BrzydULA - jedyne forum fanów serialu

Forum dyskusyjne miłośników serialu "BrzydULA"

Nie jesteś zalogowany.

#71 2010-02-20 17:57:41

markoholiczka95
Entuzjasta
Zarejestrowany: 2009-10-31
Posty: 83

Re: "Pokuta" - czyli alternatywny the end.

Wiem może jestem upierdliwa ale kiedy next


Njabardziej Cie kocham kiedy jesteś w głowie kiedy w moich myślach ciągle jest o tobie
"Jeżeli masz tą jedyną, wszystkie inne się nie liczą"

Offline

 

2010-02-20 17:57:41

Cindy
Najlepsza doradczyni na forum

#72 2010-02-21 00:35:57

Ursiss
Przyjaciel Brzyduli
Zarejestrowany: 2010-01-15
Posty: 110

Re: "Pokuta" - czyli alternatywny the end.

Chcece, żeby był szybko, czy żeby był dobry?  foch :p nie no, wiem wiem. Postaram się sprężyć, ale i tak będzie dopiero wtedy, kiedy mi się napisze. A napiszę się, kiedy bębę mieć trochę wolnego czasu i weny.


"jak się czegoś bardzo chce, to..."

Offline

 

#73 2010-02-22 13:14:03

Noelka^^
Markoholiczka
Zarejestrowany: 2009-11-29
Posty: 3038

Re: "Pokuta" - czyli alternatywny the end.

Chcemy żeby był dobry i szybko xD.
Ale tak sie chyba nie da... xD
No to czekamy dalej kiss


I pozwól mi spróbować jeszcze raz. Chcę trochę czasu, bo czas leczy rany. I chciałabym zobaczyć co co dzieje się w mych snach
i nie chcę płakać, Panie mój!
Uczyń bym była z kamienia. Bym z kamienia była znów!

Offline

 

#74 2010-02-22 14:15:43

markoholiczka95
Entuzjasta
Zarejestrowany: 2009-10-31
Posty: 83

Re: "Pokuta" - czyli alternatywny the end.

Oczywiście żeby był dobry


Njabardziej Cie kocham kiedy jesteś w głowie kiedy w moich myślach ciągle jest o tobie
"Jeżeli masz tą jedyną, wszystkie inne się nie liczą"

Offline

 

#75 2010-03-07 19:29:38

Ursiss
Przyjaciel Brzyduli
Zarejestrowany: 2010-01-15
Posty: 110

Re: "Pokuta" - czyli alternatywny the end.

Uwaga uwaga. Oto nareszcie nadciąga kolejna część.


Pokuta - część V

Ludzie. Wszędzie ich pełno. Przemykają tuż przed jej twarzą, pędząc w niewiadomych kierunkach. I ten ogrom przestrzeni dookoła. Gdzie iść? Dokąd?

Jej wzrok pada na tablicę odlotów. Gorączkowo szuka tych upragnionych słów i wreszcie dostrzega je na samym początku listy. Ale nagle coś się zmienia. Teraz. Właśnie w tym momencie.
Na jej oczach litery tworzące słowa "Warszawa - Mediolan" zaczynają szaleńczo wirować. Coś się zmienia. Odchodzi czas. Rodzi się miejsce dla następnej nazwy. Tamta odeszła już w zapomnienie, choć tak bardzo chciała schwycić ją siłą spojrzenia. Znikło, po prostu.... Znikło...

A więc... odleciał? Naprawdę odleciał... Przecież miało być jak w filmie... Gorączkowo rozgląda się dookoła. Nie, to nie mogło się tak skończyć. Został. Na pewno...
Zaraz pojawi się gdzieś tam, pomiędzy masą bezimiennych postaci i z promiennym uśmiechem zacznie zmierzać w jej stronę. I powie, że mógłby tak czekać przez całe życie. I będzie dobrze. Wszystko znów będzie dobrze. To przecież film.... dobry film. A takie zawsze kończą się happy - endem.
Spragnionym spojrzeniem łowi ludzkie twarze. Boi się drgnąć. Boi się nawet oddychać, by nie spłoszyć baśni, która miała przecież nadejść. Aż w końcu odrywa się od ziemi i zaczyna biec, chłonąc wzrokiem napisy na tabliczkach informacyjnych. Dobiega do okienka. Musi mieć pewność.
-Przepraszam, czy samolot do Mediolanu już odleciał?
-Tak, dosłownie chwilę temu. Ale jeśli pani chce, to...
Nie słucha już dalszych słów. Musi iść. Musi go odnaleźć. Idzie przed siebie i czuje, jak drżą pod nią kolana. Wie jednak, że nie może upaść. Musi być silna. Musi iść...

Stoi w samym centrum ogromnego holu. Rozgląda się... Ale jest tylko cisza. Cisza wokół niej, bo dookoła szaleńczy tłum pędzących ludzi. I nikt nie nadchodzi. Nikt nie czeka. Tylko porzucone opakowania po zapiekankach łagodnie fruną ponad powierzchnią ziemi popychane lekkimi podmuchami wiatru. Ale cisza. Nikt nie nadchodzi.
A łudziła się, że film może trwać... Przez wieczność...


Taksówka stała pod lotniskiem już od dobrych kilkudziesięciu minut, czekając na swój upragniony kurs. Sam pan kierowca, pochłonięty bez reszty wertowaniem artykułu na temat najnowszych osiągnięć kadry narodowej w piłce nożnej, nie zauważył nawet pięknej, młodej kobiety, która właśnie opuściła rzeczony budynek, kierując się w jego stronę.
Dopiero, kiedy podeszła bliżej, taksówkarz oderwał wzrok od swojej pasjonującej lektury, a jego uwagę od razu przykuł osobliwy wygląd potencjalnej klientki. Jej garderoba zdecydowanie nie należała do tych "typowych", które na co dzień można było spotkać na warszawskim Okęciu.
Kobieta miała na sobie długą, białą, ślubną suknię, a jej ciemne włosy upięte były w coś, co bez wątpienia kiedyś było misternym kokiem. Pomijając jednak tych kilka oryginalnych szczegółów, z całą pewnością mógł stwierdzić, że należała do tych "atrakcyjnych".
- Gdzie jedziemy? - spytał wesołym tonem, kiedy niepewnie otworzyła drzwi i wsiadła do środka.
- Gdzie...? - odpowiedziała nieprzytomnie. ..No właśnie, gdzie? Gdzie?! Teraz wszędzie było dla niej już tylko "nigdzie". Jedno, wielkie "nigdzie". Nie mogła przecież wrócić na pokaz. Nie zniosłaby tych pytań. Nie zniosłaby Ich. Ich wszystkich. Teraz potrzebowała już tylko samotności. Już tylko tyle. ....Nie zdążyła. Zgubiła ją własna duma. Nie zdążyła... - Nad Wisłę. Niech pan jedzie nad Wisłę.
Taksówkarz wyraźnie wyczuł jej drżący głos, ale nie ośmielił się o nic pytać. W lusterku dostrzegł tylko, że lazurowy błękit jej oczu zaszklił się niebezpiecznie przejrzystymi łzami.


