BrzydULA - jedyne forum fanów serialu

Forum dyskusyjne miłośników serialu "BrzydULA"

Nie jesteś zalogowany.

#1 2010-04-02 22:06:38

Kitty84
Druga połówka Marka
Zarejestrowany: 2009-11-13
Posty: 4918

mini, midi, maxi

mini ukrywają się w postach nr:
1, 27,
_____________

Wyszło mi to nieco inaczej niż chciałam... Zapis chaotyczny, trochę zamierzony, a trochę przez przypadek big_smile Nie do końca jestem zadowolona z efektu, ale sądząc po komentarzach, jednak nie kópa wink

Ps. <bo dostałam już ochrzan> Historia typu +paczka chusteczek


Dlaczego już nie płaczę

Mimo iż lato dobiegało końca, w ten ciepły i słoneczny dzień w parku nie brakowało ludzi, którzy chętnie spędzali czas na świeżym powietrzu. Na jednej z drewnianych ławek, znajdujących się w pobliżu stawu, usiadła młoda kobieta. Ubrana w cienki, biały płaszczyk, skrywający grafitową jedwabną bluzeczkę oraz czarne spodnie i niezbyt wysokie, szare szpilki, siedziała zamyślona, wpatrując się nieprzytomnym wzrokiem w stado kaczek pływających po wodzie. Potrzebowała tego - posiedzieć w jakimś neutralnym miejscu, z dala od współczujących lub wręcz oskarżycielskich spojrzeń. W miejscu, gdzie tyle czasu spędziła z nim... Na samo wspomnienie jego stalowoszarych oczu i tego hipnotyzującego ją za każdym razem spojrzenia dostała gęsiej skórki. Nie muszę cię widzieć, żebyś na mnie działał... Delikatny zarys czegoś na kształt uśmiechu odmalował się na jej lekko różowych ustach, a oczy zaszły delikatną mgiełką. Trwało to jednak zaledwie kilka sekund, bowiem kobieta błyskawicznie spoważniała. Świadomość tego, że może już nie zobaczyć wesołego blasku bijącego z tych pięknych oczu i uśmiechu na twarzy ich właściciela brutalnie sprowadziła ją na ziemię. Przymknęła powieki, wzięła głęboki oddech i po chwili znów spojrzała na staw. Oczami wyobraźni widziała na brzegu jego szczupłą sylwetkę w tym jakże mu pasującym czarnym płaszczu. Znów się uśmiechał, mimo zmartwień i rzucał kaczkom kawałki bułki. Oddałabym wszystko, żebyś mógł tu teraz być.
Z eleganckiej czarnej torebki wyciągnęła powoli czarny długopis i notatnik w pięknej, czerwonej okładce. Ten sam, który parę miesięcy temu dostała od niego w prezencie. Przejechała palcem po jego wierzchu. Zdążyła w nim opisać tyle wspomnień, a potem przerwała zapiski, zapomniała o swoim odwiecznym zwyczaju. Zdradziła swego najlepszego powiernika i wrzuciła w najciemniejszy kąt szafy. I tak miał szczęście, bo jego poprzednik spłonął... Ten zeszycik też miał skończyć w ogniu, symbolizującym to, co wówczas działo się z duszą kobiety i jej uczuciami do mężczyzny, którego tak bardzo kochała, a który zdołał z niej zakpić jak nikt inny. Mimo złości nie potrafiła tego zrobić, gdzieś w podświadomości czuła, że nie chce pozbywać się czegoś, co jej podarował. Teraz zaś dziękowała sobie w duchu, że go nie zniszczyła. Otworzyła pamiętnik i spojrzała na ostatni wpis. No tak, tuż po zarządzie, po tym, jak wszystko się skończyło... Nie, nie skończyło, nie wtedy, ale trzy tygodnie temu wszystko się zmieniło i mogło skończyć definitywnie... Przewróciła kartkę na czystą stronę i zaczęła pisać.


