pęka, oczy napełniają się łzami, a ciałem wstrząsa spazmatyczny szloch. Odszedł...
Przekreślił siedmioletni związek, by zostać z niczym. Zdeptał moje uczucia, rwąc na strzępy moją duszę...

Przymykam powieki.
Widzę jego twarz. Jego usta zbliżają się do moich, czuję ich słodki, truskawkowy smak. Jego oczy wpatrują się w mnie, przeszywając mnie swoim stalowo-lodowym spojrzeniem. Przenika mnie, wpija się w moją duszę, dociera do serca, wlewa się do każdej komórki mojego ciała.
Jestem szczęśliwa. Upajam się jego obecnością, jego zapachem, smakiem, dotykiem. Upajam się nim. Niczego więcej nie potrzebuję. Wszystko, czego trzeba mi do życia, jest przy mnie...

Otwieram oczy.
Szarość otaczającego świata przytłacza mnie. Dobija. Nie ma przy mnie nikogo, kto podałby mi rękę, pomógł wstać, otrząsnąć się z bólu, wyprowadzić ze świata cierpienia.
Jestem sama. Oparta o futrynę drzwi rozpamiętuję każdy dzień, każdą chwilę… każdą sekundę ostatnich siedmiu lat. Powoli dociera do mnie, że jestem gotowa wybaczyć mu wszystko, byleby tylko tego chciał. Byleby wrócił…

Zamykam oczy.
Jego ramiona oplatają mnie. Czuję jego oddech na moim nagim ramieniu. Powoli zbliża usta do moich warg. Delikatnie oswabadza mnie z więznących mnie ubrań. Jego dłoń błądzi po moim ciele z wolna doprowadzając mnie do ekstazy. Spragniona jego dotyku delikatnie sugeruję mu następny krok. Czuję go w sobie. Świat wokół mnie wiruje, a przez moje ciało przechodzą dreszcze rozkoszy.

Otwieram oczy.
Znikają wyciągnięte w moją stronę dłonie. Znika utkwione w moich oczach spojrzenie. Znika promienny uśmiech, znikają urocze dołeczki w policzkach. Znika on…
Opadam na podłogę. Wpatrzona w sufit wspominam dzień, w którym po raz pierwszy ujął moją dłoń, wspominam chwilę, w której nasunął na mój palec pierścionek.
Rzeczywistość miesza się z marzeniami, wspomnienia z teraźniejszością. Powoli popadam w obłęd…

Złoty krążek toczy się po parkiecie. Nic już nie będzie jak kiedyś…

Ja i on… Dwa światy, które nigdy nie powinny połączyć swych dróg.

Offline

 

#5 2010-01-23 00:03:10

root
Administrator
Zarejestrowany: 2009-01-14
Posty: 4798

Re: VI Konkurs literacki - prace literackie

Autor nr 4

Dwa światy

Spotkanie

Zobaczył ją nagle. Była tu nowa, zamówiła cafe macchiato, usiadła przy oknie i przyglądała się z zaciekawieniem okolicy. Nie wyglądała jakoś niezwykle, a w porównaniu z niektórymi - nawet przeciętnie. Było jednak w jej wizerunku coś nieuchwytnego, co kazało Alowi przyglądać się jej. Ciekawe na co tak patrzyła? Interesowało go to, bo ten zakątek Mediolanu był właściwie jego dziełem. Jak każdego ranka, siedział w kącie swojej ulubionej „Cafe Milano”, mając przed sobą espresso, cantuccini i miejscową gazetę. Planował na ten dzień wyprawę do starożytnego Rzymu, ale na razie ta kobieta przykuwała jego uwagę. W pewnej chwili spojrzała na niego. Miał wrażenie, że skądś ją zna, ale jednocześnie był pewien, że po raz pierwszy widzi jej awatar i nick, głoszący, że piękna nieznajoma nazywa się Jil Spark. Uśmiechnęła się do niego i po chwili wyszła. Pomyślał wtedy, że jest ona w jakiś sposób szczególna.
- Witaj Antonio – powiedział do właściciela. – Czy ta dziewczyna, która przed chwilą wyszła, była już tu kiedyś?
- Nie, pierwszy raz ją wdziałem.
- Rozmawiałeś z nią?
- Zamieniliśmy dwa zdania. Mówiła, że przypadkiem tu trafiła i podoba jej się nasz Mediolan. Podobno całkiem dobrze zna prawdziwy.
- Dzięki, będę się zbierał. Do jutra.
- Do widzenia panie Fernal.
Wyszedł na ulicę, ale po Jil nie było już nawet śladu.

Samotność pośród tłumu jest okropna. Przekonała się o tym na własnej skórze. Każdy dzień był odbiciem poprzedniego, równie nudnego. Specyficzny sygnał komórkowego budzika, miał ją wprawiać w dobry humor, ale niezmiennie powodował irytację i obiecanki, że jutro położy się wcześniej. Ratowała się kawą i biegła do pracy w City. Kilka godzin pośród ludzi, których nie bardzo lubiła, ale jednak darzyła szacunkiem, mijało na szczęście dość szybko. Potem zwykle szła na lunch z koleżanką i znowu wracała do pracy. Czasem stres był większy, czasem mniejszy. Przyzwyczaiła się już. W drodze do domu robiła zakupy. Niekiedy znajomi wyciągali ją do pubu lub na jakąś szaloną singielską imprezę. Stwierdziła ostatnio, że Londyn, to miasto singli, podobnych do niej i coraz mniej je lubiła. Wieczory zwykle spędzała samotnie, w swoim mieszkaniu i starała się nie myśleć o nim i o tym, że nic jej się w życiu nie udało. Czasem czytała jakąś książkę lub oglądała telewizję. Codziennie sprawdzała pocztę i pilnie odpisywała na maile z kraju - od mamy i kilkorga znajomych, którzy jeszcze o niej pamiętali. On nigdy nie napisał. Ona do niego też nie. I nie napisze, wystarczy że prawie rok temu wróciła do Warszawy i próbowała reanimować martwy od dawna związek. Niestety, nie udało się. Zrobiła wszystko co mogła, aby go odzyskać i wiedziała już dlaczego jest to niemożliwe. Zamknęła ten rozdział życia na klucz i obiecała sobie solennie, że już nigdy nie będzie dręczyć Aleksa swoją osobą. Tego wieczoru dostała wiadomość od Marka. Był taki szczęśliwy, że chciał się podzielić tym uczuciem z całym światem.  Odzyskał swoją miłość – Ulę. Pamiętała jaki szok wywołała u niej wiadomość, że rozstał się z Pauliną. Napisała wtedy do niej długi i szczery list. Przyznała się do romansu sprzed lat, który zniszczył jej związek z Aleksem, a Pauliny i Marka - wystawił na ciężką próbę i chyba był początkiem jego końca. Paulina wykazała się zadziwiającym spokojem, może wiedziała więcej niż dawała po sobie poznać. Wybaczyła jej i nadal się przyjaźniły. Panna Febo obiecała, że nie będzie jej więcej swatać z bratem. Natychmiast odpisała Markowi, że bardzo się cieszy z jego szczęścia. Tak było naprawdę, z ich czworga chociaż jemu jednemu udało się w końcu poukładać sobie życie osobiste. Była pewna, że Paulina pocierpi trochę, ale mimo to już niedługo znów będzie błyszczeć. Spodziewała się, że jeszcze zatańczy na jej weselu. Były zupełnie do siebie niepodobne. Tyle już lat minęło od dnia, kiedy Aleks ją zostawił, a wciąż nie potrafiła sobie wybaczyć. Od tamtej pory nie układało jej się z mężczyznami, jakby wisiało nad nią jakieś fatum. Wyobrażała sobie siebie za dziesięć lat, w tym samym londyńskim mieszkaniu, z kotem na kolanach i w bliskim kontakcie z laptopem. Już teraz najczęściej układała się z nim wygodnie na łóżku i na długie nocne godziny zanurzała się w swoim drugim świecie. Tam była szczęśliwsza, nie była już przegraną Julią Sławińską, tylko zadowoloną z siebie – Jil Spark. Czuła się wolna i wyzwolona ze skorupy przyzwyczajeń i straconych marzeń. Jak mówili – Second Life, to nasze marzenia. Najbardziej lubiła latanie, codziennie to robiła. Podziwiała z góry niezwykły pikselowy świat, będący wytworem nieskrępowanej wyobraźni jego mieszkańców. Sama nie bawiła się w tworzenie kopii miejsc, w których przebywała w rzeczywistości, bo przecież właśnie od nich chciała się oderwać. Za to pasjami odwiedzała fantastyczne regiony oraz wirtualne kopie Nowego Jorku czy Paryża. Podziwiała egzotycznie wyglądające awatary, albo zwiedzała wspaniałe galerie, dosłownie wnikając w wirtualne dzieła znanych mistrzów lub wytwory sztuki powstałe po drugiej stronie życia. Ostatnio bywała w Mediolanie, ale rodzinne miasto Aleksa, budziło w niej zbyt wiele bolesnych skojarzeń. Najczęściej przebywała na polskich wyspach, gdzie nawiązała kilka prawdziwych przyjaźni. Wciąż cieszyło ją poznawanie nowych ludzi, ukrytych za niezwykłymi awatarami, niekoniecznie ludzkimi.

Jak co dzień jechał taksówką do pracy. Cały w czerni, chmurny na twarzy i w sercu. Nawet taksówkarz go nie zagadywał. Wszystkich innych raczył opowieściami o błędach popełnianych wciąż na górze i o złej pogodzie, ale tego klienta nie nagabywał na zwierzenia. Otaczała go wyczuwalna aura wyższości i niechęci do świata. Aleks Febo był w Warszawie zupełnie sam. Odkąd Paulina wyjechała do Włoch nie miał już tu nikogo bliskiego. Początkowo chciał z nią jechać, ale szybko stracił zapał. W końcu pozostał w Warszawie i w Febo & Dobrzański. Jako dyrektor finansowy, kontrolował Marka i nieustannie czyhał na jakieś potkniecie prezesa. Niestety, odkąd Ula Cieplak przeprowadziła swój karkołomny plan naprawczy i wspomagała ukochanego radą, były to płonne nadzieje. Nie zdawał sobie dotychczas sprawy, że walka z Markiem Dobrzańskim – znienawidzonym prezesem i do niedawna narzeczonym jego ukochanej siostry, wypełniała cały jego czas. Teraz, gdy Paulina osiedliła się w Mediolanie, a Marek i Ula sprawnie zarządzali firmą, odczuwał wyraźnie, że jego życie jest puste. Wcale nie chciał, żeby tak było. Niestety przed laty zawiódł się na Julii, która była miłością jego życia i zapomniał, że ma jeszcze serce. Ciągły konflikt z Markiem był jego siłą napędową, a jednocześnie nie pozwalał zapomnieć o Julii, podsycał żal i niechęć do niej. Gdy przed rokiem błagała go, by spróbowali jeszcze raz, nie był na to gotowy. Wydawało mu się wtedy, że nie jest mu ona do niczego potrzebna. Jakże się mylił. Gdyby wtedy nie pozwolił jej wsiąść do tego nieszczęsnego pociągu, to teraz być może jego życie byłoby życiem, zamiast tanią jego podróbką. Żałował, że jej wówczas nie zatrzymał, ale mimo to nie potrafił przemóc się i chociaż do niej napisać.

- Dzień dobry panie dyrektorze – powitała go sekretarka, ze zwykłą obawą w głosie i podała mu plik dokumentów. – Proszę, Adam właśnie przyniósł nowe zestawienia kosztów i prognozę zysku, jest jeszcze dzisiejsza poczta.
- Dzień dobry – mruknął w odpowiedzi. – Poukładane?
- Oczywiście. – Dorota, znowu obiecała sobie w duchu, że poszuka nowej pracy.
- Przynieś mi kawę, tylko porządną, a nie taką jak wczoraj. – Wiedział, że jest złośliwy i niesprawiedliwy, bo z firmowego ekspresu nie dawało się zrobić prawdziwej włoskiej kawy, ale dręczył Dorotę już z przyzwyczajenia.
Cały dzień strawił na szukanie błędów w zestawieniach, ale nie mógł się do niczego przyczepić. Niestety, od afery plagiatowej brakowało mu dobrego pomysłu na utrudnienie życia prezesowi i z niechęcią musiał przyznać, że firma się rozwija. Powinien zacząć myśleć o dobrej inwestycji dla spodziewanej dywidendy. Zaczął przeglądać strony internetowe z indeksami giełdowymi i wynikami spółek, których akcje posiadał w swoim cennym portfelu. Tak, na tym polu jego życie było pasmem sukcesów. Zatrzasnął laptopa i wyszedł z firmy. Popołudnie spędził w siłowni. Wciąż dbał o kondycję. Wieczór zapowiadał się równie nieciekawie jak każdy. Telewizja go nudziła, a na sen było zdecydowanie za wcześnie. Znowu pozostała mu cyberprzestrzeń. Początkowo zaczytywał się w ulubionych stronach z wiadomościami, sprawdzał, pustą zwykle, skrzynkę mailową, wiedząc, że i tak w końcu wejdzie w skórę Ala Fernala. Nawet w swoim drugim świecie był do siebie podobny. Prowadził tu rozległe interesy, lindeny płynęły na jego konto szeroką rzeką. Jego wirtualna firma budowała i wynajmowała domy, oraz lokale do prowadzenia biznesu przez innych rezydentów Second Life. W wolnych chwilach współtworzył ukochany, wirtualny Mediolan. Prywatność, którą cenił ponad wszystko, zapewniała mu niewielka, lecz własna wyspa. Zapełniał ją powoli kopiami prawdziwych miejsc, które były ważne dla niego. Miał tutaj więc dom rodzinny, miejsca, w których bawili się z Pauliną i Markiem, kiedy byli dziećmi. Stworzył sobie również miejsce, w którym lata temu wyznał Julii, że ją kocha. Była to niewielka łąka, pośrodku niej rosło rozłożyste drzewo, rzucając na ziemię miły cień. Niedaleko znajdowała się stara winnica i dom dziadków Aleksa. Było to dla niego miejsce szczególne, rzadko je odwiedzał, ale cieszyła go świadomość, że je ma. Miał w tym świecie więcej znajomych niż w prawdziwym, ale rzadko zapraszał kogokolwiek na swoją wyspę.

- Witaj Antonio – przywitał się z właścicielem ulubionej kawiarni. Rozejrzał się z zainteresowaniem, ale nie zauważył intrygującej go kobiety. Nie zdążył zadać pytania.
- Szuka pan Jil? – Antonio uśmiechnął się porozumiewawczo. Lubił Ala i spodziewał się, że prędzej czy później zainteresuje się kimś w ten sposób. W ich świecie awatary szybko nawiązywały kontakty i z reguły równie szybko zmieniały obiekty zainteresowania. Jednak Fernala nigdy nie widywał tu z żadną kobietą, czy inną żeńską istotą.
- Owszem. Była tu może? – spytał wprost.
- Tak. Rozmawiałem z nią niedawno. Rzadko bywa w Mediolanie, najczęściej można ją spotkać na którejś z polskich wysp.   
- Polskich? – zdziwił się Al. Czyżby piękna Jil Spark była Polką? Faktycznie, jej awatar miał słowiańską urodę. Ciekawe. 
Szybko pożegnał się i wyszedł. Sam nie wiedział dlaczego to zrobił, ale teleportował się do Second Poland. Wcześniej prawie wcale tam nie bywał, ale chciał poznać tę dziewczynę. Odwiedził kilka klubów, sklepów, kino, teatr, całkiem ładną plażę, ale nigdzie jej nie było, mimo, że z jej profilu dowiedział się, że jest on line.  Postanowił, że wróci tu nazajutrz.