Znajome, wątłe trawy łagodnie łaskotały jej stopy a ciepły podmuch wiatru przeczesywał włosy, strącając świeże łzy z wilgotnej twarzy. Nie starała się ich powstrzymywać. Była sama. Wreszcie nie musiała udawać, że jest silna. Że to wszystko nic jej nie obchodzi.
Nie da się tak. Nie można tak po prostu się zmienić i stać się panem i władcą swojego życia. Nie da się, bo codzienna walka w końcu i tak wyniszczy ciało, zmuszone do długiego odwyku od serca.
    Już niedaleko. Całkiem niedaleko. Właśnie tam było ich miejsce. Ich własne. Podobno to właśnie tu wszystko zrozumiał. Tak napisał w swoim liście. Ale to nie było już ważne. Nic nie było ważne. On odszedł. Zniknął nagle, niczym w ulotnym obłoku mgły. Zbyt długo czekał na pocałunek lodowej księżniczki.
    Czy bolało? Nie. To miejsce w jakiś sposób przynosiło ukojenie. Tu było łatwiej. Prościej. Tylko ona i wiatr. Nie musiała już być ani myśleć. Mogła tylko pamiętać i w tej pamięci pragnęła się teraz zatracić, dając sobie ułudę dawnego szczęścia. Wtedy, kiedy jeszcze kochała czysto i pięknie. Kiedy mogła być małą dziewczynką.
    Chciała podejść tam, w miejsce ich dawnego, wieczornego spotkania. Zanurzyć się we wspomnieniach. Przez chwilę po prostu nie być w tej rzeczywistości, zanim przyjdzie nieunikniona fala bólu. Nim dotrze do niej namacalnie, że już na zawsze utraciła to, co najpiękniejsze...
Jakiś przechodzień kręcił się właśnie po ich pomoście. Po ICH pomoście. Dlaczego zawsze jest tak, że kiedy pragniesz być sam, wokół ciebie zjawiają się tłumy, a kiedy jesteś samotny, nie pojawia się nikt? Tak było i tym razem...
Nieświadomy, niewidzący, szary człowiek, mający w głębokim poważaniu to, czym było to miejsce dla kogoś innego. Przyszedł tu tylko popatrzeć na rzekę. A ona? Ona chciała poczuć! Dotknąć! Wchłonąć! Mocniej! Pełniej! Prawdziwiej...
Pragnęła tego tak mocno i chciwie, że w tej chwili wydało jej się to sprawą życia i śmierci. Podejść, dotknąć... Tylko ona i wiatr. Tak bardzo pragnęła być sama. SAMA!
To nie był zwykły pomost, do cholery! To było jej serce. Tu je zostawiła, nie wiedząc jeszcze, że już nigdy nie dane jej będzie po nie wrócić.
Miała ochotę rzucić się na tego człowieka. Zadać mu ból. Zmusić do ucieczki, tak, aby zniknął i pozwolił jej wreszcie zatopić się w samotności. W jej prywatnym, małym świecie. Jedynym, który jej jeszcze pozostał.
Miała ochotę paść na ziemię i płakać, płakać, płakać. Albo krzyczeć tak głośno, ile tylko w płucach sił. Zamiast tego jednak pochyliła głowę i przywdziewając maskę obojętności ruszyła przed siebie, zaciskając zęby.

-Halo? Tak... To Ja...

Słowa, słowa, słowa.... I głos... ten głos
Tak zwyczajny. Codzienny. Prosty... A jednocześnie taki nierealny.
Znieruchomiała. Świat stanął w miejscu. Czas zatrzymał swój bieg. Nie miała odwagi, aby się poruszyć. Na nic nie miała odwagi. Ale przecież... Znała ten głos. Aż za dobrze... Aż za dobrze...
Podniosła głowę i drżącą ręką otarła łzy, by móc znów ujrzeć świat bez ich kojącej zasłony. I ujrzała. Chociaż nie miała w sercu jeszcze wystarczającej siły, by uwierzyć.

-.... Nie wyjechałem.... Tak! Dobrze słyszałeś, do cholery! Nie wyjechałem! Nie dałem rady, ok? Znowu nie dałem rady... Nie mam siły ci tego wszystkiego tłumaczyć.

Bo przecież tak wiele wciąż ich dzieliło... To jednak był film... Jego ciemne włosy łagodnie powiewały na wietrze.

- ... Tak! Byłem tam... Pojechałem na to lotnisko.
Paula gadała coś o tym swoim Mediolanie, o naszych znajomych, o spacerach po Piazza del Duomo... a ja myślałem tylko, że już nigdy nie zobaczę Jej oczu.... Stary! Ja po prostu zaczynam wariować!
Nie chcę, żeby tak to wyglądało. Jestem w tej chwili ostatnią osobą nadającą się do zabawiania tłumów, a obydwaj dobrze wiemy, że tam właśnie tak będzie - kretyńskie spotkania, idiotyczne problemy... Tylko to ich interesuje... Oni wszyscy oczekują ode mnie, że będę tym samym szczęśliwym, przebojowym gościem z czasów, kiedy jeszcze należałem do ich świata.
Tylko, że ja już do niego NIE należę! A to niestety wykracza poza granice ich percepcji. Nie jestem ani przebojowy, ani, tym bardziej, szczęśliwy. Potrzebuję ciszy! Potrzebuję po prostu pozbierać myśli.... Patrzyłem wtedy na Paulinę plotącą mi nad uchem i miałem ochotę po prostu... uciec. Gdzieś daleko... Nie chciałem nawet patrzeć jej w oczy... Stary, ja nie mogłem... Nie umiem! Przecież już nic mnie z nią nie łączy. Nic mnie to wszystko nie obchodzi. Byłbym tam nikim.... Z resztą... tu też jestem.... Po prostu cały czas myślałbym o innych sprawach, niż tego ode mnie oczekują.
Wiesz... Ja nawet się z nią nie pożegnałem... Nie, Seba, nie mówię o Paulinie!.... Może powinienem napisać jej chociaż list. ... Tak ... Wiem, że już kiedyś próbowałem. ...Nawet nie mam pewności, czy w ogóle go przeczytała... ale... Słuchaj, ja nie mogę tak po prostu wyjechać. Bo może... już nigdy... - przełknął ślinę - Nie rozumiesz, nie? Wiesz, stary... ja sam chyba przestaję to wszystko rozumieć. Gubię się... Po prostu.... odbiło mi!
Nie! Do cholery! Nie wiem, co teraz zrobię! Dlaczego wszyscy muszą o to pytać?! NIE MAM POJĘCIA! I szczerze mówiąc... mam to gdzieś. Nie wiem... Pójdę do baru, schleję się jak dzika świnia i spróbuję zapomnieć.... Ale nie zapomnę! Nie da się zapomnieć, że przegrało się życie. ...Oj, zamknij się wreszcie! Mówiłem ci już - wszystko, co miałem, było zasługą kogoś innego.         Nie zapomnę. Wrócę tam i będę stał jak jakiś kloszard pod jej oknem, aby ujrzeć ją jeszcze choć jeden raz. Przez krótki ułamek sekundy. Nie... nie spotkam się z nią. Nie będę miał odwagi,  przecież znów nie dotrzymałem słowa...
Tym razem nie sprawię jej jednak bólu. Będę patrzył z daleka, chłonąc każdy jej zwykły gest, każdy uśmiech, każdy...pocałunek...- głos zadrżał mu niebezpiecznie. - Chciałbym tylko zapisać w pamięci jej twarz. Zanotować każdy jej ulotny szczegół tak, żebym już na zawsze zapamiętał, jakim byłem kretynem...
A potem... wyjadę. Tak, wyjadę! Gdzieś daleko. Nie, nie do Mediolanu. Muszę jechać gdzieś dalej. Gdzieś gdzie jest dużo ciszej i trudniej. Gdzie nie dogonią mnie demony przeszłości. I tam zacznę od nowa. Sam! Bez żadnego, cholernego prowadzenia za rączkę.
Ale słuchaj, Seba. Nie mów jej, że nie wyjechałem. Ani jej, ani nikomu innemu. Przecież.... w końcu jej obiecałem... Po raz kolejny... Słuchaj, ja muszę wreszcie zerwać z przeszłością. Całkowicie i nieodwołalnie... Tamtego Marka Dobrzańskiego już nie ma. Wyjechał gdzieś daleko. Do Mediolanu czy innego zadupia na drugim końcu świata. Nie ma go. Po prostu... Nie istnieje... ...Seba...  Przepraszam. ...Przepraszam... - Zawahał się przez chwilę. - Nie dzwoń do mnie... Już nigdy... Nigdy... Żegnaj, stary. - Z trudem oderwał słuchawkę od ucha. Niemal namacalnie dało się wyczuć toczącą się w jego sercu walkę. 

