BrzydULA - jedyne forum fanów serialu

Forum dyskusyjne miłośników serialu "BrzydULA"

Nie jesteś zalogowany.

#11 2010-01-23 00:09:13

root
Administrator
Zarejestrowany: 2009-01-14
Posty: 4798

Re: VI Konkurs literacki - prace literackie

Autor nr 10

Każdy chce być Włochem, czyli paranoje Aleksa.

Wieżowiec robił imponujące wrażenie. Kilkadziesiąt kondygnacji wykonanych z żelbetonu i turkusowego szkła lśniło w blasku porannego słońca. Patrząc w górę odbierało się niesamowitą wielkość tego miejsca. Aleksander Febo stojący na chodniku nieopodal czuł się jak Calineczka. Może wydawać się to dziwne, bo Aleksander był wysokim mężczyzną o surowym wyrazie twarzy i męskim zaroście. Nie wyglądał na miłośnika bajek. W głębi duszy jednak znał te wszystkie urocze historyjki dla małych dziewczynek i nawet trochę je lubił. Nie tak bardzo jak mleko z płatkami na śniadanie, ale też nie tak wcale jak gumę przyklejoną do podeszwy. Lubił z dystansem. Aleksander Febo do wszystkiego podchodził z dystansem.
Przyjrzał się swoim wypastowanym butom i odśpiewał w myślach hymn  Milanu, ulubionego, włoskiego klubu piłkarskiego, chcąc dodać sobie odwagi. Dzisiejszy dzień był niezwykle ciepły, jak na wczesną wiosnę. Aleks nie przewidział, że pogoda tak z niego zadrwi i ubrał ciepłą, wełnianą apaszkę. Poprawił wiązanie na szyi i ostatni raz spojrzał na mijający go tłum. W oczy rzucił mu się mężczyzna niezwykle szybko przebierający nogami, a konkretniej wełniana chusta przewieszona na jego szyi. To utwierdziło go w przekonaniu, że jednak musi iść, tam, gdzie musi iść, bo jeśli się wycofa, popadnie w paranoje.
Przeszedł równomiernym krokiem przez jezdnie, pilnując, aby jego idealna postawa nie straciła niczego ze swojej idealności. Pokonał zebrę, przeszedł przez obrotowe drzwi i znalazł się w przestronnym hallu. Wewnątrz było kilkadziesiąt osób. Nie zastanawiając się dłużej, szybko skierował się w stronę wind. Wchodząc, zarejestrował zalotny uśmiech skierowany w jego stronę. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby uśmiech należał do kobiety. Aleks nerwowo przygładził włosy. Czuł się jak różowy, gończy króliczek ścigany przez napalonych samców. Było to dla niego co najmniej niekomfortowe. Wyciągnął z kieszeni czarnej marynarki niewielką wizytówkę i obrócił ją kilkakrotnie w palcach.
- Trzynaste piętro – mruknął do siebie i wcisnął odpowiedni przycisk.
W ostatniej chwili, nim drzwi na dobre zasunęły się, do windy wpadła młoda kobieta w tweedowym żakiecie. Uśmiechnęła się uroczo i wcisnęła przycisk z numerem „14”. Przystanęła blisko Aleksandra, za blisko jak na jego oko, i wyciągnęła przed siebie czarną, skórzaną aktówkę.
- Ładny dzień – zauważyła dziewczęcym głosem.
Aleksandrowi nie uśmiechała się bezsensowna konwersacja, spowodowana jedynie zwykłą uprzejmością, toteż uśmiechnął się sztucznie i odpowiedział:
- Nie, nie bardzo.
Dziewczyna zmieszała się lekko i zapytała troszkę ciszej.
- Nie lubi pan słońca?
- Niespecjalnie.
Kobieta poprawiła nerwowo kosmyk włosów opadający jej na czoło. Aleksander zdawał sobie sprawę, że sama jego obecność wpływa na kobiety raczej dziwnie. No cóż… Nie każdy zdaje radę oprzeć się włoskiemu urokowi. Dziewczyna jednak wcale nie zamierzała dać za wygraną.
- Oh, ja też nie za bardzo lubię słońce. – Spojrzała na Aleksa tym wzrokiem i wszystko stało się jasne. Leciała na niego jak pikujący samolot w głąb Kanionu Kolorado. Aleksander uniósł brew i spiął twarz. Poważnie zaczął się zastanawiać, czy nie ma na czole napisanej oferty matrymonialnej. I to takiej dwuznacznej, działającej na dwa fronty.
- A czemu taka piękna kobieta nie lubi słońca? - zapytał już łagodniej.
Dziewczyna zarumieniła się i spojrzała speszona w bok.
- Po prostu wolę, kiedy pada deszcz – odparła, lecz w tym momencie odezwał się jakże charakterystyczny dzwonek, oznajmujący, że dotarli na wybrane piętro.
- Miłego dnia – pożegnał się Febo i raźnym krokiem wyszedł z windy, zostawiając biedną kobietę odurzoną jego włoskim urokiem.
- To nie jest śmieszne – powiedział sam do siebie i jeszcze raz zerkając na wizytówkę udał się w wybranym kierunku. Spotkanie z dziewczyną bynajmniej nie wprawiło go w dobry humor. Niewinny flirt jeszcze nikomu nie zaszkodził, ale on najzwyczajniej w świecie miał dość. Nie mógł się odpędzić od kobiet jak nieświeże mięso od much. Rzecz jasna, nie uważał się za nieświeże mięso. Raczej za apetyczny kawałek wieprzowego udźca i to martwiło go najbardziej. 
Po pół minucie dotarł pod oszklone drzwi. Było przez nie widać kilka wygodnych sof oraz recepcję. Przestąpił próg i podszedł do kobiety siedzącej za biurkiem.
- Jestem umówiony na dwunastą.
- Pan Aleskander Febo? – zapytała kobieta wystukując coś w komputerze.
- Tak.
- Pani Lukrecja już czeka – poinformowała uprzejmie recepcjonistka uśmiechając się promiennie.