Jil Spark tymczasem uzbroiła się w kamerę i postanowiła odwiedzić wyspę smoków. Chciała nakręcić film o fantastycznych miejscach w Second Life. Była już wcześniej w Nibylandii i świecie rodem ze „Star Trek”. Film zamierzała pokazać na I przeglądzie filmów SL-owych, który organizowała wraz z grupą przyjaciół.
Kolejnego dnia pojawiła się na polskiej wyspie z gotowym materiałem. Siedziała w gronie przyjaciół na tarasie ulubionego klubu „Alter ego” i opowiadała wrażenia. W pewnym momencie dostrzegła mężczyznę, który bezczelnie jej się przyglądał. Wyglądał znajomo, jego włoski typ urody naprowadził ją szybko na właściwy trop. Przypomniała sobie, że widziała go kiedyś w kawiarni w Mediolanie. Jednak było w jego sylwetce coś, co powodowało szybsze bicie jej realnego serca. Wstała od stolika i podeszła do baru. Mężczyzna podszedł wtedy do niej.
- Jestem Al Fernal. Szukałem cię od tamtego dnia kiedy widzieliśmy się w „Cafe Milano”.
- Jil Spark, miło mi. – Podała mu rękę. - Skąd pomysł, że mnie tu spotkasz?
- Antonio, to mój znajomy. Sama mu zdradziłaś, że bywasz na polskich wyspach.
- Mówisz po polsku, to ciekawe.
- A ty znasz Mediolan, to też ciekawe.
- Ależ ten Antonio to gaduła – zaśmiała się wesoło.
- Słyszałem, jak opowiadałaś znajomym o wyprawie na smoczą wyspę. Też tam kiedyś byłem. Świetne miejsce, ale nie mógłbym tam długo wytrzymać.
- A byłeś na wyspie, gdzie zbudowano świat rodem z Tolkiena?  Jutro się tam wybieram, to ostatnie z miejsc, które chcę pokazać w moim filmie.
- Nie byłem. Może odwiedzimy je razem?
- Dobrze, to jesteśmy umówieni.
Zarówno Jil, jak i Al nie wiedzieli dlaczego wywarli na sobie wzajemnie tak duże wrażenie. W tym świecie nie rozmawiało się o realnym życiu i dlatego żadne z nich o nic więcej nie pytało.   

Julia nie mogła doczekać się końca pracy. Cieszyła się, że poznała miłego faceta i nie liczyło się dla niej, że był on wirtualny. Emocje, jakie czuła były najzupełniej prawdziwe.   
Dla Aleksa poznanie Jil, było niezwykłym doznaniem. Zawsze dziwiło go, że ludzie zakochują się w Second Life, a wirtualne miłości niekiedy rzutują na ich realne związki. Na szczęście on, będąc samotnikiem, nie miał takiego problemu. Jednak nie ustrzegł się przed rozważaniami, jaka w realu może być Jil. Oboje logując się dzisiaj w drugim świecie, czuli dreszczyk emocji.

Wyprawa do tolkienowskiego Śródziemia była wspaniałym przeżyciem. Latali razem po tej krainie, ramię w ramię, ciesząc się jak nastolatki. Poznali elfy, krasnoludy i przede wszystkim hobbity. Materiał filmowy, który nagrała Jil był naprawdę ciekawy.
Od tego dnia spotykali się codziennie. Chodzili razem na najciekawsze koncerty i wystawy, odwiedzali modne kluby zarówno wirtualnym Krakowie, Poznaniu, jak i w Mediolanie, czy Nowym Jorku. Latali lub teleportowali się do ciągle zmieniających się, niezwykłych miejsc.
Powoli poznawali się coraz lepiej i bardzo się polubili. Zostali parą w drugim życiu. Pewnego wieczora Al zabrał wreszcie dziewczynę na swoją oddaloną wyspę. Z dumą pokazywał jej dom rodzinny, który wydał się Jil dziwnie znajomy, jednak nie wiedziała dlaczego. Tej nocy zostali wirtualnymi kochankami. Rano wybrali się na zwiedzanie reszty wyspy. W końcu dotarli na łąkę, położoną w sąsiedztwie starego domu i winnicy. Jil stanęła na jej skraju i zapatrzyła się na stojące pośrodku, samotne drzewo. Nie wierzyła własnym oczom.       
- Al, ty stworzyłeś to miejsce na wzór prawdziwego? – zapytała cicho.
- Oczywiście. Tak z grubsza wyglądał dom i winnica moich rzeczywistych dziadków. Znajduje się pod Mediolanem – odpowiedział, a następnie wskazał na drzewo. - Natomiast ta łąka jest dla mnie szczególna. Pod tamtym drzewem pierwszy raz powiedziałem komuś, że go kocham.
Gdyby awatar mógł naprawdę płakać, Jil płakałaby teraz tak jak Julia.
- Aleksie Febo, ja znam to miejsce – spojrzała mu w oczy. -  Tu po raz pierwszy usłyszałam od ciebie, że mnie kochasz. – Wypowiedziawszy te słowa zniknęła. Awatar Aleksa pozostał sam.
- Jesteś Julią… Julia! – zawołał za nią. Dłuższą chwilę stał nieruchomo, a potem wylogował się.

Julia siedziała przed komputerem, a łzy toczyły się po jej policzkach. Co z nią było nie tak, że nawet w drugim życiu odnalazła Aleksa. Czy on nigdy się od niej nie uwolni? A ona od niego? Gdyby nie skierowała swoich kroków do „Cafe Milano,” to nigdy by do tego nie doszło. Co Aleks sobie o niej pomyśli. Jednak zaraz skarciła się za tę myśl. W końcu to on ją zaczepił. To Al zadał sobie trud i odszukał Jil. Dziwnie się z tym czuła. Postanowiła już nie wracać do wirtualnego świata marzeń. Jil w jej głowie  krzyczała, że to błąd, że są jednością i kochają pewnego Włocha i to w obydwu rzeczywistościach.

Odczekał chwilę. Ochłonął ze zdziwienia i nie wiedział – śmiać się czy złościć. To było niesamowite. Wykreślił Julię ze swojego życia. Pozostawiła po sobie pustkę, której nikt nie był w stanie zapełnić. A teraz jego myśli zajmowała - Jil. Zrozumiał dlaczego od pierwszej chwili, gdy skrzyżowały się ich wirtualne ścieżki, czuł, że to coś więcej niż SL-owa przygoda. Dotarło do niego, że przez te wszystkie lata był związany z Julią niewidzialną nicią. Potrzebował jej. Czyżby nadal ją kochał? Wiele lat przekonywał siebie, że jej nie kocha, a nawet, że ją nienawidzi, ale radość, którą bez wątpienia teraz odczuwał, świadczyła o czymś zupełnie przeciwnym. Chciał ją odnaleźć i to w obydwu światach. Natychmiast wrócił do Second Life. Miał nadzieję, że może ukryła się w swoim wirtualnym mieszkaniu lub gdziekolwiek, ale nigdzie jej nie było. Codziennie sprawdzał, czy jest w Second Life, jednak nie odnalazł jej. Przypuszczał, że zmieniła ustawienia profilu, co oznaczało, iż nie chce go więcej widzieć. Miał jej telefon, maila i londyński adres, ale wciąż nie był pewien, co powinien zrobić. Postanowił wysłać jej wiadomość.

Droga Julio,
Powinniśmy porozmawiać. Nie możemy udawać, że nic się nie stało. Oboje stworzyliśmy sobie drugie życie. To mówi o nas więcej, niż byśmy chcieli. A spotkanie się tam naszych awatarów, jest znakiem, którego nie wolno nam zlekceważyć. Spotkajmy się.
Aleks.

Aleksie
To, że spotkaliśmy się w Second Life, to przypadek i tak zamierzam to traktować. Przez tyle lat nie byłeś w stanie wybaczyć mi romansu z Markiem. Nie wierzę, że kilka wirtualnych spotkań mogło to zmienić. Pogodziłam się już z tym. Nie chcę rozdrapywać starych spraw.
Żegnaj, Julia. 


Tego się nie spodziewał. Myślał, że na to czekała, ale pomylił się. Zrozumiał, że odrzucając jej szczere przeprosiny i pozwalając przed rokiem odjechać, zranił ją głęboko.  Żałował z całego serca, że dopiero teraz zrozumiał, iż oboje cierpieli i nie ma najmniejszego sensu zastanawianie się kto bardziej.     

Julio
Wiele zrozumiałem po Twoim ubiegłorocznym wyjeździe. Żałuję, że wtedy nie potrafiłem Ci jeszcze wybaczyć i pozwoliłem wyjechać. Powinienem był Cię zatrzymać. Swoim postępowaniem zadałem Ci ból. Przepraszam. Zacznijmy jeszcze raz. Może tym razem nam się uda. Brakuje mi naszych pogaduszek w SL. Przemyśl moją propozycję. 
Aleks

Aleksie
Mówiąc szczerze, też tęsknię za SL. Przemyślę. Daj mi trochę czasu. Odezwę się wkrótce do Ciebie tu lub tam.
Julia


Miała ochotę się zgodzić. Cieszyła się, że Aleks postanowił zapomnieć o tym, co było i czeka na nią. Jednak bała się, że on mimo wszystko nie będzie w stanie zaufać jej do końca. Z drugiej strony zdawała sobie sprawę, że jeśli teraz nie zaryzykuje, to następnego razu już nie będzie. Rozważała od kilku już dni wszystkie za i przeciw. Niespodziewanie znowu los pomógł jej podjąć decyzję. Coś bieliło się w skrzynce na listy. Zdziwiła się, bo nie pamiętała kiedy dostała prawdziwy list, zamiast maila. Otworzyła go natychmiast. Paulina Febo i Giacomo La Torre, mają zaszczyt zaprosić Panią Julię Sławińską na uroczystość zaślubin, która odbędzie się dnia 30 stycznia w Mediolanie… Do zaproszenia Paulina dołączyła list, w którym błagała ją o przyjazd i zostanie druhną. Julia domyślała się kto będzie drużbą i uśmiechnęła się lekko na myśl o Aleksie.

Wieczorem włączyła laptopa i Jil Spark stanęła przed domem Ala Fernala.
- Cześć Al. Czekasz na mnie jeszcze?
- Oczywiście – odpowiedział, wpuszczając ją do siebie.
- Paulina zaprosiła mnie na ślub, chce abym była jej druhną.
- To najlepszy wybór z możliwych, tym bardziej, że ja też tam będę. Przyjedziesz do Mediolanu?
- Tak, przyjadę.
- Czy to oznacza, że…
- Aleksie, pozwól, że tak się do ciebie zwrócę, byłam pewna, że już nigdy nie będziemy razem. Tamten okres, nasz związek, moja zdrada, to już jest dla mnie zamknięta przeszłość. Ale nikt nie powiedział, że ci sami ludzie, ale nie tacy sami, nie mogą próbować stworzyć czegoś wartościowego od nowa. Jeżeli jesteś w stanie zatrzasnąć wieko nad tamtymi sprawami i zacząć od zera, to zgadzam się.
- Właśnie tak o tym myślałem, tylko nie umiałem ubrać w słowa. – Padli sobie w ramiona.

Nazajutrz Aleks, oświadczył zaskoczonemu Dobrzańskiemu, że bierze urlop. Poleciał do Londynu. Julia czekała na niego na lotnisku. Była podekscytowana i szczęśliwa, pełna nadziei na przyszłość. Aleks też nie mógł się doczekać, kiedy wreszcie ją zobaczy. Dostrzegli się nagle w zatłoczonej hali przylotów. Niestety nie mogli do siebie podbiec, ale fala podróżnych niosła ich szczęśliwie ku sobie. Wreszcie stanęli twarzą w twarz.
- Witaj Julio. Miło cię wreszcie widzieć naprawdę – powiedział patrząc w jej szarobłękitne oczy, których nie zapomniał przez tyle lat i za którymi tak tęsknił.
- Aleks… – wyszeptała Julia. Objął ją mocno i przytulił, a potem zachłannie pocałował. Wszystko wokół przestało istnieć, byli tylko oni - zakochani, którzy odnaleźli się w drugim świecie, po to by połączyć się w pierwszym.





*    Specjalne podziękowanie dla Madelaine, użytkowniczki Second Life, za objaśnianie autorce warunków życia w SL.

Offline

 