"Oto wypędzam szatana.
Oto wypędzam anioła.
Wypędzam z serca obu ich,
Ich obu, co często są jednym.
Niech przyjdzie mi samemu żyć
O skrzydłach własnych i rdzewnych."


Zastygła w bezruchu, czując, że jej stopy stały się nagle ciężkie jak kamień, a mięśnie straciły wszelką moc sprawczą. Nie była w stanie się poruszyć. Nie miała w sobie nawet tyle odwagi, aby chociażby drgnąć. Nie potrafiła... Nie wiedziała, czy sprawiła to jego bliskość, czy też słowa, które padały z jego ust, a może sama druzgocząca świadomość mającej wkrótce nadejść nieodzownej konfrontacji. Bólu słów rozrywających stare rany.
Nie wiedziała, czy ma prawo tu być. Czy ma prawo się do niego zbliżyć. Przerażał ją. Wyglądał zupełnie inaczej, niż wtedy, kiedy widzieli się po raz ostatni. A może po prostu do tej pory nie pozwalał jej się takim oglądać? Patrzyła na człowieka zatopionego w jakiejś niewytłumaczalnym, wewnętrznym cierpieniu, które tak wyraźnie objawiało się nie tylko w wyrazie jego twarzy, ale także w całej jego posturze. Człowieka nieszczęśliwego, zdesperowanego, zagubionego, a kontakt z takim człowiekiem wymaga zupełnie innego rodzaju wrażliwości. Właśnie to tak bardzo ją w tej chwili przerażało. Przecież Marek był silny. Był zdecydowany. Był.... Zawsze był! To przecież on ją skrzywdził. Choć w tym momencie wcale nie była tego taka pewna....
Wyraźnie widziała jego jasne oczy, wpatrujące się tępo w ciemny, martwy wyświetlacz milczącego telefonu.

No i co, Marku Dobrzański? A więc wreszcie to zrobiłeś. Namacalnie i nieodwołalnie zerwałeś ze wszystkim tym, co miałeś. Porzuciłeś za sobą życie. Zostałeś sam. Nie masz nic.... Jesteś tylko ty. No... i co powiesz? Jak teraz sobie poradzisz? Bez tatusia za plecami? Bez wiernej asystentki u boku? Co zrobisz, Marku  Dobrzański? Nie martw się, nie stoczysz się na dno. Przecież już od dawna tam jesteś... Teraz czeka cię już tylko jedno "poniżenie". Wzięcie odpowiedzialności za własny, haniebny los. Los lepiony od dziś już tylko i wyłącznie twoimi własnymi dłońmi. I dopiero, gdy opuchną ci zmęczone pracą palce... Gdy na ciele pojawią się rany, a czerwień pokryje twą delikatną skórę. Dopiero wtedy będziesz mógł powiedzieć, że naprawdę żyłeś. Ale... czy kiedykolwiek zdołasz załatać tę olbrzymią pustkę w twoim sercu?
Zostałeś sam. Ty i twoje chore myśli. Będą cię dręczyć do końca życia. Nawet wtedy, gdy będziesz próbował zatopić je gdzieś na krańcu świata, w piekącym słońcu pustyni, czy w bezkresie ciemnych wód oceanu. No i co teraz powiesz, Marku Dobrzański, prezesiku od siedmiu boleści?

W jego głowie wciąż grzmiała ta niekończąca się tyrada z samym sobą. Bolesny głos wyrzutu sumienia, który już od dawna nie opuszczał go w żadnym miejscu i czasie. A jednak  wszystkie te myśli budziły w nim rodzaj jakiejś chorej satysfakcji. Tak! Chciał cierpieć. Chciał zadać sobie ból. Ukarać siebie za wszystkie błędy, które popełnił. Zemścić się na swoim ciele i swoim umyśle. I może wreszcie odseparować swą niszczycielską jednostkę od całej reszty tego skomplikowanego świata. Jak okrutnie jest nienawidzić samego siebie. Kiedy nie jesteś w stanie wymierzyć sobie nawet odpowiednio bolesnego ciosu prosto w twarz.
I co, Marku Dobrzański. Czy wciąż jesteś tchórzem? Wiesz dobrze, że nie dasz rady... Ty nie umiesz żyć bez tego wszystkiego, co zagarnąłeś, nie pytając o pozwolenie. Bez wszystkich codziennych zachcianek. A więc jesteś tchórzem. Masz odwagę odejść? Podnieść głowę i zniknąć. Gdzieś, gdzie nie będzie ciągnął się za tobą sznur przeszłości. Gdzieś, gdzie być może staniesz się tylko zwykłym żebrakiem. Jesteś na to gotowy? Wreszcie naprawdę cierpieć? Stanąć z losem oko w oko i dowiedzieć się, jak to jest naprawdę żyć? Masz odwagę? Nie masz wyboru. Musisz mieć! Już nie ma dla ciebie odwrotu. Nie ma drogi. Każde miejsce i twarz wywołują ból. Sam spaliłeś swoje mosty. Przez własną, egoistyczną głupotę. Marku Dobrzański, czy ty umiesz cokolwiek zrobić porządnie...? Wreszcie od początku do końca?

Widziała, jak jego twarz tężeje w nagłym przypływie emocji, a jednak ciało wciąż pozostawało nieruchome. I nagle, bez żadnego ostrzeżenia wszystkie jego mięśnie spięły się w bezwolnym skurczu, a dłoń wystrzeliła w powietrze. Zamachnął się i z całą swoją mocą, z krótkim przebłyskiem furii wymalowanym na twarzy, bez mrugnięcia okiem cisnął swój telefon w zimną toń Wisły. Jeden krótki zamach. Jeden zamaszysty ruch, przepełniony milionem zbyt długo tłumionych emocji.
Ula gwałtownie wciągnęła powietrze, słysząc głośny plusk skłębionej wody. Nie rozumiała, dlaczego to zrobił, podświadomie czuła jednak, że nie był to tylko zwykły gest. W tym było coś więcej. Cicha, niepodważalna deklaracja, przebłysk ostateczności, odcięcie cienkiej linii łączącej dwa, zupełnie nieznane jej lądy.
Widziała, jak podszedł kilka kroków naprzód, wpatrując się w miejsce, w którym na powierzchni wody pozostał niewinny ślad pulsujących kręgów. Żywe były w nim już tylko oczy. Widziała, jak wzrokiem zdaje się drążyć na wylot powierzchnię wody, w skupieniu chłonąc hipnotyzującą moc jej bursztynowej toni. Jakieś dziwne napięcie zrodziło się i trwało pomiędzy tymi dwoma bytami - człowiekiem a rzeką. Napięcie, wypełniające obszar między nieruchomym punktem jego źrenic, a drżącą powierzchnią ciemnej, skłębionej wody. Napięcie, które chwilami zdawało się być... niebezpieczne...
Wzdrygnęła się nagle. Przerażająca, straszna myśl przemknęła przez jej głowę, wywołując gwałtowny, niekontrolowany skurcz serca. A może on.... Może...?!