Boże, czy one wszystkie muszą na mnie lecieć? Po raz kolejny zastanawiał się młody Febo. W tym momencie minął go przystojny blondyn i puścił mu oczko. Poprawka… czy oni wszyscy?
Lukrecja Małopiękna faktycznie już czekała. W gabinecie pachniało antykami. Nie bez powodu. W pomieszczeniu każda najmniejsza powierzchnia zastawiona była mniej lub bardziej wartościowym dziełem sztuki. W zasadzie, niewprawnemu oku ciężko było ocenić, czy są rzeczywiście autentyczne, ale Aleksander nie miał w tym momencie ochoty się nad tym rozwodzić. Roznegliżowanej świnki na kominku nie mógł jednak nie zauważyć i skrzywił się nieznacznie.
Lukrecja siedziała wygodnie na fotelu i spoglądała na niego znad okrągłych oprawek okularów. Miała na oko pięćdziesiąt lat. Ubrana była elegancko, ale nie przesadnie dostojnie. W ręku trzymała notes i gestem ręki zaprosiła go, aby usiadł. Nie była to jego pierwsza wizyta w tym miejscu. Był tu już kiedyś, ale jako mały chłopiec, a od tego czasu wiele uległo zmianie. Wystrój, pracownicy i położenie. O jakieś dziesięć pięter w górę. Jedynie Lukrecja pozostała tą samą osobą. Tylko przybyło jej zmarszczek i Aleks już nie uważał jej za niezłą laskę.
Ostatni raz odwiedził to miejsce dwa lata po śmierci rodziców. Wtedy właśnie skończył terapię.
- Witaj Aleksie. Jak się masz? – zapytała kobieta, a zmarszczki wokół jej oczu poszerzyły się w uśmiechu.
- Pamięta mnie pani? – zdziwił się Aleks.
- Oczywiście. Kiedy tylko zobaczyłam twoje nazwisko na liście pacjentów od razu przed oczami stanął mi mały chłopiec z pasją starający się zajrzeć mi pod spódniczkę w czasie wizyt. – Aleks uśmiechnął się nieznacznie. – Z twarzy prawie się nie zmieniłeś.
Lukrecja, renomowany terapeuta, zajmowała się Aleksem i Pauliną, kiedy nie potrafili sobie poradzić po śmierci rodziców. Koszt leczenia finansowali Dobrzańscy, i kiedy Aleks się o tym dowiedział natychmiast zaniechał terapii. Nie chciał, aby ktokolwiek coś dla niego robił.
- Jak Paulinka? – dopytywała się pani psycholog.
- Dziękuję, dobrze – odpowiedział uprzejmie młody Febo. – Pracujemy oboje w rodzinnej firmie.
- Febo & Dobrzański. – Kobieta uśmiechnęła się znacząco. – Słyszałam, jak się prężnie rozwija. – Kobieta zajrzała do notesu i sięgnęła po długopis. – No ale przecież nie to cię do mnie sprowadza.
Aleks poprawił się wygodnie na fotelu i spojrzał zmieszany w okno. Problem stał się dla niego uciążliwy, a rozmawianie o nim wydawało mu się wstydliwe. Wiedział jednak, że Lukrecja to osoba, której bez obaw może się zwierzyć.
- Faktycznie, nie to. Mam pewien problem, ale nie wiem jak mam o nim opowiedzieć.
- Mamy czas, nie musisz się śpieszyć. Zastanów się. Możesz mi zaufać. Postaram się pomóc – zapewniała Lukrecja.
- Nie chcę, żeby mnie pani źle zrozumiała, ale mam wrażenie, że każdy chce być Włochem – wyrzucił z siebie na jednym oddechu. Nie chciał, żeby jego wyznanie zabrzmiało narcystycznie, ale nie miał pewności czy właśnie tak się nie stało.
Zapadła na moment cisza. Kobieta starała się przeanalizować słowa pacjenta. Poprawiła kołnierz kremowej bluzki i poprosiła, aby bardziej rozwinął swoją myśl.
- Obawiam się, że wariuję. To nie jest normalne… A najgorzej jest z Turkiem, moim księgowym. Mam wrażenie… że on wszystko robi dokładnie tak jak ja. Tak samo siada, piję kawę i nawet długopis trzyma w ten sam sposób. A wczoraj to już przeszedł sam siebie. Pojawił się w pracy w moim starym garniturze, który wyrzuciłem jakiś tydzień temu. Nie wiem jak on go zdobył. Poprawka – Febo wbił w kobietę wzrok. – Nie chcę wiedzieć.
- Hm… - zastanowiła się kobieta. – Może to księgowy ma ze sobą jakiś problem.
Aleks przecząco pokręcił głową i dokończył opowieść.
- To raczej problem na masową skalę. Nie tylko u niego zauważyłem… wie pani – pociąg do mojej osoby. To samo tyczy się ludzi spotykanych na ulicy. Mam wrażenie… że się za mną oglądają – zwierzył się Aleksander i zapadł się głębiej w fotel. – Nie tylko kobiety, ale i… mężczyźni. A co do Dobrzańskiego… Z nim też mam poważny problem. Od dawna rywalizujemy ze sobą – żywo opowiadał Aleks – ale to nie jest zdrowa rywalizacja. Ja chcę być lepszy, a on chce być taki jak ja. Żeni się nawet z moją siostrą, żeby mieć coś włoskiego w rodzinie. Wieczorami, kiedy nie mogę spać, mam wrażenie, że Dobrzański czatuje pod moim oknem i wsłuchuje się w rytm mojego oddechu, żeby go też zgapić! – w tym momencie Aleks nie wytrzymał i powstał z nerwów. – Kupił sobie nawet psa rasy Chihuahua i nazwał go Olek!
- Spokojnie Aleks – poprosiła Lukrecja i chwilę analizowała problem. Aleks zdążył już w tym czasie ochłonąć i zrobiło mu się głupio przez jego nagły wybuch emocji.
- Myślałeś nad zmianą imagu? – podsunęła po chwili Lukrecja. – Wtedy mógłbyś się przekonać czy twoje podejrzenia są słuszne.
- Myślałem… Ale nie mogłem się zdecydować na tak radykalny krok. Od lat mam swój styl – odparł zrezygnowanym głosem.
- No cóż… - zamyśliła się Lukrecja. – Trzeba spróbować.