#6 2010-01-23 00:04:11

root
Administrator
Zarejestrowany: 2009-01-14
Posty: 4798

Re: VI Konkurs literacki - prace literackie

Autor nr 5

TEMAT: DWA ŚWIATY

- Sto lat! – krzyknęła Ula Cieplak i zamaszystym ruchem uderzyła kieliszkiem napełnionym szapmanem w inne, wyciągnięte ku górze.
- Sto lat! – goście wykrzyknęli życzenie i jednym łykiem wypili zawartość kieliszków.
- Dziękuję, dziękuję – odrzekł zmieszanym głosem Pshemko i powiódł wzrokiem po twarzach zebranych. Uśmiechnął się.
Znajdowali się w sali konferencyjnej. Ściany pokryte czerwono – złotymi napisami „Sto lat Pshemko!” nadawały klimat uroczystości pomieszczeniu. Zwisające z sufitu różnokolorowe girlandy spływały miekkimi ruchami po ramionach wszystkich poruszających się. Stoły uginające się pod ciężarem wszelkiego rodzaju jedzenia, zaczynając od lekkich przystawek, kończąc na pieczonym prosiu od razu rzucającym się w oczy.
Przed Pshemkiem stał rozłożysty, dwupiętrowy tort. Na szczycie stała figurka modela, nagiego do pasa i w spodniach jednej z kolekcji mistrza.
Radosny Pshemko zajął się krojeniem tortu. Pomocna jak zwykle Iza pomogała rozkładać kawałki ciasta na talerzyki.
Goście ustawili się w kolejkę, odbierali porcję i siadali, po czym rozkoszowali się przepysznym tortem.
Ula ze znudzeniem popatrzyła na swój kawałek. Miała już dosyć jedzenia jak na dzisiaj. Nudziły ją takie imprezy. ”Byle do końca” - powtarzała sobie te słowa jak mantrę ”Żeby szybciej zająć się świętowaniem z Wieńczysławem w domowym zaciszu”
Udała uśmiech i pocałowała Pshemko prosto w usta, po czym całkowicie znudzona opadła na krzesło.
Zaczęła przyglądać się gościom. Iza, Ela, Aleks, Seba, Viola i Dorota. Pewnie i byłaby tu Ala, gdyby była. Ale odeszła. Tak jak i jej ojciec.
Nagle dotarło do niej, jak już są starzy. Pomarszczone, brzydkie twarze. Jej jest taka sama.
Wpadło jej na myśl, że chciałaby stąd uciec. Nie do domu, nie w świat, ale odejść naprawdę z tego świata. Zniknąć i rozkoszować się nicością.
- Skoczę na chwilę do łazienki – szepnęła jej do ucha Ela i wyszła z sali.
Ula wzruszyła ramionami i powróciła do wpychania w siebie kolejnych łyżeczek słodkiego przekładańca. Łapała spojrzenia swojego szczęśliwego kochanka i odpowiadała podobnymi, tylko tworzonymi sztucznie.
Nagle podeszła do niej zdenerwowana Iza.
- Gdzie się podziała Ela? Nigdzie jej nie ma! A nie widziałam, żeby wychodziła gdzieś... – twarz Izy wyrażała zmartwienie i strach.
- No przecież poszła do łazienki! Powiedziała mi i wtedy wyszła... Naprawdę nie zauważyłaś?
- Nie... No cóż, pójdę do niej – odpowiedziała uspokojona Iza i wyszła do łazienki.
Ula po raz kolejny próbwała zmusić siebie do przełknięcia kolejnego kęsa. Na talerzyku pozostała jeszcze połowa porcji, a czuła już, że zaraz pęknie
Po piętnastu minutach z zadowoleniem przejechała wzrokiem po gładkiej powierzchni naczynia.
”Zrobiłam to!” pocieszyła się w myślach.
Przypomniała sobie o dziewczynach. Nie było ich. Teraz to Ula zaczynała się martwić. Nie wzbudzając niczyjego zainteresowania wyszła na korytarz.
Cisza uderzyła ją po uszach. Poczuła się opuszczona i przerażona. Po plecach przejechał jej dreszcz zgrozy. Szybko cofnęła się do oświetlonego pomieszczenia i odezwała się:
- Czy ktoś mógłby pójść ze mną zobaczyć co dzieje się z dziewczynami, które poszły do łazienki? Nie ma ich dłuższy czas, a sama się boję – przyznała na koniec ze wstydem.
- Ja pójdę! – odezwał się nagle Aleks. Wstał i podszedł do Uli.
Razem szybko przebyli długi, wąski korytarz i otworzyli drzwi do łazienki.
- O matko... – krzyknęła Ula, po czym jej krzyk przerodził się w okrzyk zgrozy i przerażenia.
Na podłodze siedziały dwie postacie oparte o ścianę. Były to bez zwątpienia Iza i Ala.
Siedziały i wpatrywały się pustymi oczami w przestrzeń.
Nie żyły.
Aleks przyciągnął do siebie Ulę i mocno przytulił. Kobieta szlochała i wiszczała, nie wiedząc co robi.
- Zaczekaj tu. Ja pójdę po pomoc.
Oddalił się szybkim krokiem. Ula zdała sobie sprawę, że znajduje się w towarzystiwe dwóch trupów, dwóch martwych przyjaciółek. Chciała uciekać, jednak paniczny strach paraliżował jej nogi. Wtedy przybiegł Aleks. Rzucił tylko:
- Chodź ze mną i zasłoń oczy – po czym pociągnął Ulę za sobą. Zszokowana, nie stawiała oporu, tylko zakryła wolną ręką oczy.
Po drodze słyszała wiski i krzyki. Nie zastanawiała się, kto i czemu je wydaje. Miała pustkę w głowie. W końcu Aleks usadowił ją na krześle i pozolił otworzyć oczy. Znajdowała się ponownie w sali konferencyjnej, jednak to pomieszczenie było odległe o wiele galaktyk od miejsca sprzed piętnastu minut. Nastrój znikł, czuć było tylko unoszący się w powietrzu strach.
Oprócz niej siedziały tutaj tylko Viola i Dorota. Wpatrywały się w nią szeroko rozwartymi oczami. Siedziały skulone, przytulone do siebie, chociaż nigdy za sobą nie przepadały. Ich wzrok wyrażał jasno, że chce, aby Ula do nich dołączyła – tak będzie im raźniej.
- Dorota! Chodź tu pomóc! – to głos Aleksa dobył się z korytarza.
Wszystkie trzy, jak na komendę, równocześnie powstały. Wyjrzały przez drzwi. Widok ich przeraził. Na podłodze leżały dwa ciała z rozskrzyżowanymi rękoma – Pshemko i Sebastian. Na szyi projektanta ujrzeli czerwony ślad, po wkuciu igłą.
Dorota niepewnym krokiem ruszyła w jego kierunku.
Ula i Viola szybko cofnęły się i zamknęły za sobą drzwi. Usiadły pod ścianą i przytuliły się do siebie.
- No to mamy tu gdzieś seryjnego mordercę – powiedziała dziwnie twardym głosem Ula.
- No chyba... – zgodziła się niepewnie Violetta.
- Tylko kto?! Myślisz, że to mógłby być... na przykład Aleks?
- Ja nic nie wiem – odpowiedziała Viola. W tym samym momencie dał się słszećzduszony krzyk i huk padającego ciała. Kobiety natychmiast poderwały się i wybiegły na korytarz.
Na podłodze straszyły już cztery trupy. Aleks i Dorota wyglądali upiornie, zwłaszcza przy wspomnieniu ich żyjących sprzed kilku minut.
Ula i Viola równocześnie ruszyły biegiem w stronę wind. Ich ruchy przypominały ostatni sprint koguta dookoła podwórka, gdy odrąbie mu się głowę.
Drzwi windy otworzyły się jak na komendę.
Niewiarygodnie jasne, niebieskie oczy wpatrywały się w nie ze śmiertelnym zaciekawieniem.
- Niespodzianka – głos tajemniczej postaci ubranej na czarno i z twarzą ukrytą za kominiarką był stalowy i pewny.
Z piersi Uli wyrwał się wrzask paniki i zbliżającej się śmierci. Czuła to całym ciałem. Instynkt przetrwania podpowiedział jednak, aby jak najszybciej uciec. Ula szybko odwróciła się na pięcie, Viola zrobiła to samo.
- A kuku! – szepnął upiornym głosem Aleks, wpatrując się fanatycznie w obie postacie.
Ula poczuła, że to już koniec. Że nic więcej już w życiu nie zrobi. Właściwie to nawet się cieszyła.
Zemdlała.

                        ***

- Nieźle, nieźle… - Aleks z zadowoleniem obejrzał ciąg siedmiu postaci, opartych o ladę recepcji. Do grona imprezowiczów dołączył ochroniarz, pilnujący wejścia. Wszyscy mieli tak samo niewidzące oczy i oklapłe członki.
- To co, idziemy? – zapytał się po chwili tajemniczej postaci.
- Idziemy – odpowiedział tamten, po czym szybkim ruchem wbił ukryty za pazuchą nóż prosto w brzuch Aleksa – do piekła – dokończył.

                        ***
- Proszę pana, możemy spotkać się za godzinę w kawiarni „El Mundo”? Muszę z panem porozmawiać… Jest sprawa.

                        ***

- Więc tak się to mniej więcej przedstawia. Jest pan w tej sprawie bardzo potrzebny, jednak nie wiemy, czy da pan radę. Wspomnienia i tym podobne… Może to się okazać za trudne.
- Nie, zgadzam się. Chcę móc pomagać w jak największej ilości spraw. Przyjmuję to zlecenie.
- Dobrze. Jednak na wszelki wypadek, będzie panu towarzyszył zastępca, uczeń i jednocześnie obserwator. Będzie codziennie zdawał nam relacje z przebiegu dnia.
Twarz drugiego rozmówcy przez chwilę wykrzywiła się w grymas niezadowolenia, jednak szybko ustąpił miejsca miłemu, towarzyskiemu uśmiechowi. Nikt nawet nie zauważył tej chwilowej zmiany nastroju.

                        ***

- Musimy jak najszybciej dowiedzieć się, co tu się wydarzyło, nim ślady zostaną zatarte lub czas nam je zabierze – powiedział detektyw Marek Dobrzański stanowczym , pouczającym tonem, kierowanym w stronę młodego adepta sztuki detektywistycznej, stojącego u jego boku.
Marek był szpakowatym mężczyzną po pięćdziesiątce, z siwizną, która zaborczo zagarnęła całą powierzchnię włosów. Ubrany był w luźną koszulę i brązową marynarkę. Jego wzrok skierowany był cały czas na osiem trupów wpatrujących się w nicość.
- Czy nikt nie mógł im zamknąć oczu?! – zbulwersowany Adam Fielicki ruszył pewnym krokiem w stronę umarłych.
- Stój – rzucił twardo Marek. Adam stanął jak wmurowany. Odwrócił twarz i pytającym wzrokiem wypowiedział bez słów pytanie: „Dlaczego?”.
- Nie dotykamy ich. Mógłbyś przez przypadek zniszczyć jakiś dowód. Ech, musisz się jeszcze wiele nauczyć…-westchnął, podając w stronę asystenta parę gumowych rękawiczek.
- Od czego zaczynamy? – zapytał się już spokojnym głosem Adam.
- Musimy dowiedzieć, kto ich pierwszy zobaczył i kiedy.
Ruszyli windą na dół. Zatrzymali się na trzecim piętrze. W gabinetach księgowości mieściła się aktualnie baza policjantów. Marek także dostał własne miejsce na uboczu, do zbierania dowodów i spokojnego przemyślenia.
Podeszli do policjanta siedzącego przy biurku, stojącym w najdalszym kącie gabinetu. Widać było, że to on tu dowodzi.
- Dzień dobry, nazywam się Marek Dobrzański i jestem tu, aby poprowadzić tę sprawę. – odezwał się, wysuwając rękę.
Policjant z wahaniem uścisnął ją, po czym wymamrotał „Miło mi”.
- Chciałbym dowiedzieć się, kto pierwszy zobaczył ofiary i o której to było porze.
Wyraźnie znudzony już policjant wskazał łóżko polowe, na którym leżała starsza pani, zapewne sprzątaczka. Jej twarz ciągle wyrażała przerażenie, jednak nad jej stanem psychicznym czuwał lekarz, siedzący na krześle obok i prowadzący zażartą dyskusję.
- Przepraszam na moment… - Marek poklepał lekarza po barkach.  Ten, zaskoczony, odwrócił się.
- Możemy porozmawiać z tą panią? Bardzo mi na tym zależy – słowa te zostały wypowiedziane z takim naciskiem, że lekarz bez wahania zgodził się.
- Dzień dobry, nazywam się Marek Dobrzański i jestem detektywem. Czy mógłbym zadać pani kilka pytań dotyczących… tego zdarzenia?
Sprzątaczka przytaknęła.
- Kiedy i jak zobaczył pani te… postacie?
- Jak zwykle przyszłam pierwsza do pracy. Drzwi były otwarte, na stanowisku ochroniarza nikogo nie było. Byłam już wtedy bardzo zdenerwowana. Wjechałam windą na piąte piętro… i zobaczyłam to. Prawie zemdlałam, jednak udało mi się zachować resztki spokoju. Zjechałam na parter i z telefonu ochroniarza zadzwoniłam po pomoc. To tyle – zakończyła swoją historię wstrząśnięta kobieta.
- Dziękuję za pomoc, do widzenia – odrzekł uprzejmie Marek i wyszedł z gabinetu. Razem z biegnącym za nim pomocnikiem wsiadł do windy i pojechał ponownie na piąte piętro.
Przez dłuższy moment przypatrywali się ofiarom. W końcu usiedli na sofę.
- Widać tu pewny związek – rzekł nagle Marek. Adam zaciekawionym wzrokiem spojrzał na twarz detektywa.
- Przyjrzyj się – Ludzie poustawiani są w pewnej kolejności. Zabójca mógł być chory psychicznie, a właściwie na pewno był, więc musiał mieć motyw, który wykorzystał w zabójstwach. Otóż – Iza siedzi obok Pshemko, Viola obok Sebastiana, Ela obok ochroniarza, jedynie Aleks i Ula siedzą oddaleni. Tamte pary – symbolizują miłość i bliższe relacje. Mimo że Ela nie ma związku akurat z tym ochroniarzem, to ten martwiak obok niej jest alegorią jej zmarłego męża, Władka. Kontynuując, z pary Aleks – Ula możemy wykluczyć powtarzalność zbrodni, a tym samym specjalnie ukazany związek Aleks – Ula. Otóż Aleks ma ranę kłutą na brzuchu, co jest powodem zgonu. Reszta została zamordowana przy pomocy wprowadzeniu do ciała jakiejś substancji,, myślę że polimerychlorku metanu*, co wywołało natychmiastowy zgon i przerzedzenie się włosów – Marek wskazał włosy, leżące wokół martwych ciał. Musiały pochodzić z ich głów.
- No i co z tego? – Adam nadal nie rozumiał.
- Czyli zabójca w swojej „pracy” musiał mieć na uwadze szczególnie Urszulę Cieplak. Myślę, że możemy już podejść i przyjrzeć się ciałom z bliska – powiedział Marek, widząc potakujące gesty fotografów kończących właśnie swoje zadania.
Twarze trupów z bliska wyglądały jeszcze upiorniej. Adam, nie wytrzymując martwego wzroku, palcami przymknął powieki Izy, która szczególnie wzbudzała w nim dreszcze. Marek spojrzał na niego karcąco, jednak w duchu zgadzał się z czynem zastępcy.
Marek bardzo uważnie oglądał wszystkie twarze, zbierał próbki śliny, krwi i śladów substancji przy miejscach wkucia. Próbował zbierać jakieś odciski palców na ubraniu, jednak zupełnie bezskutecznie. W końcu zaczął świecić podręczną latareczką w oczy każdej osoby. Przy Uli zatrzymał się na dłużej. Fachowym ruchem wyjął z jej oczu soczewki i włożył do specjalnie przygotowanego pojemnika.
- Hhmmm… Po stopniu zeschnięcia się soczewek wnioskuję, że nie były nawadniane przez oczy od… około dwunastu godzin, czyli zgon nastąpił o północy z dnia wczorajszego na dzisiejszy.
- Skąd wiesz tyle o soczewkach? – zapytał się nagle Adam.
- Yyy… Robiłem kiedyś eksperymenty i zresztą miałem kiedyś kurs… - odparł wymijająco – A ty nie bądź taki ciekawy – rzucił karcące spojrzenie swoimi mądrymi, zielonymi oczami.
- Dobrze, tak chciałeś się zapytać – spokorniał Adam.
Zeszli na dół, aby obejrzeć nagrania z monitoringu. Zastała ich jednak niemiła niespodzianka. Gdy policjant włączył nagranie z zeszłego wieczoru, zobaczyli tylko biegające mrówki. Mieli już rezygnować, gdy nagle na ekranie pojawiły się niesamowite niebieskie oczy, wpatrujące się w nich i niemal ich przewiercające na wskroś. Obraz trwał chwilę, poczym znowu powróciły mrówki.
- To tylko tyle… - szepnął przejęty Adam.
- To aż tyle – poprawił go Marek – Każdy ślad to o krok bliżej do rozwiązania.
Ruszyli do swojego stanowiska na trzecim piętrze. Rozsiedli się wygodnie w obrotowych fotelach, przekąsili kilka przygotowanych wcześniej kanapek i zaczęli naradę.
Po godzinie zażartej dyskusji, ustalili mniej więcej bieg wydarzeń. Wiedzieli, że poprzedniego wieczoru odbywały się urodziny. Zabójca pokręcił system zabezpieczeń, zamordował ochroniarza, po czym nagrał się na taśmę. Następnie wjechał na górę i rozpoczął swój mord.
- Przypuśćmy, że ofiary padały w kolejności ustawienia, co nawet by się zgadzało. Ochroniarz, Ela, Iza, Pshemko, Sebastian, Dorota, Viola i dwie ostatnie zagadkowe postacie. Jeśli moje przypuszczenia są dobre i celem głównym była Ula, to na pewno zostawił ją na deser. I na pewno tego wszystkiego nie zdziałał w pojedynkę. Możemy więc przypuścić, że pomógł mu, a następnie…
- Skąd wiesz, że to był mężczyzna?  - przerwał mu nagle Adam.
- To tylko moje przypuszczenie – obronił się Marek.
- Powiedziałeś to takim tonem, jakbyś był tego pewien – upierał się Adam.
- Dzieciaku, czy ty naprawdę jesteś taki denerwujący, czy tylko udajesz? – wybuchnął detektyw.
- Udaję – odparł spokojnym tonem Adam, po czym wyjął czystą, białą kartkę. Na jej szczycie napisał tytuł: „Podejrzani”
- Szybko się uczysz – mruknął Marek, czując się w tej chwili w roli ucznia oglądającego wyczyny mistrza.
- Mniej gadania, więcej pracy – odrzekł Adam i tym razem to on zaczął wywód – Przyjmujemy, że twoja teza z Ulą jest słuszna. Tak więc, możemy przypuścić, że to jakiś jej znajomy lub dawny zakochany. Znasz kogoś takiego?
Po plecach Marka skoczył dreszcz. Nie dał tego poznać po sobie.
- Oczywiście. Bartek Dąbrowski – jej dawny chłopak, mógł po latach się zemścić. On pasuje do takiego typa. Piotr Sosnowski – zawiedziony ukochany, chociaż nie przypuszczam, żeby to był on. No i oczywiście każdy, kto mógł wtedy wejść i dla zabawy pozabijać kilku ludzi…
- No i ty – lodowatym głosem wycedził Adam, świdrując wzrokiem Marka.
- Nie, ja nie. Możesz mi uwierzyć na słowo, że nie miałbym powodu robić tu taką masakrę. Owszem, łączyły mnie kiedyś bliskie stosunki z Ulą, jednak po nieudanym roku wspólnego partnerstwa rozeszliśmy się w zgodzie. Widzisz tu jakiś motyw? Mi samemu jest ciężko patrzeć na trupy przyjaciół, jednak wiem, że najwięcej wiem o firmie, ludziach i o tym, co mogło tu się stać. Dopisz jeszcze sprzątaczkę, która zobaczyła ofiary.
Adam spojrzał na niego zdziwionym wzrokiem, jednak nie zaoponował. Napisał jej imię i powiesił kartkę na specjalnej tablicy.
- No cóż, na dzisiaj to wszystko. Do widzenia powiedział Marek wstając. Uścisnął rękę partnera i wyszedł.