A gdyby tak skoczyć? Po prostu. Skoczyć. Zakończyć tą całą farsę jednym, prostym gestem. Nie czuć. Nie myśleć. Już nigdy. Pozbyć się całego bólu. Zatopić w chłodnych odmętach wody, które ukoją drżące, rozpalone ciało i zaleczą nadszarpnięte serce. Rajski chłód wedrze się do gardła, i wypełni wnętrzności, wypłukując z ciała każdą bolesną cząstkę materii, wraz z ostatnimi resztkami życiodajnego tlenu. To byłoby takie łatwe. Jeden skok. Nic więcej. Żadnych wyzwań, cierpień, przeszkód. Żadnych błędów, z którymi trzeba się rozliczyć. Żadnych obezwładniających, błękitnych oczu, które potrafią wyrażać już tylko samą  nienawiść...
To tylko krótki ból skroni. Ucisk rozrywanych przez wodę płuc. A potem już tylko ciemność. I cisza. I miękki piasek pod upadającym bezwładnie ciałem.
Przynajmniej ten świat miałby o jeden problem z głowy. No dalej! To przecież proste. Oni nie chcą cię znać. Nie masz nic do stracenia. Życie? Twoje życie już dawno przestało być wartością. No dalej! To tylko jeden prosty skok. Odbicie się od ziemi. Czy łatwo jest unicestwić własne ciało?
Nie, Marek. Nie... To jednak prawda. Zbyt wielki z ciebie tchórz. Boisz się nawet spojrzeć śmierci prosto w oczy. Boisz się stanąć przed nią i powiedzieć, że od początku do końca byłeś nikim. Boisz się... najzwyczajniej w świecie. Boisz się cierpienia. To prawda, Marku Dobrzański. Jesteś tchórzem. Cholernym, pieprzonym tchórzem. Nie potrafisz się nawet zabić. Nawet na to nie masz wystarczająco dużo siły. Nawet tyle. Do jasnej cholery, czy ty umiesz cokolwiek zrobić dobrze?!


Odwrócił się gwałtownie, i choć w jego oczach błyszczała nienaturalna dzikość, linia napięcia została ostatecznie zerwana. Z ust Uli wyrwał się cichy jęk ulgi.
Zamaszystym, szybkim krokiem przebrnął przez wysokie trawy. Zmierzał w stronę niepozornie porzuconego pieńka, stojącego tuż przy ognisku, gdzie spędzili najpiękniejszą noc swojego życia. Lecz teraz nie było już tej nocy i tego Marka. Ten dzisiejszy kroczył tą samą drogą ze spuszczoną głową, zaciśniętymi pięściami i wyrazem bezsilności na martwych ustach. Usiadł ciężko, ukrywając twarz w dłoniach i zastygł, wchłonięty przez otchłań własnych myśli. Zaczął padać deszcz, jednak on nawet nie drgnął, choć chłodne krople wody spadały na jego jasną koszulę, zostawiając po sobie srebrzysty ślad. Czasami tylko można było dostrzec nieznaczne drżenie jego ramion.

Miał już dość. Dość! Przerastało go to wszystko. Emocje i uczucia rozdzierały jego ciało na tysiące maleńkich kawałeczków, nie mogąc znaleźć ujścia w otaczającej go rzeczywistości, a on sam nie potrafił sobie z nimi poradzić. Nie potrafił uwolnić się od samego siebie. Wściekłość, że uległ właśnie tej niewytłumaczalnej sile swoich chorych namiętności, wciąż nie umiejąc jej pokonać, tkwiła w nim, jeszcze bardziej druzgocząc resztki trzeźwej świadomość. Gubił się w tym wszystkim. Szamotał między kłamstwem a prawdą, drążąc otchłań własnego sumienia, a jednocześnie nie mogąc znieść tego bezlitosnego głosu, zadającego mu kolejne ciosy prosto w serce. Miał ochotę krzyczeć. Krzyczeć tak głośno, aby rozedrzeć świat na strzępy. Aby wykrzyczeć z siebie całą swą złość, rozpacz, smutek i pustkę. Krzyczeć! Jak najgłośniej! Stać się jednym, wielkim krzykiem. Rozerwać swoje gardło, ogłuszyć i utonąć w obezwładniającym, niszczącym krzyku. Tak bardzo chciał krzyczeć... Jednak nie miał już sił.
Poczuł pod palcami gorące krople deszczu. Gorące? Czy to na pewno był deszcz? Kropla. Kropla. Kropla...
Kropla przepełniająca czarę. Moment, w którym to wszystko, co siedzi w tobie, osiąga apogeum, przekraczając granice ludzkiej akceptacji i opętując duszę. Kiedy już wszystko traci swój sens. Kiedy pozostaje tylko ciemna strona. Strona otchłani i  rozpaczy. Negacja serc. Negacja uczuć. Negacja wszystkiego, co kiedykolwiek miało jakiś sens. I pustka. Bo co pozostaje? Pustka. I niewysłowiony ból...

"Bo nie ma we mnie nic i nic nie jestem wart
A czerwień mojej krwi to tylko jakiś żart."


Znów widział jej twarz. Była inna. Inna od tej, którą tak dobrze znał. Od tej, którą poznał niecałe półtora roku temu i którą pokochał, choć tak długo bał się do tego przyznać. Ta twarz, którą ujrzał w swojej głowie, była zimna, nieczuła, pozbawiona jakiegokolwiek śladu dawnego uśmiechu. Włosy straciły swój ciepły, kasztanowy połysk, przybierając odcień chłodnego mahoniu. Oczy, pozbawione swojej dawnej, bezpiecznej zasłony, zamiast rozbłysnąć blaskiem jasnego lazury, lśniły lodowatym błękitem, zmrażającym  jego serce za każdym razem, gdy po raz kolejny rodził się w nich gniew. Jej dawny, szczery uśmiech stał się teraz wystudiowaną kampanią marketingową, doskonale współgrającą z idealnie skompletowaną, wysmakowaną garderobą. Przez chwilę miał wrażenie, że widzi w niej odbicie Pauliny, a perspektywa ta przeszyła  jego serce zimnym dreszczem.
Tak wiele razy go raniła, celując prawdą prosto między oczy. Tak wiele razy czuł, jak zimny sztylet jej słów przeszywa jego pierś na wylot, a on sam nie jest w stanie się bronić. Nie jest, bo wszystko to, co mówiła, było prawdą. Milczy więc. Stoi przed nią, zaciskając wargi i niemo znosząc okrutny ciężar swojej pokuty. Jak zbity, pokorny pies. Pies, który wciąż kocha.
Czuł.. Wiedział przecież, że wszystko to nie stało się od tak. Że to właśnie on zamienił jej serce w głaz, pozwalając wtopić się w ten chory świat, w którym tak długo egzystował. I to właśnie najbardziej go bolało. Miał wrażenie, że ukradł jej wszystko to, co miała najpiękniejszego. Że brutalnie wyrwał jej z rąk prawdę, szczerość i niepodważalną wiarę w ludzi. Pozbawił ostatniego diamentowego błysku, sprawiając, że zmieniła się w kolejną, niewiele wartą bryłkę węgla. Bo co dostała w zamian? Zimny, okrutny świat, z którego kiedyś tak bardzo chciała go wydostać.
Och, gdyby tylko mógł zrobić cokolwiek, by odpędzić sprzed jej oczu te wszystkie złe sny. Ochronić przed demonami przeszłości i przyszłości. Ogrzać ciepłym dotykiem ramienia. Gdyby tylko mógł, byłby na każde skinienie...
Nie mógł. Nie miał prawa. Już nie... Bo ona nie pozwalała mu się do siebie zbliżyć. Wiele razy był tuż obok niej, na wyciągnięcie ręki, wyczuwając jej delikatny oddech na swojej skórze. Wtedy właśnie cierpiał największe męki, wiedząc, że nie ma prawa jej dotknąć. Że już do niego nie należy. Że nie może zanurzyć swoich dłoni w jej włosach, że nie poczuje pod palcami dotyku jej ciepłej skóry, nie złoży pocałunku na jej miękkich wargach. I nie mógł zrobić nic. Choć była tak blisko. To bolało. Bolało bardziej niż jakikolwiek inny ból.
Bo tylko jej jednej pozostał wierny. Tylko jej był pewny. Wszystko inne straciło sens w chwili, gdy nauczył się myśleć. I tylko ona pozostała prawdziwa, nienaruszona, czysta.
Lecz teraz... teraz już wiedział. Nie ma prawa. Już nigdy nie będzie miał jej na własność. Już nigdy nie będzie jego. Nie miał prawa żebrać o każde jej krótkie, łaskawe spojrzenie. Prześladować ją przez wieczność. Nie miał prawa niszczyć reszty jej życia. Musiał zniknąć, nawet, jeśli odebrał by sobie w ten sposób ostatnią iskrę nadziei. Nawet za cenę swojego cierpienia.
Niepowstrzymana fala smutku wdarła się w głąb jego ciała. Zbyt wiele. Zbyt wiele spraw, które musiał rozwiązać. I zbyt wiele czucia. Nic już nie wiedział. Nic. Nie panował nad sobą, nad swoim życiem, nad czymkolwiek, co miało miejsce tu i teraz. Wszystko było sprzeczne... obce. Ciągły, nieustający ucisk serca. Niezaspokojone pragnienia umysłu.
Pozbył się już wszelkiej iluzji - nie  umie działać trzeźwo. Zawładnęły nim bezlitosne porywy namiętności. Znów był samotnym, małym chłopcem w ogromnym, zimnym wszechświecie.