**

Tego dnia Aleksander długo nie mógł zasnąć. Myślał nad swoimi problemami. Skoro według Lukrecji zmiana imagu jest dobrym rozwiązaniem, zdecydował się wcielić plan w życie. Nie miał jednak pomysłu jak mógłby to zrobić i przy czyjej pomocy. Odrzucił już Paulinę, ze względu na układy z Markiem. Odhaczył też Pshemko. Wcale nie dlatego, że nie pałał do niego sympatią, ale ze strachu. Projektant zasilał przecież „Czarne szeregi” polujących na świeże mięso. W wolnym tłumaczeniu – był homoseksualistą, albo przynajmniej tak się Aleksowi wydawało. Brzydula odpadała, wiadomo dlaczego. Tylko, gdyby chciał wyglądać jak babcia to uderzyłby do niej. Rozważał też wizytę u profesjonalnego stylisty, ale nie miał pojęcia jak się za to zabrać i gdzie takowych szukać. Poza tym i w takiej sytuacji nie byłby pewny, czy nie ma do czynienia z… No wiecie. Znał jedną osobę, która byłaby w stanie mu pomóc. Jedyną bezpieczną opcję. Kobietę - kółko ratunkowe. Blondynkę na wysokich obcasach.  Przycisnął do siebie mocniej drżące ciałko psa i odpłynął do sennej krainy z kiełkującym w głowie planem na pokładzie. Biedny Pimpek, ledwo dyszał.