                        ***

-Halo?
- To on. Nie ma innego wyjścia. Przyczepił się, a nawet pokazywał niesamowitą zdolność przewidywania zdarzeń. Zwińcie go.

                        ***

Policyjny radiowóz podjechał wprost pod nogi przechodzącego przez ulicę Marka. Dwóch funkcjonariuszy popisało się szybką, czystą i akcją i detektyw leżał już na masce z rękami w kajdankach.
- Witam panie Dobrzański, a może panie morderco? – zapytał się Adam, wychodząc pewnym krokiem z firmy. W ciągu chwili zmienił się nie do poznania. Widać było, że jest pewnym siebie doświadczonym detektywem.
Podszedł do Marka i wsadził mu dwa palce między oczy. Po chwili wyjął je. Leżały na nich dwie okrągłe soczewki.
Marek patrzył teraz na nich diabelsko niebieskimi oczami.
- Widzisz, już wiadomo skąd znałeś się na soczewkach. Zresztą wszystko wiadomo. Już od dawna mieliśmy cię na obserwacji, jednak stale nam uciekałeś, rozwiązując coraz to nowe sprawy. Byłeś naprawdę doświadczonym detektywem, szkoda, że tak skończyłeś. Ale cóż, myślałeś, że poprzez zwykłe udawanie detektywa zainteresowanego sprawą rozwiążesz wszystko? Nie z nami te numery.
Marek został wpakowany do radiowozu, a Adam poprawił tabliczkę: „Adam Fielicki. Interpol.”

*Substancja wymyślona na potrzeby opowiadania (przyp. Autora)

Offline

 

#7 2010-01-23 00:05:11

root
Administrator
Zarejestrowany: 2009-01-14
Posty: 4798

Re: VI Konkurs literacki - prace literackie

Autor nr 6

Talizman

23 grudnia 2002 r.

Droga Uleńko,
pragnę podarować Ci w tym wyjątkowym dniu najcenniejszą pamiątkę jaką kiedykolwiek miałam. Chcę, żeby ten wisiorek przypominał każdego dnia o tym, jak bardzo Cię kochałam. Nawet wtedy, kiedy mnie z tobą nie było. Czuwałam nad tobą i zawsze pragnęłam miłości dla Ciebie. Byłaś moją najwspanialszą córką i zawsze wiedziałam, że kiedy dorośniesz staniesz przed ołtarzem z osobą, którą darzysz prawdziwym uczuciem. Miłości nie można się wyuczyć i jej zaplanować. Ona przychodzi sama. Dowodem tego, że istnieje jesteś Ty i Twój przyszły mąż. Jakkolwiek się nazywa, jest największym szczęściarzem chodzącym po tej ziemi.
Żałuję, że nie będę mogła Ci wręczyć tej pamiątki osobiście. Czuję, że nie zdążę tego wykonać. Wisiorek ten otrzymałam w dniu ślubu od Twojego ojca. Nasza miłość była bardzo silna i właśnie takiej miłości chciałabym dla Ciebie.
Jest tyle spraw, o których chciałabym napisać w tym liście, lecz chciałabym się skupić na tych najważniejszych. Opiekuj się tatą, Jaśkiem i Twoją małą siostrzyczką. I nie gniewaj się na ojca, że wręcza ci tą kopertę dopiero teraz. To był tylko i wyłącznie mój pomysł. Jedynie tak mogłabym wręczyć ten prezent.
Pragnę, żebyś była szczęśliwa. Obiecaj mi to Ula i dotrzymaj słowa.
Mama.


Odczytała list zaraz przed wyjściem do ołtarza. W kościele grano już pieśń, a zaproszeni goście wyczekiwali panny młodej. Marek stojący przed ołtarzem także się niecierpliwił. Chciał mieć tą uroczystość już za sobą, gdyż bardzo się denerwował. Bał się tego, że jego ukochana w pewnej chwili zmieni zdanie, bo przecież "Kobieta zmienną jest". Ula wciąż siedziała w Zakrystii. Wiedziała, że powinna już wyjść, ale obecnie nie czuła się na siłach. Siedziała tu, w białej sukni czytając list od swojej nieżyjącej już matki. Data na liście wskazywała, że został on napisany po narodzinach Beatki.
W oczach miała łzy. Nie mogła uwierzyć w to, że ojciec tak długo nie wspomniał o nim ani słowa. Poniekąd była nawet na niego zła za przemilczany list, ale to minęło z chwilą, gdy zobaczyła niedbałe pismo matki. Spieszyła się z napisaniem listu. Cały czas pamiętała o tym, że kiedyś jej najstarsza córka dorośnie i założy własną rodzinę. Pragnęła jej szczęścia i to było bardzo miłe.
Czuła jej obecność przez całe swoje życie. Cieszyła się więc i teraz, gdy nastał najważniejszy dzień w jej życiu. Wyczekiwany przez jej ojca od dawien dawna.
Trzymała w dłoni wisiorek, czując kolejny przypływ łez. Był on piękny. Srebrne małe serduszko na cienkim łańcuszku, które trzymała na dłoni wywoływało w niej wiele emocji. Szczęście, wzruszenie, a nawet żal. Ona nie mogła przecież cieszyć się nią tym dniem. Nie mogła po prostu podejść i przytulić swojej własnej córki. To było niesprawiedliwe, pomyślała ze smutkiem.
Nagle drzwi się otworzyły, a w nich stanął ubrany w ciemny garnitur mężczyzna. Marek patrzył na nią, niepokojąc się.
- Ula? - podszedł bliżej. - Masz wątpliwości, prawda?
- Marek - wyszeptała, przykładając dłoń do ust w zabawny sposób. - Nie powinieneś widzieć mnie przed ślubem! - roześmiała się, ocierając ze wstydem łzy.
- Nie wierze w przesądy. Co się dzieję? - uśmiechnął się, obejmując ramieniem swoją przyszłą żonę. Bez wątpienia, była ona piękna. Jeszcze bardziej, niż po magicznej przemianie Pshemko. Miała na sobie długą białą suknię ślubną. Nie przypominała ona tej z pokazu, na którym przyznał się do swoich uczuć, gdyż suknia ta była jeszcze piękniejsza. Wszystko od tego dnia uległo zmianie. Po roku od zaręczyn mieli stanąć przed ołtarzem, by przyrzec Bogu i wszystkim zgromadzonym na tej uroczystości, że zrobią wszystko, by ich małżeństwo było trwałe i szczęśliwe. To nie byle jaka przysięga. Był jednak przekonany, że czeka ich dobra przyszłość. Przecież kochali się szczerze i wytrwali wszystkie przeciwności losu. Ich miłość jest prawdziwa. Nic i nikt jej nie zniszczy.
- Dzisiaj otrzymałam od taty list. Napisała go moja mama. - powiedziała, podając mu białą kopertę. - Życzyła nam szczęścia - uśmiechnęła się smutno.
Pozwoliła Markowi przeczytać list. Był jej miłością i nie miała zamiaru ukrywać tego faktu. Gdy skończył objął mocniej Ulę i wyszeptał, że jej mama była wspaniałą kobietą. Naprawdę tak myślał i ubolewał nad faktem, że nigdy nie miał okazji jej poznać. Na pewno dzięki niej szybciej by się zeszli. Pomogłaby mu odzyskać swoją ukochaną.
- Tak bardzo za nią tęsknię. - wtuliła się w jego ramiona. - Chciałabym, żeby była tu przy mnie.
- Kochanie. Ona jest przy tobie przez cały czas. Nie widzisz jej, ale czujesz. - powiedział, ocierając dłonią jej łzy. Uważał, by nie rozmazać jej perfekcyjnego makijażu. Po ślubie mają zdjęcia, więc jak wyglądałaby Ula z czarnymi smugami pod oczami?
Wolał jej tego oszczędzić.
- Masz rację, ale tak ciężko mi bez niej. - wyszlochała, spoglądając mężczyźnie w oczy. Marek pochylił się, składając na ustach swojej przyszłej żony delikatny pocałunek. Pocałunek ten był wyjątkowy sam w sobie. Trwał nieco dłużej, niż zazwyczaj. Zawierał chyba każdą cząstkę emocji i uczuć.
- Dziękuję. - westchnęła.
- Wiesz, że jesteś najpiękniejszą panną młodą, jaką kiedykolwiek widziałem?
- Mówisz tak tylko dlatego, ponieważ za chwilę staniemy przed ołtarzem.
- Nie możesz się już wycofać. - roześmiał się.
- Nawet o tym nie pomyślałam. - uśmiechnęła się. - Zapnij mi ten wisiorek. Chce go mieć w tym dniu na sobie.
- To oczywiste. - powiedział, odbierając prezent od matki. Chwilę później srebrne serduszko zdobiło jej szyję. Dopiero teraz była gotowa na kolejny krok, jakim było poślubienie Marka. Był to niewątpliwie najukochańszy facet, któremu nie bała się oddać własnego serca.
On widział jak się uśmiecha i to było coś o wiele lepszego, niż największe bogactwo, które mógł osiągnąć.
- Idziemy? - spytał, biorąc ją za rękę. Zacisnęła ją, unosząc pewnie wzrok. Kiwnęła głową na znak gotowości. Wzięła głęboki oddech.
Otworzyli drzwi z wielkim rozmachem. Wywołali tym nie jedno spojrzenie gości. W pierwszej ławce dostrzegła swoich najbliższych. Tata z Alą, Beatka, Jasiek z Kingą. Obok stał Maciek z Anią. Wyglądali na szczęśliwą parę. Zwłaszcza dlatego, że Ania spodziewała się dziecka. Była w szóstym miesiącu ciąży. Brzuszek był już widoczny. Maciek uśmiechał się dumnie.
W drugiej ławce stali rodzice Marka. Trzymali się za ręce, a raczej Helena ściskała dłoń swojego męża. Była podekscytowana tym, że jej jedyny syn w końcu stanie przed ołtarzem. Pokochała Ulę od pierwszego ich spotkania i cieszyła się, że to właśnie ona zostanie jej synową.
Świadkami tejże uroczystości miała być Violetta wraz z Sebastianem. Stali oni przed ołtarzem, czekając na idącą parę przyjaciół. Ula wyglądała jak prawdziwy anioł. Uśmiechała się, w oczach mając łzy. Violetta, która była miłośniczką ślubów, w dłoni trzymała chusteczkę. Zapowiadał się naprawdę piękny ślub.

~*~

Miłość cierpliwa jest,
łaskawa jest.
Miłość nie zazdrości,
nie szuka poklasku,
nie unosi się pychą;
nie dopuszcza się bezwstydu,
nie szuka swego,
nie unosi się gniewem,
nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości,
lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi,
wszystkiemu wierzy,
we wszystkim pokłada nadzieję,
wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje!


Wspominając wspólne życie pięćdziesiąt lat po ślubie, Uli wciąż przechodzą dreszcze. Pamięta każdą chwilę spędzoną ze swoim mężem i czuję się naprawdę szczęśliwa. Wracając pamięcią do dnia ślubu, wciąż przed oczami ma chwilę, w której odczytywała list od matki. Pisała w nim, że pragnie by była szczęśliwa. Jej życzenie spełniło się. Nie mogła być szczęśliwsza. Marek był miłością jej życia od pierwszego spotkania i nic w tej kwestii się nie zmieniło. Gdy patrzyła na swoją piękną córkę, w oczach stawały jej łzy. Aleksandra była najwspanialszym darem od Boga, jaki kiedykolwiek mogli dostać. Oczywiście teraz była dorosłą kobietą i miała swoje dzieci, ale wciąż była oczkiem w głowie Marka i jej.
Nigdy nie przypuszczała, że właśnie tak potoczy się jej życie.
Pięćdziesiąt lat później, siedząc przy kominku, wciąż miała na sobie wisiorek, który dostała w dniu ślubu. To był talizman szczęścia. Jej szczęścia.

Offline

 

#8 2010-01-23 00:05:56

root
Administrator
Zarejestrowany: 2009-01-14
Posty: 4798

Re: VI Konkurs literacki - prace literackie

Autor nr 7

Każdy chce być Włochem

- Co za palant, no, po prostu ręce mi opadają!
- Marek, uspokój się, bo ci zaraz jakaś żyłka pęknie... – próbowała poskromić jego wybuch gniewu Ula, ale równie dobrze mogłaby próbować przekonać Pshemko do rozpoczęcia płomiennego romansu z panią Dąbrowską. Dobrzański wpadł do gabinetu pani prezes, nie pytając jej nawet o pozwolenie.
- Czy on naprawdę zapomniał, że jest w połowie Polakiem?! – spytał sam siebie, odwracając się nagle w stronę Uli w tak energiczny sposób, że ta aż odskoczyła ze strachu. – Nie dość, że usiłował sprzedać pakiet większościowy F&D jakimś zaplutym Włochom, to jeszcze śmie nas wyzywać od zawszonych Polaczków! Co za wredna, italska menda! Nacjonalista i ksenofob!
- Marek, spróbuj się uspokoić, proszę. – Cieplakówna podeszła do mężczyzny i pogłaskała go delikatnie po włosach. Od kiedy wszystko sobie wyjaśnili i, ku ogólnej radości rodziny i przyjaciół, pogodzili się, nie mogła się powstrzymać od takich drobnych, czułych gestów skierowanych pod jego adresem. I tym razem nie zamierzała nawet próbować się pohamować. – Sytuacja opanowana, wrogie przejęcie powstrzymane, nie ma powodu do takich nerwów...
- Ależ są, moja droga! – syknął zjadliwie Marek, opadając ciężko na kanapę. – Trzeba zrobić coś, żeby pożałował, że w ogóle otwierał tę swoją niewyparzoną gębę. Damy mu nauczkę. Wchodzisz w to? – spytał ukochaną, patrząc na nią z nadzieją. Ula zamyśliła się na moment, marszcząc czoło, po czym odparła:
- Ale nie zamierzasz mu zrobić krzywdy, prawda? Bo jeśli tak, to ja umywam ręce...
- W pierwotnym planie miałem kastrację bez znieczulenia, ale mam inny pomysł...