- Cześć... 
Poderwał się nagle, jak tknięty rozgrzanym do czerwoności żelazem. Szeroko otwarte oczy zwróciły się w stronę, z której pochodził głos, z niemym wyrazem przerażenia i szoku wymalowanym gdzieś w głębi źrenic. Wyglądał jak zaszczute zwierze, zaatakowane znienacka przez podstępnego drapieżnika. Zwierzę zastygłe w przerażeniu.
- Marek? - wyszeptała niepewnie, chcąc jakoś przerwać tą straszną, niezręczną ciszę. Dopiero wtedy ocknął się z odrętwienia, wstrząsając lekko głową i nerwowo mrużąc powieki. Jego usta poruszały się lekko w niemej próbie wydobycia z siebie jakiegokolwiek dźwięku.
- ... Ula...yyy... Cześć... - wyjąkał w końcu, zrywając się gwałtownie z porzuconego pnia. Z roztargnieniem sięgnął dłonią do twarzy i drżącymi palcami przesunął po swoich wilgotnych powiekach. Miał szczęście. To, co tak bardzo chciał ukryć, skutecznie zniknęło za zasłoną błogosławionego deszczu. - ... Co ty tutaj robisz?
- Ja... przyszłam pospacerować.  - Głos jej drżał. Jego bliskość, niezwykłość tego miejsca i czasu oraz grające w niej emocje onieśmielały ją i przerażały. Powietrze wokół nich zdawało się być gęste, przesycone wzajemnym dystansem, widmami przeszłości, ciężarem niewypowiedzianych słów. Banalne tematy były najprostsze... Tak wiele chciała mu teraz powiedzieć, a jednak brnęła bez sensu w obce, zupełnie nieistotne zdania. - No wiesz. Chciałam się jakoś... zrelaksować po pokazie. - Uśmiechnęła się blado.
- Ach...no tak! Pokaz... I jak poszło? Wszystko się udało?  - zapytał, starając się nie patrzeć w jej oczy. Tak naprawdę niewiele go to w tej chwili obchodziło. Brnięcie w ten temat pozwoliło mu zyskać trochę czasu, a potrzebował go teraz sporo....

Czuł się nagi. Nagi i bezbronny. Maska, którą nosił na co dzień, pozorująca spokój jego ducha, tuż przed chwilą została brutalnie strącona na zimny piasek. Na co dzień ukrywał za nią swoją twarz. Nie życzył sobie współczucia w oczach innych. Nie znosił, gdy traktowano go jak ofiarę. Nie chciał pomocy i miał zamiaru nikomu zawracać głowy swoim chorymi problemami. Musiał być twardy. Twardy przede wszystkim przed nią. Przed tą, której powiedział że "nic", "zupełnie nic", że pozostała już tylko przyjaźń.
Gdyby ujawnił chociaż cień emocji, znów gotowa byłaby uznać, że wkręca ją w jakąś idiotyczną gierkę, a tego przecież nie chciał. Nie chciał, by mu współczuła. Nie chciał posuwać się do takich metod jak szantaż emocjonalny, bo przecież nie mógłby żyć z myślą, że widzi w jej oczach już tylko litość... i nic więcej. Nie... Nie chciał jej tym obciążać... Przecież już wybrała...

Mimo to rozgoryczenie, ból i narastające wyrzuty sumienia spiętrzały się w jego ciele już od wielu dni i coraz trudniej było mu je hamować. Coraz trudniej powstrzymywać się od działania zgodnie z rozpaczliwymi pragnieniami umysłu.
Skrywany ból potrafi czasem urosnąć do niewyobrażalnych rozmiarów, a potem wybuchnąć nagle z głośnym hukiem, uwalniając rzeki uczuć i strumienie więzionych łez. Dla niego to była właśnie taka chwila. Przyszedł tu, nad tę rzekę, by wreszcie szczerze porozmawiać ze swoim życiem, przeprowadzić ostateczny rachunek sumienia.
I kiedy stał tak zupełnie sam, pękło w nim to wszystko, co tak usilnie starał się zagłuszać, gdy miał w sobie jeszcze ostatnie resztki nadziei. Wybuchło... a on pozwolił sobą zawładnąć. Był przecież sam, zupełnie sam. On - osamotniony, szary człowiek na pustym brzegu rzeki. Nikt nie widział jego łez. Jego słabości. Tego, że najzwyczajniej w świcie wygrywa z nim jego własne ciało i własne serce. Był całkiem sam....
Poddał się rozrywającej sile wybuchu, przestał usilnie hamować łzy, obnażył wszystko to, co tak szczelnie ukrywał do tej pory przed całym światem. Owszem, Marek Dobrzański miał uczucia i to uczucia tak silne, że targały całym jego ciałem jak szmacianą lalką. Był nagi. Nie musiał już niczego udowadniać. Nie musiał być nikim innym. Tylko tu, w obliczu bezpiecznej, łagodnej rzeki, mógł przyznać, że naprawdę cierpi.
I wtedy pojawiła się ona. Ta, przed która tak bardzo chciał to wszystko ukryć. Stała tu, tuż obok niego. Była tak piękna, jak wtedy, gdy widział ją po raz ostatni... albo i jeszcze piękniejsza. Ubrana w długą, białą suknię wyglądała jak anioł, który zstąpił na ziemię, aby spotykać tam właśnie jego - zwykłego, szarego grzesznika
Stał przed nią i czuł, że jest nagi, jakby obnażał całe wnętrze swojej potępionej duszy. Nie umiał w jednej chwili zdusić w sobie spiętrzonej siły własnych uczuć i przywdziać swej zwykłej maski obojętności. Nie umiał zahamować duszącej fali bólu przelewającej się gdzieś w jego piersiach. Bał się. Bał się, że nie da rady powstrzymać swoich emocji, a jej obecność rozogniała tylko od dawna obolałe zmysły. Czuł, jak jego gardło zaciska się w niemych skurczach. Jak do oczu raz po razie napływają fale niechcianych łez. Odwracał twarz, szybkimi ruchami powiek starając się odpędzić nękające go widma przeszłości, wiedział jednak, że nie wytrzyma tak długo. Prędzej czy później wszystko powróci do niego ze zdwojoną siłą.
Nie chciał, aby to wszystko widziała. Nie chciał płakać. Nie przy niej. Chyba pierwszy raz w życiu wolałby być jak najdalej od tego miejsca. Od niej. Każde jej spojrzenie, gest, zapach wyzwalało w nim dawne emocje, a on wiedział, że nie może sobie pozwolić na powrót. On też już postanowił. Nie ma prawa. Nie ma prawa nawet do małej kropli sączącej się z nikąd nadziei.
Ona coś mówiła... Zdaje się, że opowiadała o pokazie, słowa jednak nie docierały do jego uszu, porwane przez nagłe podmuchy wiatru.
Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że popełnił błąd - nawiązał rozmowę. W pośpiechu rzucił pytanie najprostsze z możliwych... i najniebezpieczniejsze - co tu robi. Pytanie zwrotne również musiało nadejść, prędzej czy później. Co wtedy odpowie? Że znów nie wyjechał? Że znów złamał dane jej słowo? Kłamca! "Z tobą nic nie jest naprawdę." Kolejny raz zrobił coś źle. Znów coś nie tak. Znowu nawalił. Obiecał, że się zmieni, a jednak wciąż popełniał te same błędy. Cholera jasna! Jak miał znów spojrzeć jej w twarz? Jak wytłumaczyć? Jak znieść kolejną porcję gorzkich słów, wyrzutów sumienia, nutę zawodu w jej głosie... Jak?!