**
W Warszawie właśnie dochodziła dziewiąta rano. Nic nie wskazywało na jakieś zaburzenia codziennego rytmu, ani czasoprzestrzeni. Wszystko wyglądało jak zwykle. Sprzedawca hot-dogów, cumujący swoją budką niedaleko siedziby Febo & Dobrzański właśnie szykował kolejną porcję parujących parówek. Pan Mietek – ochroniarz, zwijał się do domu ustępując miejsce pracy młodszemu koledze. Na chodniku przed firmą gęstniał ruch. Jedyną nowością była budka z kwiatami ustawiona naprzeciwko wejścia do firmy. Jakiś mądry człowiek wyczuł chyba, że na wszystkich przeprosinach, oświadczynach, dniach pracownika i tym podobnych okazjach, podczas których wręcza się kwiaty, można łatwo zarobić. Przynajmniej tutaj. Co chwilę przecież ktoś wypadał z rykiem, albo w złości. Faceci czatowali z kwiatami, a inni to już w ogóle kupowali same płatki w celu obsypania drogi do gabinetu. Tak, biznesmen z kwiaciarni miał głowę na karku.
Aleks czekał na dziewczynę w umówionym miejscu o umówionej porze, a mianowicie w centrum handlowym o godzinie dziewiątek rano. Denerwował się, ręce mu się pociły, a włosy zaczęły delikatnie odstawać. Nie miał pewności czy blondynka w ogóle się pojawi. Od dawna wiadomo, że nie byli razem w dobrej komitywie. On ją wkręcał, ona się mściła i zmusiła go nawet do opuszczenia firmy. Tak, Aleksander Febo czekał na Violettę Kubasińską.
Pojawiła się punktualnie, nerwowo rozglądając się dookoła. Właściwie, to tylko kręciła głową, bo przez przyciemniane okulary nie było widać na co patrzy. Ubrała się wyzywająco, jak zwykle, ale bez typowej dla niej krzykliwości. Do długich, czarnych kozaków włożyła spodnie w kolorze indygo, a na wierzch czekoladowy płacz z czerwonym paskiem. Zatrzymywała się co krok, po czym zupełnie jak szpieg z krainy deszczowców posuwała się naprzód. Widząc ją, podszedł z lewego boku.
- Aaa! – krzyknęła na całe gardło.
- Co się drzesz? – zdziwił się ze złością. Dość miał zamieszania.
- O jeżuniu no. Drę się bo nie ceruję! – odpowiedziała buńczucznie. Zdawała sobie sprawę, że ma nad nim przewagę. Prosił ją o przysługę. Od tej pory miał być jej dłużnikiem, a taka opcja wyjątkowo uśmiechała się Violetcie.
- Wiesz co mamy do zrobienia? – zapytał i wskazał na sklepy porozumiewawczo. – Tylko niczego nie schrzań, bo jak tylko spróbujesz…
- Wiem, wiem – uniosła ręce ku górze w obronnym geście. – Nie wiem po co, ale ok.
- Nie jesteś tu od pytań. Dokąd idziemy najpierw? – zapytał groźnie. Wiedział, że Violka się go boi i postanowił to wykorzystać.
Spojrzała na niego krytycznie i wskazała fryzjera.
- Sorry Apacz, ale fryzurę to ty masz jak jeden mąż.