***
Alessandro Febo, lat trzydzieści, urodzony w Mediolanie z matki Polki i ojca Włocha, zmierzał właśnie dziarskim krokiem w stronę windy, chcąc udać się na piąte piętro siedziby Febo&Dobrzański. Całą swą uwagę skupił na drzwiach dźwigu osobowego, ale jego doskonały zmysł obserwacji, jak również wrodzona i nieomylna intuicja kazały mu przystanąć i spojrzeć w lewo. Przyklejony do jego twarzy wredny uśmieszek zniknął natychmiast, bowiem jego wzrok padł na pana Władka, który wyglądał co najmniej niecodziennie. Miał na sobie koszulkę piłkarskiej reprezentacji Włoch, a na ladzie przy jego stanowisku pracy Febo dostrzegł niewielkich rozmiarów zielono-biało-czerwona flagę, poruszaną lekkim przeciągiem, mającym swe źródło w nieustannie rozsuwających się drzwiach wejściowych.
- Buongiorno, signor direttore – przywitał się ochroniarz z uśmiechem. Aleks zamarł i wybałuszył oczy.
- Buon... giorno... – odparł po chwili, odrobinę wytrącony z równowagi. – Mi scusi... Chyba się nie wyspałem – pomyślał, podejmując w ten sposób decyzję o skierowaniu swych pierwszych tego dnia kroków w firmie do bufetu w celu spożycia mocnej kawy. Wpadł do windy, wcisnął zdecydowanie zbyt mocno trójkę i oparł się plecami o ścianę. Westchnął ciężko i poluzował krawat, który nie wiedzieć czemu zaczął wpijać mu się boleśnie w szyję. Winda zatrzymała się, dając o tym znać cichym piknięciem. Aleks wyszedł, nie czekając nawet, aż drzwi rozsuną się do końca. Pogalopował w kierunku bufetu, mijając dwie modelki, rozprawiające o czymś z zapałem.
- ... no i on mnie wtedy, rozumiesz... – Zachichotały jak wariatki, a Febo postanowił je zignorować, jak to miał w zwyczaju. Po paru krokach przystanął jednak ponownie i odwrócił się powoli w ich stronę, analizując to, co przed chwilą usłyszał. Nie było wątpliwości, że modelki rozmawiały o jakichś bzdurach, które go zupełnie nie obchodziły. Jasnym było, że robiły to w zrozumiałym dla niego języku. Tylko dlaczego tym językiem był włoski?!
Przetarł szybkim ruchem oczy, sprawdzając, czy aby na pewno obudził się tego ranka i czy przypadkiem dalej nie śpi. Gdy upewnił się, że ten koszmar jest jednak prawdą, z cichym jękiem otworzył drzwi do bufetu, bojąc się, co za nimi zobaczy. Nie mylił się.
Bufet zmienił się nie do poznania. Jego wystrój przypominał ten charakterystyczny dla maleńkich, włoskich kawiarenek, w których tak uwielbiał przesiadywać w czasach studenckich. Przy stolikach siedzieli rozprawiający, o zgrozo, w łamanym włoskim pracownicy firmy, popijający leniwie aromatyczną kawę i zajadający się Cantuccini, ulubionymi ciastkami Pauliny. Tu i ówdzie mężczyzna dostrzegł nawet kilka osób wcinających na śniadanie risotto czy też spaghetti, walając sobie całe ubranie sosem bolognese.
Gdy wszyscy obecni zauważyli przybysza w osobie Aleksa, przybrali na twarze jednakowe, uprzejme uśmiechy.
- Buongiorno! – krzyknęli chórem, na co Febo wypadł z bufetu w popłochu, starając się wyjaśnić racjonalnie to, co właśnie zobaczył. Ku swojej własnej rozpaczy nie zdołał tego zrobić.
Drzwi windy ponownie się za nim zasunęły, a on wcisnął piątkę. Planował zaszyć się na resztę dnia w swoim gabinecie i przeczekać to szaleństwo. Był tak wzburzony, że nie myślał wystarczająco jasno, by przewidzieć, co może go spotkać na głównym korytarzu firmy. Gdy tyko znalazł się na miejscu i jego oczom ukazał się rzeczony korytarz, jęknął z przerażeniem i zarządził taktyczny odwrót.
Wszystkie ściany obwieszone były włoskimi flagami. Za plecami Daniela powieszono nawet włoskie godło. W tle natomiast rozbrzmiewał dochodzący z niewiadomego źródła hymn ojczyzny Francesco Febo. Jakby tego było mało, dopadła do niego Violetta, wykorzystując fakt, że winda zdążyła już odjechać i Aleks stracił ostatnią szansę na ucieczkę. Kubasińska miała na sobie coś na kształt togi, przywołującej na myśl stroje mieszkańców starożytnego Rzymu.
- Aleks, jesteś nareszcie! – krzyknęła, szarpiąc go za rękaw. – Wyczekujemy cię jak kania pszczół!
- Mnie? – pisnął mężczyzna, przerażony zbliżającym się do niego tłumem, zaciskającym się w coraz to węższe koło wokół jego osoby. – A w jakim celu?!
- Chcemy, żebyś skosztował pizzy, którą razem z Ulą piekliśmy od samego rana specjalnie dla ciebie, mio caro – wyjaśnił Marek, który ni stąd, ni zowąd zjawił się tuż przed nim z Cieplakówną u boku. Dziewczyna trzymała tacę z parującą i bardzo smakowicie pachnącą pizzą, ale to nie ona przykuła uwagę mężczyzny. Marek miał bowiem na sobie ciemne spodnie, koszulkę w poziome, biało-czarne pasy, słomkowy kapelusz i czerwoną apaszkę na szyi. Aleks od razu zgadł bez pudła, jaki był zamysł tej niezwykłej stylizacji byłego prezesa – Dobrzański przypominać miał weneckiego gondoliera.
Dyrektor finansowy bez wahania, ale za to z rosnącym przerażeniem pomieszanym z obrzydzeniem przedarł się przemocą przez tłum, biegnąc w kierunku swojego gabinetu. U jego drzwi zastał Adama Turka. Po raz pierwszy w ciągu ich wieloletniej współpracy Febo szczerze ucieszył się na widok swojego podwładnego. W swoim nudnym, szarawym garniturze i kontrastującym z nim ekstrawaganckim krawacie Adam zdawał się być dla niego ostoją spokoju i normalności. Jedyną niezwykłą rzeczą w jego zachowaniu wydawał się być fakt, że mężczyzna stał po prostu bez ruchu z zamkniętymi oczami, nic nie mówiąc, przechyliwszy się odrobinę do przodu. Aleks podszedł do finansisty i szturchnął go palcem w ramię. Turek nie zareagował, tylko zacisnął mocniej powieki.
- Adam, co z tobą? – zapytał Febo, lekko już zirytowany. – Może mi wyjaśnisz łaskawie, co za cyrk urządzili ci kretyni tam na korytarzu i w bufecie? – rzekł, wskazując kciukiem za siebie. Nie otrzymawszy odpowiedzi od wciąż niewzruszonego w swym znieruchomieniu Adama, potrząsnął nim i ponowił pytanie. – Turek, co się z tobą dzieje, do jasnej cholery?! Mówię do ciebie!
- Wybacz, Aleksiu, ale próbuję się skoncentrować – wycedził wreszcie przez zaciśnięte zęby Adam.
- Skoncentrować nad czym?
- Nie tak łatwo jest wczuć się w rolę Krzywej Wieży w Pizie.
- Co?! Ty też?!
- No pewnie! – odparł z entuzjazmem finansista. – Przecież każdy chce być Włochem!
Aleks zawył dziko i wypadł do swojego gabinetu, zatrzaskując za sobą drzwi i zamykając je na klucz. Nikt nie widział go do końca dnia.

***
Nikogo nie zdziwił fakt, że następnego dnia Febo nie pojawił się w pracy. Pokazał się dopiero dwa dni później, gdy upewnił się, że po włoskim szaleństwie w Febo&Dobrzański nie ma już śladu. Gdy go tylko zobaczyli, Ula i Marek ukradkiem przybili piątki, bo jasnym było, że osiągnęli zamierzony cel. Aleks zaprezentował się bowiem w biało-czerwonej koszulce w wielkim orłem w koronie na piersiach i napisem Polska – to brzmi dumnie! na plecach.
A na lunch zamiast spaghetti carbonara zamówił sobie kotleta schabowego, twierdząc z przekonaniem, że to jego ulubione danie.

Offline

 

#9 2010-01-23 00:06:59

root
Administrator
Zarejestrowany: 2009-01-14
Posty: 4798

Re: VI Konkurs literacki - prace literackie

Autor nr 8

Kurier widzi więcej – czyli tajemnicza paczka.


Wysoki blondyn z dumą spojrzał na swoje dzieło, którym była paczka gotowa do wysłania. Od godziny męczył się, aby zabezpieczyć bezcenny prezent dla przyjaciela. Jeszcze raz zmierzył wzrokiem paczkę, jedynie przez chwilę przeszła mu przez głowę myśl czy aby pudełko nie jest za duże. Jednak, jak szybko myśl pojawiła się w głowie blondyna tak szybko zniknęła. Pozostało tylko wpisać nadawcę i odbiorcę. Mężczyzna wziął do ręki długopis i wpisał wymagane dane.
Nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo ta paczka utrudni życie wielu osobom.

Znowu paczka na Lwowską, niewysoki drobny mężczyzna spojrzał ze zgrozą na obiekt. Od dawna przeklinał dzień w którym dostał nowy rejon. To miał być awans, mniejszy rejon, zaledwie kilka biurowców. Na początku wszystko układało się bardzo dobrze. Zwykła kurierska codzienność, zwykłe paczki, bez żadnych dziwactw. Współpraca z firmą F&D na początku była sielanką. Do czasu, gdy nie zaczęła tam pracować Violetta Kubasińska. Jego życie zmieniło się z dnia na dzień. Dzięki sekretarce prezesa Dobrzańskiego niepozorny kurier stał się bardzo częstym gościem. Nie był to człowiek sprawiający wrażenie szczególnie rozgarniętego. Jeśli zagubienie  miałoby mieć jakiś wygląd, to wyglądałoby właśnie jak on.  Zawsze wchodząc do firmy dziwił się, czemu ludzie tak biegają, śpieszą się. On był człowiekiem poukładanym, spokojnym. Przesyłka nawet ta z dopiskiem „pilne” niegdzie nie ucieknie przecież. 
Na szczęście nikt nigdy nie miał do niego o nic pretensji. Wiedział zbyt wiele. Można nawet powiedzieć, że ten niepozorny człowiek zna największe sekrety znanego domu mody. Gdyby tylko chciał prawdopodobna wiedza, jaką posiadał mogłaby pogrążyć niejedną osobę. Nie posiadał on jednak żadnej wiedzy, w każdym razie nie świadomie. Kurier bardzo ubolewał nad tym, że paczki zabierają mu cenną przestrzeń myślową w głowie potrzebną do innych celów. Tak jak przypuszczał paczka już przy próbie wejścia do windy zaczęła sprawiać problemy. Po dłuższym czasie mozolnego wpychania kurier zdołał wcisnąć przycisk numer pięć. W drodze na górę, co jakiś czas spoglądał na paczkę jak na wroga. Jego kurierski nos podpowiadał mu, że będą z nią problemy. Wyjście z windy okazało się o dziwo odrobinę łatwiejsze niż wejście, co kurier oczywiście przyjął z niepokojem. Nie miał zaufania do takich paczek ja ta, zawsze robią człowiekowi jakieś psikusy. Swoje kroki bez większego zastanowienia skierował do sekretariatu prezesa. Po przekroczeniu progu sekretariatu głośno oświadczył – Paczka dla prezesa Dobrzańskiego.
- Paczka? Jaka paczka? – Violetta patrzyła podejrzliwie na kuriera taszczącego ogromne pudło.
- Dla Marka Dobrzańskiego. – Odparł mężczyzna i spojrzał na Violettę. Po krótkim namyśle dodał. – Czy pani jest Markiem Dobrzańskim?
- Czy ja wyglądam jak mężczyzna? No niech pan mi się przyjrzy. – Violetta stanęła naprzeciwko kuriera, który patrzył na nią nieobecnym wzrokiem. – Pan się nie patrzy. – Oburzona Kubasińska poprawiła bluzkę w panterkę. Patrzy się pan czy nie? Od pracy mnie pan odrywasz.
- Wy tu ciągle zmieniacie coś. Prezesów zmieniacie, dyrektorów. Gabinety, nazwiska. Wole się upewnić czy pan Dobrzański to nie pani.
- No wiesz pan co? – Violetta mało nie eksplodowała ze złości. – Prezesa nie ma, wyjechał służbowo. Wróć pan za trzy dni.
- Jak to za trzy dni? – Kurier otworzył szerzej oczy. W jego głowie zaczęła krążyć myśl. Bardzo uparcie starała się wydostać z jego głowy. W końcu udało się jej. – Wrócę za trzy dni z wszystkimi paczkami dla pani. – Doskonale wiedział, że osiągnie tym swój cel.
- Po się awanturować od razu. Usiądzie tu sobie pan, a ja zadzwonię do Marka i spytam czy da radę wpaść do pracy. – Violetta wzięła do jednej ręki słuchawkę telefonu, a drugą wskazała wolne krzesło.
Godzinę później Marek wszedł szybkim krokiem do sekretariatu. Opis paczki nie pozostawił najmniejszych złudzeń, co do nadawcy, a krótki rzut oka na przedmiot potwierdził przypuszczenia. Marek westchnął głęboko, pokręcił z rezygnacją głową i gestem zaprosił kuriera do gabinetu.
- Ta paczka. – Kurier wskazał głową znienawidzony obiekt. – To na pewno od kobiety.
- Tak pan sądzi? – Marek wziął od kuriera list przewozowy do podpisania.
- No, bo ta paczka taka różowa jest.
- Nie różowa tylko w różowe aniołki i serduszka.
- Tak i one też są różowe. – Kurier w dalszym ciągu podejrzewał, że za tą paczką stoi jakaś mroczna siła. Aniołki i serduszka tylko to potwierdzały.
Marek nic nie odpowiedział, tylko zabrał się za rozpakowywanie paczki. Tak jak przypuszczał, aby dostać się do zawartości musiał przekopać się przez roczny zapas folii bąbelkowej. Kurier stanął w kącie gabinetu i z zaciekawieniem obserwował poczynania Marka. Ten wyciągał właśnie mniej więcej dziesiąty metr pianki polietylenowej. W pewnym momencie zamarł na widok rzeczy, którą Marek wyciągnął z pudełka. Nie mógł uwierzyć, że ktoś byłby zdolny do wsadzenia tak małej rzeczy do paczki przypominającej wielkością stojące nieopodal biurko. Właściwie, gdyby nie brak wnęki na nogi, mogłaby spokojnie pełnić jego funkcje.
Marek w przeciwieństwie do kuriera nie był zaskoczony tym, co wydobył z paczki. Nawet gdyby na paczce nie było aniołków i serduszek, ani podpisu. Wiedziałby doskonale, kto zapakował paczkę - Rut Pumpkin. Tylko on mógł wsadzić do paczki wielkości biurka dwudziestocentymetrowego misia. Kurier spoglądał z niedowierzaniem na pluszowe stworzenie w rękach Dobrzańskiego. Na zmianę otwierał i zamykał usta próbując coś powiedzieć. W jego kilkunastoletniej karierze pierwszy raz zobaczył takie zjawisko, a widział wiele dziwnych paczek. W końcu spytał lekko drżącym głosem Marka – Nie wygląda pan na zaskoczonego zawartością tego… pudełka.
- Mój przyjaciel to dość dziwny osobnik, nie może pojąć idei dobierania pudełka do wielkości pakowanego przedmiotu. – Marek z ciekawością przyglądał się brązowemu misiowi z kolorową kokardą. Po dalszych poszukiwaniach w końcu odnalazł kartkę od przyjaciela, która, tak jak przewidywał wyjaśniła tyle, co nic – Miś dla was, w sensie dla dziecka, na pewno się spodoba. – Tak na pewno spodoba się maleństwu, jak już pojawi się na tym świecie.
- To ja chyba pójdę. – Kurier skulił się lekko pod spojrzeniem Marka zaskoczonego jego obecnością w gabinecie. – Do widzenia. – Kurier poprawił czapkę na głowie i wyszedł z gabinetu Marka kręcąc głową.
Marek chwilę patrzył za nim i doszedł do wniosku, że taki kurier, wbrew pozorom widzi więcej niż inni.