- ...No i pokaz dobiegł końca, a ja postanowiłam tu przyjechać, żeby... no wiesz.. odreagować ten cały stres. Nie spodziewałam się, że ty...
Prędzej czy później i tak będzie musiał stanąć oko w oko z tym niezaprzeczalnym faktem. Znieść kolejny cios jej bolesnych słów, a im szybciej to zrobi, tym lepiej.
- ... Tak, wiem. Wiem, że miałem dzisiaj wyjechać. Posłuchaj... Ja ci to wszystko wytłumaczę. Po prostu...
- Nie. Marek. Nie musisz. Ja... Ja to wszystko już wiem. Słyszałam. -  nerwowo przełknęła ślinę. Czy miała prawo go podsłuchiwać? Nie, nie miała. Ale było już za późno. Usłyszała. Nie chciała ukrywać prawdy.
Spojrzał na nią szeroko otwartymi oczyma. Wiedziała? Co wiedziała? Przecież tylko Sebastian... A więc słyszała... Błądził po jej twarzy niespokojnym wzrokiem, analizując każde, nawet najmniejsze drgnienie mięśni. Jak długo stała gdzieś tam, ukryta w cieniu drzew, przyglądając się jego zdruzgotanemu ciału? Jak wiele słyszała? Wszystko? Była tutaj od samego początku. A więc wszystko.... I wszystko już wiedziała. A przecież miał dać jej spokój. Przecież "nic". Jedno wielkie "nic". A tymczasem on wciąż nie potrafił o niej zapomnieć. Kłamca. Psychopata. Nieuleczalnie chory maniak - masochista prześladujący ją na każdym kroku. Pewnie właśnie tak o nim myślała. A najgorsze było to, że miała rację.
Jej postać nie opuszczała jego umysłu już od wielu dni. Niezależnie od tego, czy była blisko czy daleko, zawsze miał ją tuż przy sobie. Tuż pod swymi powiekami.
Nie rozumiał, co dzieje się z jego ciałem, z jego mózgiem, z całym jego życiem. Po prostu pewnego dnia przyszła i z dnia na dzień zmieniła wszystko o 180 stopni. Bał się, że gdyby tylko mógł, byłby w stanie obkleić cały swój pokój jej zdjęciami. Tak, jak nastolatka uzależniona od ulubionego serialu*, tak on uzależniony był od Urszuli Cieplak. Czy tak wygląda miłość? Miłość... czy obłąkanie?
Nie. Nie mógł niczego wymagać. Przecież już wiele razy dała mu to do zrozumienia. Miało być "nic", ale on nie dotrzymał obietnicy. Teraz poznała go całego, do samej głębi. Wiedziała wszystko. Wiedziała wszystko o nim. Nie mógł liczyć już nawet na cienką, wątłą nitkę przyjaźni. Już nigdy mu nie zaufa. Czuł, jak jego gardło zaciska się w niemej konwulsji. Wiedział, że teraz pozostało mu już tylko jedno - cierpki smak dobrowolnej banicji.

"I wypędziłem szatana.
I wypędziłem anioła.
A w serce moje wstąpił wiatr
I tam on zamieszkał, i szumi.
A domem moim stał się las,
Nad lasem biją pioruny."


- Ula... Ja... Jeśli tylko chcesz, wyjadę jeszcze dziś. - Nawet nie zdawała sobie sprawy, jak ogromny trud sprawiały mu te słowa. Każdy jego nerw rozdzierał się w niemym sprzeciwie. - Obiecuję... Tym razem naprawdę. Wrócę tam jeszcze dziś i wsiądę w pierwszy lepszy samolot, które uda mi się złapać. Nie bój się. Nie będę cię już więcej nękał. - Zamilkł. Fala smutku ścisnęła go za gardło. - Z resztą... Nawet gdybym po raz kolejny nie dotrzymał obietnicy, ty i tak wkrótce wyjedziesz do Bostonu z tym twoim... Piotrem, więc tak czy siak nie będziesz musiała mieć już nigdy więcej ze mną do czynienia...
- Nie! Marek... Ja... Ja już nie jestem z Piotrem...

Te słowa zmusiły go, aby mimo woli po raz kolejny spojrzał prosto w przejrzysty błękit jej oczu. Poczuł, jak w jego sercu wykwita nagle ciepły, nieposłuszny płomyk nadziei, już po chwili zduszony  przez bezwzględny podmuch zdrowego rozsądku. To przecież nic. Nic wielkiego. Będą inni. Lepsi. A tej okrutnej blizny, którą on własnoręcznie wyrył na jej sercu, już nic nie jest w stanie uleczyć. Bo przecież wszystko to, co powie, "to już zawsze będzie kłamstwo".

- ...Zerwałam z nim, kiedy byłam u ciebie w szpitalu.
- Ale przecież... Ty... Nie byłaś...
- Byłam. Spotkałam na korytarzu Paulinę. Powiedziała, że nie chcesz mnie widzieć... Że to właśnie jej numer podałeś zaraz po wypadku, jako numer kontaktowy i...
- Że CO? Ula... Ty chyba w to nie uwierzyłaś? To... jakiś absurd. Naprawdę posunęła się do czegoś takiego? Niby... dlaczego miałbym nie chcieć cię widzieć? Tuż po wypadku zadzwonili na numer do mojego starego mieszkania, bo akurat ten miałem zapisany w papierach. Naprawdę nie miałem żadnego wpływu na to, że właśnie ona była tam ze mną. Ula... przecież ja.. - Ugryzł się w język dosłownie w ostatniej chwili, a jednak nie potrafił powstrzymać mimowolnie zaciskających się pięści. Bardzo dobrze pamiętał, jak się wtedy czuł. Wtedy, kiedy dowiedział się, że ona, właśnie ona, nie przyjedzie...
- Więc... wy... nie jesteście?
- To, co było między mną a Pauliną na całe szczęście już dawno przeszło do historii. O ile w ogóle kiedykolwiek coś było.
- Ale przecież ona wciąż cię kocha. Nie robiła by tego wszystkiego, gdyby...
- Nie, Ula, tu nie chodzi i nigdy nie chodziło o żadną miłość. Chodzi o żądzę posiadania. - stwierdził, wpatrując się w zamyśleniu w srebrzystoszarą taflę rzeki. To właśnie ona nauczyła go rozróżniać te dwa pojęcia, a potem odeszła, nie pozwalając nawet w pełni poznać istoty tego pierwszego. - ... Muszę już iść. Nie wiem, o której odlatują najpóźniejsze samoloty.
- Marek, poczekaj! ...Nie możesz. Muszę ci... coś powiedzieć.
- Słucham.
- Ja... wcale nie przyjechałam tu po to, żeby się przejść... Ja... jechałam na lotnisko. Chciałam cię zatrzymać, bo... Ostatnio dużo myślałam i... Sebastian pokazał mi te... karteczki, które... Marek, słuchaj, ja...
- Nie! Ula, przestań! Proszę cię. Przestań! - Zacisnął zęby, czując jak coś w nim kurczy się w rozdzierającej konwulsji. - To litość. Tylko litość... A ja nie chcę twojej litości... - Czuł, jak w jego żołądku wybucha bolesna pustka, pochłaniająca każdą komórkę jego zmęczonego ciała. Litość. Tylko litość. Nie wierzył już w nic. Nie miał prawa do żadnej nadziei.
- Nie, Marek, to nie tak! Ja... widzę, jak bardzo się zmieniłeś
- Ula... to już nie ważne. Zrobiłem to, co zrobiłem. A tego nie da się wybaczyć. Pozwól mi po prostu odejść. Nie jesteś mi nic winna.
- Nie, Posłuchaj... przez te kilka miesięcy żyłam gdzieś obok prawdziwej mnie, myśląc, że jestem silna. Ale nie jestem... Ja...
- Nie musisz za nic przepraszać. - Powiedział, wpatrując się beznamiętnie w srebrzystoszare niebo, pokryte ciemnymi, deszczowymi chmurami. Tak łatwiej było mu znosić ból słów. Ból rozstania. Nie chciał na nią patrzeć. Nie chciał słyszeć. Nie było nadziei. Był już tylko ból...