**
Aleks pojawił się w pracy znacznie później, z uwagi na przeprowadzoną akcję. Czuł się naprawdę dobrze. Miał nadzieję, że gruntowna zmiana wyglądu wyleczy też jego paranoje. Nie uśmiechała mu się wizyta w zakładzie bez klamek, a zaczynał się już obawiać, że wariuje. Widział się kilkakrotnie w lustrze, a następnie w wystawach sklepowych i czuł się naprawdę fajnie. Skrócił znacznie czarne włosy tak, że teraz odstawały zadziornie na wszystkie strony. Zrezygnował z nieodzownych apaszek i zainwestował w kolorowe koszule. Kupił też dwa nowe garnitury. Na koniec, w nagrodę za dobrze wykonane zadanie udał się wraz z Violą na kremówki. Zabronił jej także o tym komukolwiek wspominać pod groźbą spotkania z jego kolegami z Sycylii. Violka, zdaje się, nie protestowała.
Ciekawy był reakcji pracowników na nowy wygląd. Pan Władek, ochroniarz, zareagował nader entuzjastycznie i wyszczerzył się szeroko. Aleks posłał mu wtedy znudzone spojrzenie, udając, że nie zauważa różnicy. W głębi duszy cieszył się jednak i zaczął odkrywać kobiecą stronę swojej osobowości. Drzwi windy uchyliły się i stanął w holu. Kilka przechodzących tamtędy osób zamarło. Recepcjonistce Ani szczęka prawie zjechała do lady. Patrzyła na niego jak na zorzę polarną. Jeszcze chwila, a zaczęłaby zasłaniać oczy z wrażenia. Aleks raźnym krokiem pokonał holl i stanął oko w oko z Dobrzańskim. Mężczyzna zmierzwił nerwowo włosy i uniósł brwi ku górze. Widok odmienionego Febo wyraźnie zrobił na nim wrażenie. Aleks uśmiechnął się mściwie.
- Nie no Aleks… - Marek pokręcił głową. – Grzywka zaczęła wpadać do oczu podczas picia herbatki? – zapytał z wrednym uśmieszkiem w oku, lustrując nową fryzurę towarzysza.
- Móżdżek wyparował podczas jej parzenia? – odgryzł się Febo. Dobrzański zaśmiał i złapał brzeg koszuli Aleksa.
- Fajna, gdzie kupiłeś? – zapytał, a Febo aż podskoczył w duchu. Więc to nie jego paranoje… jest zupełnie zdrowy psychicznie!
W tym momencie podeszła do nich Paulina i złapała narzeczonego w pasie. Pocałowała go w policzek, po czym zwróciła się w stronę brata. Wpatrywała się w niego chwilę, oczami wielkimi jak spodki. Aleks ponownie poczuł przyjemne mrowienie, gdzieś w okolicy własnego ego.
- Aleks – zaczęła Paulina przybierając zmartwiony wyraz twarzy. – Czy nie uważasz, że to już przesada? – zapytała z wyraźną pretensją w głosie.
- Nie, czemu? – uśmiechnął się Febo przygotowany na to, że zaraz usłyszy zasłużony komplement.
- We wszystkim się upodabniasz do Marka, a teraz nawet zmieniłeś fryzurę i sposób ubierania na taki jak on! – wyrzuciła z siebie Paulina. – To już zaczyna być chore. Co się z tobą dzieje Aleks? – Spojrzała na niego smutno i tym pytaniem retorycznym zakończyła rozmowę, po czym oddaliła się z Markiem w przeciwną stronę korytarza, zostawiając Aleksa samego.
- Ale… - zaczął młody Febo wyciągając do nich rękę. Kiedy zobaczył, że znikają za rogiem opuścił ją z rezygnacją. Złapał się za kark i westchnął przeciągle. Paulina musiała coś źle zrozumieć, tłumaczył sobie. Nie mógł być przecież psycholem.
Miał  trzy opcje. Pierwsza, to wezwać specjalistę i opowiedzieć o swoim problemie. Ta odpowiadała mu najmniej, z racji tego, że nie garnął się do rekonwalescencji w szpitalu psychiatrycznym. Druga, to wrócić do pracy i zakopać się w papierach. Tą również odrzucił, bo nie miał do tego głowy. Została jeszcze trzecia, znacznie przyjemniejsza…
Skierował  się raźnie w stronę gabinetu prezesa.
Ta Violka wcale nie jest taka zła, jak się ją zapcha kremówką…, pomyślał i uśmiechnął się do swoich lubieżnych myśli. Każdy przecież leci na Włochów, nie?

Offline

 

2010-01-23 00:09:13

Cindy
Najlepsza doradczyni na forum

Stopka forum

Powered by PunBB© Copyright 2002–2018 PunBB
statystyka