Offline

 

#10 2010-01-23 00:07:45

root
Administrator
Zarejestrowany: 2009-01-14
Posty: 4798

Re: VI Konkurs literacki - prace literackie

Autor nr 9


Talizman.


Ile wypił? Nie chciał pamiętać. Dużo. Dużo za dużo. Były prezes poważnej firmy, zalany w pestkę i, niczym jakiś praski żulik, leżący na ławeczce w parku. W ich parku. Leżący i, z pijackimi łzami w oczach, wspominający najlepsze chwile swego życia. Chwile spędzone z kobietą, której nie doceniał, którą lekceważył, którą pokochał tak, że aż bolało. Kobietą, która już jutro ostatecznie go porzuci, odejdzie z innym, zniknie z zasięgu jego dłoni, z zasięgu wzroku… Tego nie dało się przetrwać na trzeźwo. Na nietrzeźwo zresztą też jakoś niebardzo. Tyle dobrego, że opary wypitych hektolitrów napojów mocno wyskokowych nieco stępiały ból i pomagały pogrążyć się w pięknych wspomnieniach...
- Ale się zaprawił. – Młody, stanowczy głos wdarł się w świadomość pogrążonego w różowych marzeniach Marka.
- No obywatelu, obywatelu… nieładnie, oj, nieładnie. – Drugi głos był znacznie starszy i miał zdecydowanie  milsze, sympatyczniejsze brzmienie.
- Teraz już się nie mówi „obywatelu” tylko „proszę pana”- w pierwszym głosie dźwięczały sarkastyczne nuty – chociaż dla tego… kogoś właściwsze byłoby „ej, ty”, jak sądzę.
- Dzidziuś, weź się tak nie ekscytuj, dobrze? Bo ci się mleczko pod nosem zsiądzie i kłopot będzie. – Starszy nagle przybrał surowy ton – Zapominasz chyba, chłopcze, że my tu nie jesteśmy od pogardzania i wyśmiewania, ale od chronienia, bronienia i pomagania. A może od moich „obywatelskich” czasów coś się zmieniło?
- Tak jest panie sierżancie! – młody był wyraźnie wystraszony – To jest, tak nie jest panie sierżancie. W sensie, że nic się nie zmieniło i w sensie…
- Przestańcie mi tu już z tymi bezsensownymi wywodami o sensie i bezsensie posterunkowy. Człowiekowi trzeba pomóc. Wieczory chłodne. W parku pełno młodzieńców w kapturach, a ten tu nie wygląda mi na zdolnego do samoobrony…
- Mi juszsz nicz nie pomoszeee… hic! – Marek z ledwością wyartykułował kilka słowopodobnych dźwięków.
Pochyleni nad nim policjanci wymienili spojrzenia zastanawiając się, co powinni zrobić.
- To co, wezwać brygadę RR i na Kolską? (*) – młody posterunkowy, zwany Dzidziusiem, był pełen zapału. W służbie był zaledwie od tygodnia i rwało go do działania, marzyły mu się bohaterskie akcje, strzelanina, brawurowe pościgi za groźnymi bandytami, ordery. Ostatnie na co miał ochotę to patrolowanie parków z Drągalem (taką ksywkę nosił jego starszy kolega) i ściąganie pijaczków z ławek.
- Powoli Dzidziuś, spokojnie. – Drągal tłumił uśmiech patrząc na kolegę. Pamiętał jeszcze czasy, kiedy sam był takim nieopierzonym, ale zacietrzewionym posterunkowym, dlatego traktował młodego pobłażliwie. -  Popatrz na tego faceta. Przyjrzyj mu się zanim wyciągniesz wnioski. Zobacz jaki ma garnitur, jaki zegarek, jakie buty. To nie jest żaden lump spod budki z piwem. Koleś jest przy kasie. Biznesmen jakiś. Wódą od niego jedzie, fakt. Lepiej, że zapił niż żeby zaćpał, nie sądzisz? Pewnie ma jakieś kłopoty i się chłopaczyna ululał na smutno. Sprawdzimy dokumenciki i odwieziemy bidulę do domciu.
- Ale…
- Nie aluj mi tu. Jak go tu zostawimy, jak nic go skroją. A on co zrobi z rana jak otrzeźwieje i zobaczy, że stał się lżejszy o portfel, zegarek i markowe obuwie? No co zrobi?
- Nie wiem. – Młody był naburmuszony. – Zdenerwuje się?
- A pewnie, że się zdenerwuje. Wkurzy się jak jasna cholibka i przydrepta gdzie? No gdzie? No na nasz własny komisariat się pofatyguje. Zawiadomienie złoży. O przestępstwie. A potem nasz 00 (**) co każe nam robić, no co?
- No… sprawców szukać?
- No właśnie. I przez cholerny tydzień będziemy w słońcu i słocie popylać po tym parku w tę i wewtę  i napastować spacerowiczów czy czegoś nie widzieli. Nie wiem jak ty, Dzidziuś, ale ja nie mam ochoty na taką kupowatą robotę. Zgadzasz się ze mną?
- Nie, no pewnie panie sierżancie. Jasna sprawa.
Drągal westchnął i pokiwał głową. No nie jest źle, może jeszcze z młodego będą ludzie.
- No, panie ładny – sierżant pochylił się nad drzemiącym słodko Markiem – to gdzie pana odwieźć, co?
Policjanci przeszukali kieszenie marynarki Dobrzańskiego. Dokumentów nie znaleźli, Marek zostawił je wraz z teczką w firmie.
- Hmm – Drągal podrapał się po swej potarganej, szpakowatej czuprynie. – No, kolego i co my teraz z tobą zrobimy…
Przez dłuższą chwilę potrząsali Markiem, a Dzidziuś nawet wymierzył mu siarczysty policzek zanim sierżant zdołał go powstrzymać. Nic nie pomogło. Dobrzański nie zamierzał opuszczać otchłani niebytu, w której pogrążył go alkoholowy sen. 
- Dobra nie ma rady. – Drągal podjął męską decyzję. – Zawieziemy go do firmy (*****). Na dołku (***) jest kilka wolnych apartamentów. Prześpi się, otrzeźwieje i pójdzie sobie grzecznie do domu.
Młody z wyraźną niechęcią pomógł koledze dotaszczyć kłopotliwego pasażera do radiowozu, po czym bezceremonialnie wepchnął mamroczącego coś pod nosem Marka, na tylne siedzenie i z niesmakiem, starannie otrzepał swój nowiutki, jeszcze lśniący mundurek. Czy po to został policjantem, żeby niańczyć pijaków?
- No Dzidziuś, nie krzyw się, bo ci tak zostanie. Dobry uczynek spełniamy. A dobre uczynki wracają do ludzi, jak to… no, bungee.
- Chyba raczej jak bumerang. – W głosie młodego zabrzmiały zgryźliwe nutki.
Dotarcie na komisariat nie zajęło im dużo czasu. Za to wtarganie do budynku zapijaczonego yuppie i owszem. Koniec końców obaj mieli już dość swego uciążliwego podopiecznego. I z wyraźną ulgą wepchnęli go do pierwszego lepszego pomieszczenia. Okazało się jednak, że nie tylko oni postanowili spełnić tego dnia dobry uczynek. W jedynym nie zajętym przez „prawdziwych” zatrzymanych pokoju już ktoś był. Drągal zawołał odpowiedzialnego za dołek kolegę.
- Krzywy, co to za ósmy pasażer Nostromo tu siedzi?
- Eee, zupełny wariat, ale niegroźny. Latał po pobliskim osiedlu i wołał, że ma nadprzyrodzoną moc i musi komuś koniecznie pomóc, jakąś miłość uratować. Pytaliśmy, czy mu nie wystarczy, żeby jakiś teleturniej poprowadził, ale ten na miłość się uparł, baran jeden. Ludzi straszył i zaczepiał to go zgarnęliśmy. Posiedzi do rana, to mu schiza minie i puścimy ptaszka. Możesz spokojnie zostawić tu swojego pijaczka. Pośpią sobie, od razu będzie im lepiej.
Takim to sposobem jedyny spadkobierca rodu Dobrzańskich znalazł się w celi z mężczyzną, któremu rozbawieni jego zachowaniem policjanci nadali ksywkę Walniętynek.
Walniętynek czujnie przyglądał się pogrążonemu we śnie towarzyszowi niedoli. Ostrożnie podszedł do Dobrzańskiego i pochylając się nad nim wsłuchał się uważnie w wydobywające się z ust mężczyzny mamrotanie.
- Ula, nie odchodź…hic! ..cham cię, łyszyszsz…
Walniętynek omal nie rozpłakał się z radości. A jednak mu się uda. W ostatniej chwili przekaże dalej pałeczkę. Los był dlań łaskawy. Rozglądając się czujnie Walniętynek wyjął z kieszeni kurtki srebrny medalik wraz z łańcuszkiem i szepcząc „No to powodzenia stary” ostrożnie założył go na szyję Dobrzańskiego. Medalik o dziwnym, przypominającym złamaną strzałę kształcie, błysną błękitną poświatą, gdy tylko opadł na pierś Marka.
Pogrążony w czarnej pustce alkoholowego snu Dobrzański nagle cały zadrżał. Działo się coś dziwnego. Jeszcze przed chwilą dryfował w ciemnej nicości. Teraz nagle otoczyło go błękitne, pulsujące światło. Zamrugał powiekami niepewny tego, co widzi.
- Proszę, proszę jaka ładna miłość. Jakie pełne, głębokie uczucie. Nie spodziewałam się, że trafię na taki cukiereczek. – Marek na próżno starał się dojrzeć właścicielkę dźwięcznego głosu. Poza niepokojącym światłem nic nie widział.
- Ale, że co? – zapytał niepewnie. Miał bardzo złe przeczucia.
- No inteligencją to żeś nie błysnął, słońce – kobiecy głos zabrzmiał wyraźnym rozbawieniem– Ale właściwie po co inteligencja przy takich uroczych dołeczkach, co?
- Hej, kim jesteś i czego chcesz ode mnie? – Marek dał wyraz swej irytacji.
- Bez nerwów misiaczku, złość piękności szkodzi. Nie jest ważne kim jestem. Powiedzmy, że jestem wróżką, boginką, rusałką – co tam sobie wolisz. Ważne czego chcę i co mogę ci dać. Zanim zaczniesz krzyczeć wiedz, że mogę dać ci tę twoją Ulę. A raczej mogę dać ci szansę, żebyś sam ją zdobył.
Mężczyzna zamarł.
- No proszę. Jaka zmiana. To co, jednak mnie wysłuchasz?
W odpowiedzi tylko skinął głową. Był otumaniony i nieco przestraszony, ale mimo wszystko chciał wiedzieć co ma mu do przekazania ten bezcielesny, niepokojący głos.
- Mam dla ciebie pewną propozycję. Jednak zanim ją przedstawię muszę wiedzieć, co jesteś gotów zrobić w imię swej miłości i …
- Wszystko. – Marek zareagował odruchowo. – Zrobię wszystko. Dla niej… po prostu wszystko.
- Czyżby? Skoro tak… Widzisz, ja jestem fanatyczną miłośniczką miłości. Strasznie się … denerwuję kiedy ludzie marnują, odrzucają to uczucie. A wierz mi, kiedy ja się porządnie zdenerwuję, to świat zaczyna drżeć w posadach. – głos zadźwięczał nagle stalową potęgą i Marek poczuł jak ze strachu zaczyna się pocić. Zdecydowanie nie chciał się zapoznawać bliżej z gniewem tej… istoty.
- No, ale mniejsza o to. – Głos ponownie złagodniał. – Jak już mówiłam, mam dla ciebie propozycję. Wyobraź sobie, że mam taką pewną… umiejętność. Mogę cię ociupinkę cofnąć w czasie i pozwolić ci odkręcić to, co tak po szczeniacku spieprzyłeś. Bo chyba nie muszę ci uświadamiać, jak bardzo dałeś ciała…
- Ale skąd, ale jak – Marek jąkał się z przejęcia i grozy – skąd to wiesz?
- Czytam w tobie jak w otwartej księdze, słodziutki. Znam każdą twą myśl, każde wspomnienie. Nie pytaj jak i skąd. Po prostu wiem. To jak, jesteś zainteresowany?
- A gdzie jest haczyk?- w Dobrzańskim ocknął się czujny biznesmen, który wiedział, że w życiu nic nie przychodzi darmo.
- A jest i haczyk. A nawet dwa, gwoli ścisłości. Po pierwsze, jeśli ci się nie uda nic odkręcić w ciągu dwudziestu czterech godzin…utkwisz w przeszłości, zostaniesz tam bez możliwości powrotu. A po drugie, jeśli ci się uda, jeśli odzyskasz swą lubą, to musisz mi wyświadczyć w zamian małą przysługę. Musisz znaleźć mi kolejną miłość do uratowania. Musisz w ciągu jednego dnia od pogodzenia się ze swą ukochaną, przekazać ten mały talizman, który masz na szyi, kolejnemu człowiekowi pogrążonemu w uczuciowych tarapatach. Jak tylko pozbędziesz się tego naszyjnika, zapomnisz o wszystkim, ale będziesz miał swoje szczęście. Za to jeśli tego nie zrobisz, nie przekażesz dalej talizmanu… cóż, wszystko pryśnie jak mydlana bańka a ty wrócisz do punktu wyjścia, do upijania się w samotności i użalania nad sobą. To jak, umowa stoi?
- Tak. – nie wahał się ani sekundy. Nie pozwolił sobie na głębszy namysł, na przeanalizowanie absurdalności całej tej sytuacji. Jeśli to wariactwo miało mu dać najmniejszą nawet szansę na bycie z Ulą, pisał się na nie całym sobą.
- Słodziutki jesteś - Głos wybuchnął srebrzystym śmiechem.- Tylko nie zdziw się jak już wrócisz w przeszłość. Czeka cię tam jeszcze jedna mała niespodzianka.
Zanim Marek zdążył zapytać, co to znowu za niespodzianka, poczuł gwałtowny zawrót głowy, świat wokół wybuchnął ferią barw, zaszumiało mu w uszach. Szarpnął się gwałtownie czując, że spada w dół, jak w koszmarnym śnie i z krzykiem…obudził się. Przez chwilę leżał starając się złapać oddech i zorientować się, gdzie jest. Otulała go ciepła jedwabista kołdra. Leżał na wygodnym szerokim materacu w ciemnym pokoju.
- Muszę skończyć z piciem – szepnął ocierając spływający mu z czoła pot. – No i co to niby miało być. Delirium tremens czy jak?