Dwa miesiące, tydzień i cztery dni. Tak, od mojego ostatniego wpisu minęło właśnie tyle czasu... Może to niezbyt wiele, a jednak moje życie zdążyło się gruntownie pozmieniać, zresztą nie tylko moje... Jego też, a może zwłaszcza jego? Tak, Marek Dobrzański, którego poznałam ponad rok temu, już nie istnieje, choć w tej chwili skakałabym z radości, gdyby było inaczej... Mógłby nawet dalej być tym cynicznym draniem, byle żył, a nie egzystował z przymusu...

Dlaczego to piszę? Bo muszę to wreszcie z siebie wyrzucić, bo nie mogę patrzeć na swoje odbicie w lustrze, albo raczej na osobę, w którą się zmieniłam... Bo nie mam z kim o tym porozmawiać? Nikt mnie nie zrozumie, zresztą sporo osób ma mi za złe, że nie dałam mu wcześniej szansy... Chciałam, ale za późno się zdecydowałam, w dodatku nawet mu o tym nie powiedziałam. Myślałam, że przepadło, bo wrócił do niej. Znowu uwierzyłam pozorom, podszeptom, swojej przewrażliwionej wyobraźni, bo to było prostsze, prawda? Łatwiej mi było uznać, że i tak nie mam szans, niż spróbować powalczyć o ukochanego.

Byłam tchórzem, beznadziejnym tchórzem. A od niego wymagałam odwagi...i szczerości. A czy sama mu ją dałam? Zwłaszcza ostatnio? A Piotr? Zadrwiłam z jego uczuć, nie chciałam, ale jednak nie myślałam o tym, że mogę go skrzywdzić. Czysty egoizm. Marek przynajmniej miał ponoć wyrzuty sumienia, a ja? Cóż, widocznie ja też nie jestem kanarkiem... Może takie kanarki wcale nie istnieją, może każdy ma coś ze świni?

Zawsze byłam wrażliwą, płaczliwą istotą, która wierzyła bezgranicznie ludziom. Nie jeden raz się na tym przewiozłam. Ludzie potrafią być potworami, tyle, że ja też... Dopiero niedawno to zrozumiałam.

Płakałam bardzo często, życie nie raz dało mi się we znaki. Szkolne lata były prawdziwą udręką. Piegi, brzydkie włosy, okulary, niemodne ubrania, nijaka figura... A do tego kujonka. Tak, dla wszystkich byłam wyśmienitym poprawiaczem humoru, szkoda tylko, że ja się świetnie nie bawiłam. Dobrze, że miałam Maćka, Dorotę, mamę... Ale Dorota wyjechała do stanów i nasz kontakt praktycznie się urwał. Zdawkowe listy to nie to samo... Maciek został przy mnie, choć teraz i on patrzy na mnie jakoś tak dziwnie, nie wiem, czy mi współczuje, czy może wyrzuca mi moją głupotę... Mama... Odeszła, gdy najbardziej jej potrzebowałam, a raczej potrzebowaliśmy. Nie pamiętam, ile nocy przepłakałam w poduszkę, zanim nauczyłam się żyć bez niej. Przejęłam obowiązki pani domu, matki... Było ciężko, ale z czasem jakoś poszło. Szkoda tylko, że zaraz potem życie znowu ze mnie zakpiło.

Bartek... Jak mogłam być tak naiwna? Pewnie tak samo, jak przy Marku... Nie! Stop! Marek mimo wszystko jest inny...
Oddałam Dąbrowskiemu, co miałam najcenniejsze - siebie. Mój świat się załamał po tym, jak ten drań wbił mi nóż w serce, przekręcił kilka razy, po czym wyjął go mówiąc mi prosto w twarz z tym swoim kretyńskim uśmieszkiem, że byłam dla niego nikim i wyjechał do Niemiec. Chciałam wtedy umrzeć. Znów nie liczyłam dni, które przepłakałam, nie byłam w stanie. Czas ponoć leczy rany, moje niby zaleczył, ale blizny pozostały... Ciekawe, ile blizn jest w stanie wytrzymać moje serce?