"Ciężko jest żyć bez szatana.
Ciężko jest żyć bez anioła.
Banita boski to mój los,
Lecz nie ja go sobie wybrałem;
To ona mi wybrała go:
Dziewczyna, którą ubóstwiałem."


- Marek, przestań!... Ja... Ja wreszcie coś zrozumiałam...
- Proszę cię...
- ...Nie! Ja chyba wciąż... wciąż...
- Ula...
- ...Cię kocham!

Ostatnie słowo wyrwało się z jej ust i zawisło pomiędzy nimi, rozbłyskują nagle tysiącem pulsujących barw. Powoli podniósł głowę i spojrzał prosto w jej błękitne oczy. Oczy zasnute przejrzystymi łzami.
Coś mówiła. Słyszał szmer jej słów, dostrzegał nieznaczne ruchy jej warg. Ale dla niego te słowa nie miały już żadnego znaczenia. Liczyło się tylko to jedno. To, które cały czas wybrzmiewało gdzieś w drżącym wokół nich powietrzu. Czy miał prawo wierzyć? Nie wiedział już, ile razy wyobrażał sobie tą chwilę. Chwilę, kiedy pewnego dnia ona powie po prostu "kocham", a on znów weźmie ją w ramiona i utuli pocałunkiem snów. A jednak teraz wszystko to wydawało się dużo trudniejsze. Długo stali po dwóch stronach bariery. Bariery wzajemnych niedopowiedzeń, złudzeń i kłamstw, a jednak jedno słowo uczyniło w niej wyrwę, uwalniając to, co oboje tak naprawdę zawsze wiedzieli. Właśnie teraz, kiedy stracił już wszelką nadzieję. Kiedy gotów był odciąć się od tego wszystkiego, co było dla niego ważne.
To jedno słowo świdrowało jego uszy. Coś dziwnego działo się z jego ciałem. I ten niepokój. Niepokój serca. Czy było prawdziwe? Musiał to wiedzieć. Musiał!
Podszedł do niej szybkim krokiem i chwycił ją za ramiona, wpatrując się niepewnie w obezwładniającą ciemność jej źrenic.
- Ula... Co.... Co ty powiedziałaś?
- Że bez ciebie...
- Nie, wcześniej. Na samym początku. - Słyszał, jak drży jego głos. Serce zamarło w niemym oczekiwaniu.
- Że... Że cię kocham.
Jego ciało przeszył dreszcz. Brakowało mu oddechu. Zacisnął chłodne palce na jej delikatnej skórze.
- Jesteś... jesteś pewna?
Spojrzała na niego uważnie. Jej jasne oczy lśniły jak czyste krople deszczu. Powoli, bardzo powoli pokiwała głową, a on nie potrzebował już niczego więcej. Coś wybuchło nagle w jego udręczonym sercu. Jasne światło pomknęło przez ciemne korytarze jego ciała, rozświetlając w nim każdą cząstkę zapomnianej materii. Bo znów miał prawo wierzyć. Znów miał prawo żyć!
Czuł, jak z pod jego powiek powoli uwalniają się gorące krople łez, rozmywając kontury otaczającego go świata. Ale on nie musiał już widzieć wszystkiego. Wystarczył mu tylko obraz jej cudownej, jasnej twarzy. To ona była jego błogosławieństwem. Nie próbował nawet powstrzymywać łez... Bo te łzy były zupełnie inne. Bo teraz widział prawdę. Widział to w jej oczach.
Powoli podniósł dłoń i opuszkami palców dotknął ciepłej skóry jej policzka. Przez jego ciało przebiegł dojmujący dreszcz. Tak bardzo brakowało mu tego uczucia. Dotyku jej ciepłej skóry pod palcami. Dotyku, którego pożądał za każdym razem, gdy była blisko, a on nie miał do niej dostępu.

    Nie wiedział nawet, kiedy ich czoła się zetknęły. Kiedy owiał go jej ciepły oddech. Obezwładniający zapach jej włosów.
Utonęli w swoich ramionach, a on ściskał ją najmocniej, jak tylko potrafił, bojąc się, że za chwilę znów może zostać mu odebrana. Nie był w stanie się poruszyć. Wciąż szeptał tylko nieprzytomnie te same, proste strzępki słów:
- Ula.... ja też... teraz... zawsze... Kocham cię... Ula... przepraszam...
    Świat wirował, oni jednak trwali bez ruchu, chłonąc bez końca swoją obecność. Tak, jakby bali się, że kiedy tylko wypuszczą się z objęć, wszystko przeminie jak piękny sen. A oni chcieli trwać. Trwać przez wieczność. Dwa serca, które wróciły do siebie po bardzo długim rozstaniu. Czas dla nich nie istniał. Czuli ciepło swoich ciał. Nareszcie byli bezpieczni. Nareszcie wiedzieli, kim tak naprawdę są.
    Minęło wiele chwil, nim zdobyli się na odwagę, aby rozpleść swoje złączone w miłosnym uścisku ramiona. Stanęli naprzeciw siebie, zachłannie badając wzrokiem swoje twarze i ciesząc ulotnym drżeniem serca. Chcieli po prostu być. Razem. Chcieli poczuć, pojąć, zapamiętać. Do samej głębi. Do samego dna.
I kiedy wreszcie poczuli, że są. Że będą. Że to nie sen... Wtedy zbliżyli się do siebie, a ich usta stopione w jedność, rozpoczęły najczystszy taniec kochających serc.
Czuł jej gorący oddech. Gorącą skórę pod swoimi palcami. Gorący dotyk jej warg...


    Ostatnia gorąca łza spłynęła po lodowatym policzku. Samotne, martwe ciało opadło swobodnie na miękkie, ciche dno rzeki.**






* Nie, nic osobistego ;P
** Nie, nie i nie! Nie czytajcie tego, albo przynajmniej nie przyjmujcie do wiadomości. Naprawdę bardzo chciałam zrobić happy-end, a to zdanie wpadło mi do głowy w ostatniej chwili i po prostu bardzo mi się spodobało. Nie musicie go akceptować. Ja sama się na nie nie zgadzam.