Przeciągnął się i ostrożnie wstał, po omacku zmierzając w stronę łazienki. Po drodze omal nie zabił się o jakiś stolik. Zmarszczył brwi. Co za kretyn wstawił mu jakiś miniaturowy mebel w tym miejscu? Na pewno nie on sam. Nieważne, teraz musi przede wszystkim przemyć twarz żeby pozbyć się resztek tamtego pokręconego snu. Dziwnie dużo czasu zabrało mu znalezienie łazienki. Mógłby przysiąc, że jeszcze wczoraj znajdowała się po prawej stronie korytarza, dziś ewidentnie przeteleportowała się jakimś cudem na lewo…  Aha, jest. Zapalił światło. Pochylił się nad umywalką i ochlapał twarz chłodną, rzeźwiącą wodą. Od razu lepiej. Wyprostował się. Spojrzał w lustro i …
- Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! – krzyku jaki wydobył się z piersi Dobrzańskiego nie sposób było opisać słowami. Gdyby miał wyższy tembr głosu, od tego wrzasku zapewne popękałyby szyby w oknach. Ale jak miał nie krzyczeć, skoro w lustrze ujrzał twarz… Aleksa.
Tego, co przez następne kilka godzin działo się z Markiem, żadne pióro nie opisze. Przerażony, skołowany, biegał po całym domu zapalając i gasząc światła, szczypiąc się w ramiona i uda, klepiąc po twarzy. Wziął nawet lodowato zimny prysznic. Ciągle miał nadzieję, że to tylko dalszy ciąg koszmaru, z którego za chwilę się zbudzi. Przecież to niemożliwe, żeby stał się Aleksem. Niemożliwe. Nie, nie, NIE… Uspokoił się nieco dopiero, kiedy zauważył na swej szyi wisiorek, ten dziwny talizman. Z trudem przełykając ślinę usiadł tam gdzie stał, na podłodze pośrodku  zimnego salonu pana Febo. A więc to była ta ostatnia niespodzianka… Cofnął się w czasie i jest w ciele … Aleksa. Masakryczna masakra. Potoczył wokół błędnym wzrokiem. Nagle usłyszał głuche warczenie. O jeżeniu. To ten potwór, ten, jak mu tam było, temu pieskowi Aleksa… Ochydek? A może Ochłapek?
- No co ty pies. – Niepewnie spoglądał na skulonego pod jednym z krzeseł, ale wyraźnie wrogiego, zwierzaka Marek – Pana nie poznajesz? No chodź tu ty Paskudku.
Pies nieufnie zbliżył się do mężczyzny, obwąchał go ostrożnie po czym kłapiąc groźnie zębami wyraził swoje zdanie. Mądry zwierzak wyczuł, że coś jest nie tak. I zareagował jak mu instynkt podpowiadał.
- Ała! – Marek nawet nie podejrzewał, że ten wypłosz ma takie ostre zębiska.- Zabieraj tę paszczę z mojej łydki, bo przysięgam, że oddam cię do schroniska.
Zamknąwszy zwierzę w gabinecie Aleksa Dobrzański poszedł do kuchni. W nowoczesnym, odpychająco sterylnym wnętrzu prawie pół godziny zajęło mu znalezienie kawy i jakiegoś kubka. Przy włączaniu hiperwypasionego ekspresu musiał zdobyć się na znaczny wysiłek umysłowy. To cholerstwo miało więcej przycisków niż sadził, że można zmieścić na tak małej powierzchni. W końcu usiadł z kubkiem gorącej kawy przy stole w jadalni. Musiał sobie wszystko przemyśleć i poważnie przygotować się do czekającego go zadania. Po pierwsze musi sprawdzić jaka dziś jest data i przypomnieć sobie, co wówczas działo się między nim a Ulą. Hmmm… Ula… Na samą myśl o niej Marek odpłynął. Siedział z rozmarzonym wyrazem twarzy nie zważając na upływający czas i stygnącą kawę. Ula, Ula, Ula… Odzyska ją. Na pewno. Wreszcie otrzeźwiał. Spojrzał na zegarek. Dochodziła siódma. Tak, nie będzie dłużej obmyślał żadnych planów. Miał z planami wyjątkowo złe doświadczenia. Zda się na żywioł i … jakoś to będzie. Zmarszczył się nieco przypominając sobie, że kiedy nie wiedział jak rozwiązać sytuację z Pauliną i Ulą też ciągle powtarzał, że jakoś to będzie. Westchnął. Tym razem nie będzie jakoś. Będzie dobrze. Teraz musi przede wszystkim biec do firmy i ją spotkać. Popatrzeć na nią, porozmawiać z nią. Pogwizdując wesoło zaczął szykować się do pracy. Pobiegł do łazienki. Za parę chwil, już niedługo znowu ją zobaczy… z uśmiechem sięgnął po krem do golenia i maszynkę, spojrzał w lustro i … omal nie dostał zawału. W szklanej tafli obijała się dziwnie uśmiechnięta gęba Aleksa.
- Jeżu… No jak można żyć z taką mordą, no jak?
A może coś by tu … poprawić? Choćby tę katastrofalną fryzurę a la sycylijski mafioso? Przez dłuższą chwilę męczył się próbując jakoś inaczej ułożyć te aleksowate włosy. Za każdym razem wychodziło mu to idiotycznie. Zrezygnowany, z obrzydzeniem zaczerpnął ze szklanego słoiczka z napisem „Brylantyna dla prawdziwych mężczyzn” garść lepiej mazi. Trudno. Widać taki już los Aleksa. Kolejny atak rozpaczy dopadł go na widok garderoby Febo. Na próżno przeszukiwał wszystkie szuflady i zakamarki. Najwyraźniej Aleks uważał, że czerń jest zarówno bielą, szarością jak i brązem wszystkich sezonów. Nawet krawaty miał jedynie w dwóch barwach – czarnej i grafitowej. Bomba. Zresztą nieważne. Założył pierwszy z brzegu czarny garnitur, do tego granatową koszulę i grafitowy krawat.
- Aleks Febo, twój własny przedsiębiorca pogrzebowy. – skwitował z ironią, po czym rześkim krokiem ruszył na spotkanie z przeznaczeniem.
Szukając kluczyków od samochodu w pośpiechu przetrząsał biurko Aleksa. Nagle zamarł. Na dnie jednej z szuflad znalazł zdjęcie w gustownej ramce. Szkiełko chroniące zdjęcie było pęknięte, jakby ktoś gwałtownie nim rzucił. A na zdjęciu byli … Febo i Julia czule objęci. Już zapomniał jak wyglądała szczęśliwa twarz Aleksa. Zalała go fala gwałtownych wyrzutów sumienia. Czemu Febo zatrzymał tę fotografię? Czyżby nadal czuł coś do Julii? Czy od rozstania z nią spotykał się jeszcze z jaką kobietą, tak na poważnie? Nie przypominał sobie. Starannie odłożył zdjęcie na miejsce.
W drodze do firmy nie omieszkał kupić gazety. W końcu musiał sprawdzić datę. Spojrzał i uśmiechnął się pod nosem. A zatem on i Ula są na etapie przed konkursem na dyrektora finansowego. Tak. Wczoraj byli nad Wisłą. Boże, przecież to właśnie wtedy zaczęło do niego docierać, co tak naprawdę do niej czuje… Dziś Ula powie mu, że go kocha i że weźmie udział w konkursie. Super.
Wpadł do firmy uśmiechnięty i pełen entuzjazmu. Czym wywołał popłoch i panikę wśród pracowników F&D. No bo jaką inną reakcję mógł wywołać uśmiechnięty, nucący coś pod nosem i grzecznie kłaniający się wszem i wobec Aleks?
Marek ze zdziwieniem patrzył, jak wszyscy potulnie schodzą mu z drogi, jak nerwowo reagują na jego pozdrowienia. Nagle zrobiło mu się żal Aleksa. Bycie postrachem nie mogło być, na dłuższą metę, miłe. Kiedyś Febo nie był taki, kiedyś…kiedy był z Julią. Dobra, tego już nie naprawi. Musi zająć się Ulą. To jest teraz zadanie priorytetowe…
- Ale jesteś pewna? – usłyszał głos Ali.
- Tak, jestem pewna. Przed chwilą powiedziałam o tym Markowi. – to była Ula.
Marek poczuł, jak serce podchodzi mu do gardła. Była tak blisko. Tuż za rogiem. Bez zastanowienia, zapominając o tym, że znajduje się w ciele Aleksa, ruszył w jej stronę.
- Dzień dobry Ula. – powiedział miękko, jednocześnie wpatrując się w nią intensywnie. A niech to! Jaka ona była urocza w tych ogromnych czerwonych okularach, w tych średnio dopasowanych ubraniach, z aparatem na zębach. Jego ukochana.
- Dzień dobry panie Febo. – Ula ze zdumieniem wpatrywała się w szczerzącego do niej zęby Aleksa. – Chciał pan coś ode mnie?
- Ja? – Marka dotknęła nieco podejrzliwość brzmiąca w jej głosie. – Chciałem się przywitać i zapytać czy w końcu wystartujesz w konkursie na dyrektora finansowego.
- Tak, wystartuję. – spojrzała mu w oczy, jakby chciała mu rzucić wyzwanie. Jego dzielna dziewczynka, gotowa dla ukochanego walczyć z samym diabłem, którego uczłowieczoną wersją bez wątpienia przecież był młody Febo.
- To świetnie. – Marek nie nadawał się na Księcia Ciemności. I nawet nie próbował nim być.– Na pewno doskonale sobie poradzisz. A … Marek – dziwnie się czuł mówiąc w ten sposób o samym sobie – też pewnie jest szczęśliwy, że po raz kolejny go ratujesz z tarapatów.
- Marek doskonale sobie radzi sam. Jest, jeśli pan jeszcze nie zauważył, świetnym prezesem. Z jakimż oddaniem ona go broniła. Jakim cudem nikt w firmie nie zorientował się co ich łączy? Przecież to aż bije po oczach, ona wcale nie ukrywa swych uczuć…. Z rozczuleniem patrzył na jej iskrzące się oczy, na zarumienione policzki. Była gotowa nadstawiać za niego karku przy Aleksie. Niesamowita dziewczyna.
- Spokojnie Ula. – zanim zdążył się powstrzymać położył jej ręce na ramionach, tak jak zwykł to robić zawsze kiedy była zdenerwowana – Ja…
- Zabierz te łapy i przestań molestować moją asystentkę! – przerwał mu zdenerwowany męski głos.
Marek/Aleks obrócił się w stronę z której dochodził głos i zamarł. Schizofrenia? Rozdwojenie jaźni? Paradoks czasoprzestrzeni? W ich kierunku zmierzał wyraźnie wkurzony… Marek.
I co teraz? – przez głowę Marka/Aleksa przetoczyła się prawdziwa burza myśli, z których ostatecznie wyłoniła się tylko jedna – O! Jaki ja chudy jestem. Patyczak. Jak już wrócę do własnego ciała wykupię nowy karnet na siłownię.
- No zabieraj te łapska i daj Uli spokój, jeśli łaska. – Marek z przeszłości był wyraźnie wkurzony.
- Dobrze, dobrze. Nie naskakuj na mnie. Nie miałem złych zamiarów. – Marek w ciele Aleksa z rozbawieniem przyglądał się samemu sobie… Najwyraźniej Markowi z przeszłości nie podobało się, gdy jakiś inny mężczyzna znajdował się zbyt blisko Uli. Hmmm… no tak, zawsze był zazdrosny o facetów w życiu Uli. Choćby o tego Maćka, a później o pana „polo”… Właściwie mógłby wykorzystać swą zazdrosną naturę… O tak, to świetny pomysł.
Marek z przeszłości podejrzliwie przyglądał się Aleksowi, którego wyraz twarzy wyraźnie sugerował, że znowu coś knuje. Dobrze chociaż, że zabrał ręce od jego Uli.
- Jasneee… Ty nigdy nie masz złych zamiarów. Jesteś ucieleśnieniem dobroci serca i szczerości. – Ironizował Marek z przeszłości.
Na te słowa Marek/Aleks nie zdzierżył.
- Przyganiał kocioł garnkowi. – rzekł lodowatym tonem – Może zanim zaczniesz mi wypominać moje błędy zastanowisz się, kiedy sam ostatnio byłeś naprawdę szczery i prawdomówny, co?
- Ty…- Marek z przeszłości zacisnął z wściekłości pięści – Zapominasz chyba, że to nie ja miałem bliskie spotkanie z dyktafonem Violetty, panie „prawda jest moim życiowym mottem”!
- Przyznaję, mój mały układzik z panną Kubasińską, to nie było zagranie fair play. – Marek/Aleks postanowił nie odpuszczać. – Ale przy tobie i tak jestem czysty, jak łza. Ciekawe, jak ty możesz w ogóle spać, co? Po tym wszystkim, co zrobiłeś U…- oj, zagalopował się troszkę, musiał jakoś z tego wybrnąć – ukochanej mej siostrze…. I innym kobietom. – zakończył niezręcznie.
- Do czego ty pijesz, pijawko? – Marek z przeszłości był wyraźnie zaniepokojony.
- Już ty dobrze wiesz do czego, ty don Juanie od siedmiu boleści. – Marek/Aleks miał ochotę dać samemu sobie porządnie w mordę. – Nie zasługujesz na nią! Na Paulinę też zresztą nie zasługujesz.
Czując, że jeszcze chwila a wykrzyczy całą prawdę, odwrócił się na pięcie i odszedł, pozostawiając siebie samego z przeszłości skamieniałego ze zdumienia. Mało brakowało, a dałby się ponieść emocjom. A najgorsze, że wszystkiemu przyglądały się Ala i Ula. Pewnie nieźle je zaskoczył. No nic, trudno. W końcu musi jakoś przemówić sobie samemu do rozumu. Rozzłoszczony ruszył do swego gabinetu. W połowie korytarza zatrzymał się gwałtownie, pacnął ręką w czoło i skierował do gabinetu, który jeszcze niedawno zajmował Aleks. Tam przez dłuższą chwilę opędzał się od Turka, który panikował przed konkursem i nerwowo dopytywał się, co mu Aleks zrobi, jeśli przegra. Nie miał siły na te głupoty. Niemalże przemocą wypchnął Adama z pokoju. Odetchnął głęboko. Wreszcie będzie mógł spokojnie się zastanowić…
- Witaj Aleks! – do gabinetu weszła Paulina.
- Paula, to jest sorella, miło cię widzieć. – No masz ci los, teraz będzie musiał toczyć braterskie rozmowy z panną Febo.                                 
- Wiem, że pewnie nie masz czasu przed konkursem, ale nie martw się, zajrzałam tylko na chwilkę. – Paula uśmiechnęła się tak serdecznie, że aż go zatkało. Przy nim zawsze była taka…zimna. Widocznie z bratem czuła się swobodniej. No i jak to świadczy o ich związku?