Febo&Dobrzański. Inny świat, do którego nie pasowałam, a przynajmniej tak mi się wydawało. Jednak JEGO obecność przyciągała mnie do tych wszystkich sztucznych uśmiechów, pięknych, ale zakłamanych ludzi, całej tej ślicznej otoczki, która mogła ucieszyć oko, ale była przykrywką dla brudnych zagrywek. Tak, ta firma wycisnęła ze mnie niejedną łzę. Marek też. Płakałam, gdy mnie zwolnił po jednym dniu pracy, bo myślał, że to Viola go uratowała, a ja byłam wówczas tylko tą brzydulą, która zrobiła niezapomnianą akcję z mikrofonem... Płakałam, gdy zarzucił mi zdradę i wtedy, gdy nawet nie chciał spojrzeć na prezentację... A jednak potem przeprosił, dziękował... Bolało jednak, że zwątpił.
Płakałam przez Violę i jej oczernianie mnie, przez ten przeklęty mail z karrambą... Płakałam, gdy tata trafił do szpitala i potem, gdy nie wiedziałam, skąd wziąć tyle pieniędzy na operację, której przecież tak bardzo potrzebował...
Płakałam nie tylko ze smutku, ale i złości. Te wszystkie wyskoki Marka... Parę razy miałam ochotę go udusić. A te „wieszaki” to już na pewno. Tak długo do niego nie docierało, że krzywdzi narzeczoną... i mnie. Zresztą, nie jestem w stanie zliczyć łez, jakie przez niego wylałam, ani sytuacji, które mnie do płaczu doprowadziły. Płakałam nie tylko, gdy powiedział czy zrobił coś nie tak. Wiele nocy przepłakałam usychając z miłości do niego... Widok Marka w ramionach Pauliny był najgorszą torturą. Gdy ją całował, czułam, jak mi pęka serce. Tak długo to znosiłam... A potem płacz z powodu mojego szalonego kroku. W wigilijne popołudnie żaba pocałowała księcia, a ten nie uciekł przerażony... To żaba chciała potem uciec, książę nie pozwolił... Szkoda, że wtedy chodziło mu tylko o ten przeklęty weksel, który sam mi dał. Nie prosiłam przecież o to. Zaufał, a potem zwątpił. Znowu...

A może nie tylko o weksel mu chodziło? Może ja faktycznie za dużo od niego wymagałam? Tyle czasu żył w tym zepsutym świecie, jego przyjaciel też nie ułatwiał mu „odświnienia się”, a ja chciałam, żeby od razu był dobrym człowiekiem. Przecież nie był do końca zepsuty, a nie ma ludzi idealnych... Tyle, że dopiero teraz to wiem, bo sama okazałam się być kimś innym, niż myślałam...
Sebastian powiedział mi niedawno, że nigdy niczego tak nie żałował jak tego, że namieszał Markowi w głowie, że to przez niego Marek zwątpił i dał się wciągnąć w tę grę... Tylko, że potem to już ponoć wcale nie była gra, ale Olszański był za głupi, by to dostrzec. Przepraszał mnie i błagał o wybaczenie, nie dla siebie, dla niego... Tak, Sebastian też się zmienił, obaj dorośli, szkoda tylko, że tak późno to dostrzegłam.

Weksel. Od niego się zaczęło. Połączył nas i potem podzielił. Chciałam mu go oddać dwukrotnie, za każdym razem nie wziął. Tak, Marek się wtedy pogubił, a ja nie ułatwiłam mu zadania... Podobno nauczyłam go kochać, ale brakło mu czasu, by dorosnąć. Musiało się wszystko posypać, żeby wreszcie przestał być wiecznym chłopcem i wziął odpowiedzialność za to, co robi. I stało się... Dlaczego ja tego nie doceniłam? Skrzywdził mnie, okłamał, ale nie wszystko było kłamstwem... Teraz to wiem, tylko to trochę późno... Za późno? Nie, nie mogę tak myśleć.