A teraz trochę osobistych wtrętów:
Ekhm... Więc oto rozdział Kombo (mam nadzieję że z racji długości wybaczycie mi zwłokę.) Piąty i ostatni. Nie będzie kontynuacji. (Uprzedzam na wypadek pytań)
Zawiera baaaardzo dłuuuuugą analizę psychologiczną Marka Dobrzańskiego. Po prostu nie mogłam się powstrzymać. Jestem emocjofilem i niezwykle pasjonuje mnie ludzka psychologia. Mam nadzieję, że nie pośniecie.
Melodramatyczne mi toto wyszło trochę, ale cóż, chciałam, żeby grały emocje. Zdaję sobie też sprawę, że bardzo często powtarzam niektóre słowa i sformułowania, a także jestem uzależniona od wielokropków. (Momentami jest to jednak uzasadnione - bohaterowie są bardzo zagubieni w swoich uczuciach i sami do końca nie wiedzą, co chcą powiedzieć. Poza tym np: Kiedy Marek rozmawia przez telefon, czeka na odpowiedzi przyjaciela.)
No cóż, mogę tylko powiedzieć, że dałam z siebie wszystko. Mam nadzieję, że miło się czytało.
PS: Nie musicie komentować mojej przydługiej autokrytyki (to chyba tak z przekory), wolałabym wiedzieć, co sądzicie o opowiadaniu. smile
PPS: Wykorzystane cytaty pochodzą z piosenki SDM-u "Banita" oraz piosenki pt: "Szklany człowiek" zespołu Myslovitz. Polecam

Ostatnio edytowany przez Ursiss (2010-03-13 00:53:59)


"jak się czegoś bardzo chce, to..."

Offline

 

#76 2010-03-07 20:48:57

MEG1984
Prawie jak Papuka
Od: zachodniopomorskie
Zarejestrowany: 2009-12-02
Posty: 6290

Re: "Pokuta" - czyli alternatywny the end.

Ursiss nie wiem co powiedzieć. Rozdział bardzo mi się podobał. Byłam pewna, że Uli uda się zatrzymać Marka na lotnisku. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że samolot odleci zanim ona dotrze na lotnisko. Tym bardziej nie pomyślałam, że dojdzie do spotkania Uli i Marka nad Wisłą. Poprzednio opisałaś nam przeżycia Uli, teraz przyszła kolej na Marka. Bardzo zagłębiłaś się w jego uczucia. Cudnie wyszła Ci rozmowa Dobrzańskiego z Sebastianem. Nie wiem czy Marek powiedziałby to wszystko Uli prosto w oczy i czy ona by w to tak po prostu uwierzyła. Tymczasem usłyszała całą prawdę i uwierzyła bo bo Marek powiedział Sebie prawdę wiedząc, że Ula nigdy tego nie usłyszy. Poza tym panna Cieplak widziała jego rezygnację i skutek.
Generalnie uważam, że cała scena nad Wisłą jest świetna, a fragment w którym Ula i Marek wyznają sobie uczucia jest piękna.

Mam nadzieję, że niedługo dasz nam możliwość przeczytania twojego następnego opowiadania. Pozdrawiam. kiss


Kiedy rodzi się człowiek z nieba spada dusza i  rozpada się na dwie części.
Jedna z nich trafia do kobiety, druga do mężczyzny.
Życie polega na odnalezieniu tej drugiej połowy, połowy swojej duszy, połowy samego siebie...
I believe in SH. I AM SHERLOCKED.

Offline

 

#77 2010-03-07 21:35:10

ula110418
Cień Uli
Od: Kraków
Zarejestrowany: 2009-09-23
Posty: 389

Re: "Pokuta" - czyli alternatywny the end.

Cudownie szkoda,że to już koniec.
p.s Dłuższy komentarz może jutro. Pozdrawiam


Marek, przecież zawsze wszystko robiliśmy na ostatnią chwilę. Jeszcze mamy chwilę… ostatnią.

Offline

 

#78 2010-03-08 00:35:52

dorocie03
Poszukiwaczka truskawek
Od: Warszawa
Zarejestrowany: 2009-10-14
Posty: 3724

Re: "Pokuta" - czyli alternatywny the end.

Wielka szkoda, że to już koniec. Dałaś nam wielki koncert emocji. Miałaś świetny pomysł z przeniesieniem akcji nad Wisłę. Jestem pewna, że w Twoim wykonaniu i scena pojednania na lotnisku byłaby na pewno koncertem uczuć, ale tam nad Wisłą mogli być tylko we dwoje...
Chociaż w pewnym czarnym momencie bałam się, że Marek posunie się do ostatecznego rozwiązania. Bardzo się cieszę, że tak się nie stało i potrafili dojść do porozumienia.

Ursiss napisał:

Minęło wiele chwil, nim zdobyli się na odwagę, aby rozpleść swoje złączone w miłosnym uścisku ramiona. Stanęli naprzeciw siebie, zachłannie badając wzrokiem swoje twarze i ciesząc ulotnym drżeniem serca. Chcieli po prostu być. Razem. Chcieli poczuć, pojąć, zapamiętać. Do samej głębi. Do samego dna.
I kiedy wreszcie poczuli, że są. Że będą. Że to nie sen... Wtedy zbliżyli się do siebie, a ich usta stopione w jedność, rozpoczęły najczystszy taniec kochających serc.
Czuł jej gorący oddech. Gorącą skórę pod swoimi palcami. Gorący dotyk jej warg...

A to była jedna z najpiękniejszych scen jakie tu czytałam heart.
Mam nadzieję, że nie znikniesz z Forum i dalej będziemy mieli okazję cieszyć się Twoim talentem.
Ursiss przeczytałam jeszcze raz i MUSZĘ to zrobić - poklonypoklonypoklonypoklonypoklonypoklonypoklony

Ostatnio edytowany przez dorocie03 (2010-03-08 01:27:28)


GNAJ heart, Iwona, SWSiOCJT, KTB, MDUC, Jowi46   Filip.B heart

"Markowe dołeczki znakiem markowym Marka. Aleksander w szoku. A Ula - w kanarkach"
"To tylko moja wyobraźnia" ,"Coś małego", "Inaczej"

Offline

 

#79 2010-03-08 01:38:44

Iwona
Kochanka Marka
Zarejestrowany: 2009-08-07
Posty: 4431

Re: "Pokuta" - czyli alternatywny the end.

Ursis Piękne to było, dziękuję.
Nawet nie bardzo wiem, co napisać. Też lubię takie psychologiczno-emocjonalne rozważania. Bardzo podobały mi się myśli Marka. Cudnie i wzruszająco przedstawiłaś, jak bardzo kocha Ulę i jak żałuje, tego, ze nie może z nią być. Umieszczenie finału nad Wisłą jest tez chyba nieprzypadkowe. Oboje wrócili do miejsca, gdzie ich miłość weszła w finałowy etap. Analogicznie było w pewnym momencie w serialu, ale tam się minęli. U Ciebie natomiast Ula może obserwować Marka zamyślonego, nieobecnego, płaczącego. Mało tego, znowu jest świadkiem rozmowy. Znaczącej rozmowy. Dzięki niej zna już prawdę. Historia zatacza koło. Gratuluję. Bardzo romantyczne rozwiązanie. Nie potrzeba dodatkowych zabiegów, wierzy mu i o to chodzi. Śliczne zakończenie love


"Wszystko, co dobre, jest nielegalne, niemoralne albo powoduje tycie." lol 
I heart Radosną twórczość.

Offline

 

#80 2010-03-08 02:48:51

brzydulomaniaczka
Przyjaciułka SteFy
Od: Gdzieś w lubelskim...
Zarejestrowany: 2009-04-04
Posty: 10577
Serwis

Re: "Pokuta" - czyli alternatywny the end.

Przeczytałam. Zachwyciłam się. Oczarowałam się. Podziękowałam. Iris.
Edit: I jak nigdy (oprócz jednego wyjątku) nie czytam kontynuacji serialu, tak teraz zrobiłam wyjątek. I bardzo dobrze zrobiłam. Wykorzystałaś wydarzenia, które wiele osób już opisywało, choćby spotkanie nad Wisłą, ale opisałaś to tak, że szczęka opada na dywan.
Życzę weny. Iris.

Ostatnio edytowany przez brzydulomaniaczka (2010-03-08 13:08:13)


Kocham wszystkie swoje siostrzyczki forómowe: Aduśka, Apollina, Claudia, Króweczka, Libby, Mel, Pszczoła, Struś.
Mój facet to Miron Lipski heart    iris
Kocham swój wieczny avek <3

Offline

 

Stopka forum

Powered by PunBB© Copyright 2002–2018 PunBB
statystyka