- Musiałam się dowiedzieć, czy na pewno masz wszystko pod kontrolą. – Kobieta zgrabnie przysiadła na fotelu. – Nie możemy przecież dopuścić, żeby ta cała Cieplak dostała posadę dyrektora. Spaliłabym się ze wstydu! Takie coś miałoby zająć twoje miejsce!
- Paula, dlaczego ty jej aż tak nie lubisz? – To była jedyna okazja, żeby zadać to pytanie.
- Nie rozumiem? O co ci chodzi? Tylko mi nie mów, że dołączyłeś do fanklubu brzyduli! Wystarczy, że Marek ma na jej punkcie totalnego hysia i twierdzi, że ona jest jego przyjaciółką. Wyobrażasz to sobie, prezes firmy przyjaźni się ze swoją asystentką! To jest po prostu… niesmaczne.
- Paula, ale przecież ona nic złego ci nie zrobiła. Złego słowa na ciebie nie powiedziała, a ty jej niecierpisz jak najgorszej zarazy… Zaspokój moją ciekowość i wytłumacz mi powód tej antypatii.
- Przerażasz mnie, wiesz? – Panna Febo z wyraźnym przestrachem spoglądała na swego brata.– Czyżbyś faktycznie zamierzał przejść na stronę tej Cieplak?
- Sorella, przecież dobrze wiesz, że to niemożliwe. – Starał się zachowywać jak Aleks – Ona gra w drużynie Marka, a tym samym jest moim wrogiem. Ale czemu ty z nią tak walczysz, nie rozumiem…
- No nie mów mi, że nie zauważyłeś, jak ona omotała Marka! – Paula była zirytowana. – Sprawiła, że zaczął uważać ją za niezbędną, niezastąpioną. A ile razy naraziła nas, naszą firmę na śmieszność. Chyba nie muszę ci przypominać tych jej popisów na pokazie Sportivo, co? Ona niszczy nasz wizerunek! I jest obłudna! Najlepsza przyjaciółka wszystkich, akurat! Mówię ci, nie ufam jej. Nie wiem czemu, ale czuję, że ona jest dla mnie… to jest dla naszej firmy śmiertelnym zagrożeniem.
Marek./Aleks uważnie przyglądał się mówiącej kobiecie. Tak, chociaż sama sobie tego nie uświadamiała, a może raczej nie chciała się z tym pogodzić, Paula wyczuwała, że Ula ma duży, zbyt duży wpływ na niego… To się nazywa kobieca intuicja.
- Rozumiem. – powiedział wreszcie. – Paula, nie obraź się, ale mam dużo pracy. Ojcie… to jest Krzysztof będzie tu jutro. Muszę porządnie przygotować Adama do konkursu, więc…
- Jasne, oczywiście, mój drogi. Nie przeszkadzam i trzymam kciuki. – Pocałowała go w policzek i opuściła gabinet.
Wreszcie pozostawiony sam sobie, usiadł za biurkiem. Nieświadomie dotknął dłonią miejsca, gdzie schowany pod koszulą, wisiał talizman. Nie może w tak bezsensowny sposób tracić czasu. Dostał przecież tylko dwadzieścia cztery godziny, z czego kilka już upłynęło, a on nie poczynił żadnych postępów. Raz kozie śmierć. Zagra va banque. Lisim krokiem podążył w stronę gabinetu prezesa. Ula, jak zwykle pilna, siedziała przy swoim biurku. Musiał się spieszyć. Pamiętał, że dzień przed konkursem Ula wyszła wcześniej z pracy. Nie miał ani chwili do stracenia. Odetchnął głęboko i podszedł do jej biurka modląc się żeby Markowi z przeszłości nie przyszło teraz do głowy zajrzeć do sekretariatu.
- Ula…-  zaczął niepewnie.
- Tak, panie Febo – podniosła na niego spojrzenie swych cudnie błękitnych oczu.
- Wiem, że zdziwi cię moja propozycja, ale… nie wypiłabyś ze mną kawy? Ja stawiam!
- Słu…słucham? Ale, jak to? Ja z panem? – dziewczyna sprawiała wrażenie kompletnie zbitej z tropu.
- Posłuchaj, wiem, że nasze stosunki nie układały się dotychczas najlepiej, ale…- Musiał szybko wymyślić coś sensownego. – Ale nie oszukujmy się, Adam nie ma z tobą szans. Wygrasz w cuglach. A mi, uwierz w to, naprawdę zależy na tej firmie. Dlatego chciałby z tobą omówić kilka spraw dotyczących finansów F&D. To jak? Tylko nie zasłaniaj się Markiem. Tym razem nie chodzi o niego. Mam z nim pewne rachunki do wyrównania, ale ciebie nie musimy w to mieszać, nie sądzisz?
- No nie wiem…Chyba powinnam spytać Marka o zgodę….- Widział w jej oczach wahanie.
- Ula, każdemu trzeba dać szansę, nie sądzisz? – Dobrze ją znal. Postanowił zagrać na jej naiwnej, a przecież tak uroczej wierze w ludzi. – Obiecuję, że nie będę cię namawiał do kopania dołków pod Markiem, słowo harcerza.
- No dobrze, w końcu to tylko kawa…. – Ula jakoś nie mogła oprzeć się żarliwej prośbie brzmiącej w głosie Febo. Dziwne, ale wydawał jej się jakiś inny, taki… sympatyczny… Świat stanął na głowie…
Marek/Aleks chwycił jej torebkę.
- Świetnie, idziemy. – Postanowił zabrać ją do pobliskiej kawiarni. W bufecie nie mogliby spokojnie porozmawiać. Pół firmy od razu zaczęłoby ich podsłuchiwać.
W kawiarni zaczął się denerwować. Co właściwie powinien jej powiedzieć? Przez jakieś pół godziny bezsensownie plótł coś o konieczności pilnowania dyscypliny budżetowej z uwagi na kryzys. Widział, że Ula słucha tych andronów z coraz większym zniecierpliwieniem.
- Wiesz tak naprawdę, to chciałem cię o coś zapytać. – Rzekł wreszcie, czując, że lada moment panna Cieplak wykręci się ze spotkania.
- Słucham. – Od razu stała się czujna, jak antylopa na sawannie.
- Tylko się nie denerwuj i nie obrażaj, dobrze? – Ze zdenerwowania zaczęły mu się pocić dłonie.– Chciałem zapytać, dlaczego ty tak pomagasz Markowi… On nie jest tego wart…
- Wiedziałam! Chcesz mnie poróżnić z Markiem! Nie uda ci się!
- Ula, nie zrozumiałaś mnie. Nie chcę cię nastawiać przeciwko niemu. Po prostu intryguje mnie twoje ślepe oddanie temu…chłopaczkowi. Bo on jest chłopaczkiem. Pogubionym, egoistycznym dzieciakiem, który dla własnej wygody potrafi bezlitośnie deptać ludzi. Przecież o tym wiesz. Na pewno słyszałaś o Joaśce. Widzisz, jak traktuje Paulę. Wobec ciebie też na pewno nie raz dał plamę. Toteż nie mogę pojąć czemu ktoś tak niezwykły, szczery, szanujący innych, jak ty tkwi przy jego boku… - mówił spokojnie, bez ironii. Chciał, żeby nie czuła się przez niego atakowana.- Pewnie wiesz też, co zrobił mi i Julii…
Ula drgnęła. Jeszcze przed chwilą zamierzała bez słowa odejść, ale na wzmiankę o Julii zmieniła zdanie. Może Aleks nie jest taki zły? Może jest tylko zgorzkniały i nieszczęśliwy? Skreśliła go bo działał na szkodę Marka, ale może powinna dać mu szansę? Tak naprawdę, nie znała go. Nie wiedziała jakim jest człowiekiem. Zawsze nosił taką odpychającą maskę wyniosłości. Chociaż dziś wydawał się taki… bezbronny.
- On wcale taki nie jest.. – Wbiła spojrzenie we własne dłonie. Nie chciała, żeby Aleks dojrzał rumieniec jaki zapewne wypełzł jej na twarz. – To prawda, że czasem zachowuje się jak rozkapryszony nastolatek. Ale ma dobre serce. Dba o ludzi. Zależy mu na pracownikach. Na firmie. Stara się być dobrym szefem. Naprawdę i… Jest ze mną zawsze szczery. Wiem, że mogę mu ufać.
Zabolało. Jak cholera.
- Jeśli rzeczywiście ma choćby ułamek tych wszystkich dobrych cech, które wymieniałaś, to tylko dzięki tobie, Ula. Zmieniłaś go.
Przez chwilę siedzieli w niezręcznym milczeniu. Żadne z nich nie widziało, co powiedzieć.
- Chodźmy. – odezwał się wreszcie. – Marek pewnie zachodzi w głowę, gdzie się tyle czasu podziewasz.
Wracając do firmy rozmawiali o jakiś głupotach i żartowali. Ula była zdumiona tym, jak swobodnie czuła się w towarzystwie Febo. Zupełnie tak, jak… z Markiem. Niesamowite. Śmiejąc się weszli do recepcji. I od razu natknęli się na Marka właśnie.
Dobrzański groźnym spojrzeniem zmierzył chichoczącą parę. Ulka z … Aleksem. Co sobie ten Febo wyobraża? Przecież zakazał mu zbliżać się do Uli!
Ula nie zauważyła szefa. Marek/Aleks i owszem. I postanowił skorzystać z nadarzającej się okazji. Chwycił dziewczynę za ramię, przyciągnął nieco do siebie, pochylił się nad nią i, ku jej najwyższemu zaskoczeniu, ucałował ją w oba policzki.
- Dziękuję za urocze chwile. – rzekł na tyle głośno by ten drugi Marek mógł go usłyszeć. – Musimy to szybko powtórzyć. Jesteś niezwykłą osóbką, panno Cieplak. Bardzo chciałbym lepiej cię poznać, bo czuję, że wiele nas łączy…
Zanim dziewczyna zdążyła odpowiedzieć, do akcji wkroczył Marek z przeszłości.
- Aleks, ty sycylijska kanalio! – Mężczyzna był tak wściekły, że z trudem cedził słowa przez zaciśnięte szczęki. – Trzymaj się od niej z daleka, słyszysz!
- Nie ekscytuj się tak Mareczku, bo ci żyłka pęknie – Marek/Aleks kuł żelazo póki gorące.- Nie rozumiem o co ci chodzi. Ula nie jest chyba twoją własnością. Nie masz prawa wtrącać się do jej prywatnego życia, ani dyktować jej z kim ma się spotykać.  A może się mylę?
- Pewnie, że się mylisz! – Marek darł się na cały głos. – Trzymaj łapy z dala od mojej dziewczyny!
Wokół zapadła taka cisza, że aż w uszach dzwoniło. Wszyscy pracownicy firmy, którzy akurat znajdowali się w pobliżu zamarli w bezruchu. A Ula zalała się krwistą czerwienią.
- Maaaarek…- wyszeptała niepewnie.
- Co Marek! – Dobrzański najwyraźniej nie panował nad sobą. – Jesteś moja i tylko moja i ten prawie Włoch ma się od ciebie natychmiast odczepić!
- No Mareczku. – Marek/Aleks nie zamierzał odpuszczać. – Ładne rzeczy, ciekawe co na to powie Paulina.
- Mam gdzieś co powie Paulina, ty wypłoszu. Nie kocham jej i nie zamierzam się z nią żenić, dociera?! Ja kocham Ulę!
W tej samej chwili Marek/Aleks poczuł dziwne szarpnięcie, przez chwilę świat zawirował mu przed oczami. Zamrugał powiekami. Odetchnął głęboko i nagle poczuł, że znowu znajduje się w swoim własnym markowym ciele. Stali w recepcji on, Ula, Aleks (na którego twarzy malowało się totalne oszołomienie właściwe ludziom, którzy nagle ocknęli się z głębokiego snu) i cała masa ciekawskich pracowników F&D.  Udało się. Naprawdę się mu udało. Wykorzystał swoją szansę. Z łagodnym uśmiechem podszedł do kobiety swego życia, ujął jej dłoń.
- Urszulo Cieplak, kocham cię. – powiedział wpatrując się w jej wypełnione łzami oczy.
- Marek, ja …- Była tak szczęśliwa, że mówienie przychodziło jej z trudem. No i czuła się straszliwie zawstydzona. Jej szef właśnie publicznie wyznał jej miłość. Nie marzyła nawet o czymś takim. – Ja ciebie też. – wyszeptała cichutko i pozwoliła mu się objąć.
Marek miał ochotę porwać ją w ramiona, zanieść do swojego gabinetu i zamknąć się tam z nią na cztery spusty. Albo lepiej zabierze ją do jakiegoś cudnego apartamentu, gdzie będą mogli się sobą nacieszyć do woli. Sofa z ikei mogłaby nie wytrzymać żaru ich namiętności. Ale najpierw… Czuł, że jego dłoń zaciska się na czymś małym i chłodnym. No tak, talizman. Uśmiechnął się pod nosem. Dobrze wiedział komu go przekazać.
- Ula, poczekaj chwilkę. – rzekł wypuszczając ją niechętnie z objęć. – Muszę coś załatwić.
Podszedł do Aleksa.
- No stary, mam dla ciebie mały prezent – zanim oszołomiony Febo zdążył zareagować, włożył mu na szyję wisior. – Nie zmarnuj tej okazji.
Odwrócił się do Uli. W jego głowie panował mały chaos. Wspomnienia z przyszłości (****), wszystkie te koszmarne, pełne bólu chwile, znikały. Za to pozostała miłość i poczucie, że wreszcie zachował się jak prawdziwy mężczyzna. Podszedł do dziewczyny.
- Kochanie, co powiesz na małe wagary?
Objęci, szczęśliwi, wyszli z firmy.
A Aleksa Febo otoczyło błękitne światło. W jego skołowanej głowie rozbrzmiał dźwięczny, kobiecy glos:
- O, jaka piękna i gorzka zarazem miłość! Mam dla ciebie propozycję, mój drogi. Ostatnią szansę na uratowanie twego uczucia do Julii…



* - dla niewtajemniczonych – na Kolskiej znajduje się najsłynniejsza w Warszawce izba – Izba Wytrzeźwień smile
** - znów dla niewtajemniczonych – mianem 00 policjanci określają swojego przełożonego (komendanta, naczelnika itp.)
*** - tak się mówi na miejsce, gdzie są zatrzymani (nie aresztowani, tylko zatrzymani – na czas do 48 godzin policja może zatrzymać prawie każdego smile )
**** - wiem, że brzmi to surrealistycznie, ale inaczej się nie dało tego nazwać
*****- firma to w policyjnym żargonie komisariat, komenda itp

Offline

 

Stopka forum

Powered by PunBB© Copyright 2002–2018 PunBB
statystyka