Po tym pamiętnym zarządzie po raz kolejny mój świat rozsypał się w drobny mak. Płakałam z żalu, smutku i niewyobrażalnej złości. Na niego, bo okazał się być świnią, na siebie, bo znów się nabrałam, zupełnie jak przy Bartku... A potem były Mazury, szczere rozmowy z Piotrem, chwilowa izolacja od Marka. Powrót do domu spowodował jednak nawrót łez. W dniu, w którym miał się odbyć ślub, Maciek starał się zająć mnie pracą. Robił wszystko, bylebym nie płakała. Nie umiałam się powstrzymać... A potem przyszedł Marek, powiedział, że to odwołał, chciał mnie przekonać, że naprawdę mu na mnie zależy. Nie mogłam mu uwierzyć, nie byłam gotowa. A potem... Potem wszystko się skomplikowało. Maciek, choć tuż przed przyjściem Marka próbował mnie do niego przekonać, potem nagle zmienił zdanie. Dziewczyny kategorycznie kazały mi sobie wybić go z głowy, no i pojawił się Piotr... Gdybym wtedy posłuchała serca... Ale bałam się kolejnej pomyłki, miałam już dość tych potoków łez, które niemal codziennie z siebie wylewałam. Gdybym jednak tyle czasu nie udawała, że nie widzę, jak się stara, że się zmienił, jak na mnie patrzy...

Ta dziwna rozmowa, że niby on nic i ja też nic... Dlaczego mu uwierzyłam? No tak, bo to było prostsze niż szczera rozmowa. O ironio! Zarzucałam mu, że nie jest szczery, a sama stałam się równie zakłamana. Oszukiwałam wszystkich, że my już nic, nawet siebie mało nie nabrałam... Ale skoro nic, to dlaczego zabolało, gdy przeczytałam w końcu list? Dlaczego czułam się źle, gdy myślałam, że wrócił do niej? Że już mu na mnie nie zależy, że to jednak było przelotne zauroczenie? Dlaczego miałam wtedy ochotę krzyczeć, a nie zrobiłam nic, poza płaczem w poduszkę i łudzeniem się, że Piotr mi go zastąpi? Tak, nie płakałam wtedy publicznie, od czasu mojej przemiany i objęcia stanowiska prezesa F&D nikt nie widział moich łez. A jednak płakałam, gdy tylko mogłam się skryć w swoim pokoju. Wmawiałam sobie, że to stres, nie chciałam dopuścić nawet do jednej myśli o nim, ale na nic się to zdało. Ileż razy mi się śnił? Jego uśmiech mnie prześladował, głos paraliżował, a te oczy... Jednak rzadko kiedy sen kończył się dobrze. Zwykle zjawiała się ona i zabierała mi go, albo Sebastian tym swoim drwiącym głosikiem mówił mu, że już może się mnie pozbyć... A potem dołączył do nich Piotr, który zabierał mnie daleko stąd, za ocean...

Jednak to nie tych łez nigdy nie zapomnę. Kiedy więc popłynęły te tak ważne łzy? Trzy tygodnie (a dokładnie dwadzieścia dwa i pół dnia) temu. Dlaczego? Bo wreszcie do mnie dotarło, że mogę go stracić bezpowrotnie i ten fakt mnie przeraził... Tak, właśnie tamtego ranka zrozumiałam, że go kocham, wcale nie przestałam i nie chcę przestać. Chciałam móc się znów do niego przytulić, poczuć smak jego ust, dotyk dłoni... Ale mogłam już nie mieć tej szansy. Tak bardzo się bałam, że nigdy więcej nie spojrzę w te jego stalowe oczy... Że nie powiem mu, jak bardzo go kocham i że mu wybaczyłam... Bo właśnie wtedy ostatecznie przestały się liczyć krzywdy, oddzieliłam przeszłość grubą linią i byłam gotowa zacząć od nowa.

To Piotr mi powiedział. Akurat miał dyżur. Zadzwonił do mnie, bo uznał, że mimo wszystko powinnam wiedzieć. Właśnie miałam wejść do budynku firmy... Nie mogłam w to uwierzyć, nagle świat mi zawirował. Gdyby nie Maciek, spadłabym ze schodów. Okazało się, że wbrew moim domysłom, Marek wcale nie wyjechał, ani z Pauliną, ani sam... Chciał mi jeszcze pomóc, wystarczyło, bym go o to poprosiła... Nie to jednak było mu pisane. Jechał do domu, chciał się przebrać, odświeżyć i potem był gotów wrócić do firmy, do mnie, ale nie zdążył... Los bywa złośliwy. Miał wypadek, bo dzwonił do mnie. Był zmęczony, rozproszony, pewnie się zagapił... Miałam być jego aniołem, a omal go nie zabiłam.

W drodze do szpitala odsłuchałam jego wiadomość. „Nie, to nie może być prawda” - myślałam wtedy. Przecież mówił do mnie tym swoim seksownym głosem... Jednak końcówka nagrania brutalnie rozwiała moją absurdalną nadzieję, że może to jakiś kiepski żart...
Nie wiem, jak długo jechaliśmy, nie pamiętam, którędy. Mój świat był zamazany, łzy dosłownie mnie zalały i ten paniczny strach... Czułam, że jest źle. Zresztą od samego rana coś mi nie dawało spokoju...

Pierwsze godziny w szpitalu były prawdziwą torturą. Najpierw gorączkowe poszukiwanie, gdzie jest, co się z nim dzieje, na szczęście Piotr mi pomógł, zresztą nie tylko w tym...
Marek przechodził właśnie operację, ratowali mu życie. Czekając na korytarzu na jakiekolwiek informacje, musiałam się zmierzyć z Pauliną, która wyraźnie dała mi do zrozumienia, że nie jestem tu mile widziana. Miałam nie mieszać się do ich życia. Tylko dlaczego coś mi mówiło, że muszę zostać, że to nie jest tak? Nie wytrzymałam. Pierwszy raz odważyłam się krzyczeć na pannę Febo... I ostatni. Więcej nie musiałam. Powiedziałam jej wtedy, że wyjdę, tylko jeśli Marek sobie tego zażyczy. W końcu, nawet gdyby byli razem, co w tym momencie kompletnie nie miało znaczenia, to prosiłam go o przyjaźń - przyjaciele wspierają się w takich chwilach... Ja także chciałam przy nim być, choćbym miała przegrać z włoszką, znowu... Nie była zachwycona, ale odpuściła sobie dalsze próby wyrzucenia mnie, bo Maciek i Piotr stanowili moją barierę ochronną przed jej gniewem. Potem zjawili się jego rodzice, Sebastian... Wszyscy czekaliśmy w milczeniu, bojąc się tego, co możemy usłyszeć. Tak, to były najgorsze godziny w moim życiu. Mój paniczny lęk wzrastał proporcjonalnie do upływających minut.

Potem było jeszcze gorzej. Połamane żebra czy krwotok wewnętrzny były niczym w porównaniu z obrażeniami głowy i kręgosłupa... Lekarze nie dawali mu dużych szans. Twierdzili zresztą, że nawet, jeśli przeżyje, to i tak nie wróci do stanu zdrowia sprzed wypadku. Właściwie to miał się już nie obudzić, bo zapadł w śpiączkę, a gdyby nawet z niej wyszedł, nie było gwarancji, że nie będzie po prostu wymagającą opieki roślinką... Tak czy inaczej miał być więźniem własnego ciała z powodu paraliżu.
Tego było za wiele dla jego ojca. Krzysztof Dobrzański zasłabł, mało brakowało, by odszedł... Przyznałam się wtedy, że w chwili wypadku Marek dzwonił do mnie. Powiedziałam, że to przeze mnie. Nie wiem, czy kiedykolwiek byłam bardziej roztrzęsiona niż wtedy. Nie mam pojęcia, co dokładnie stało się potem. Dostałam ponoć coś na uspokojenie.
Dzwonił przez mojego głupiego smsa, bo nie potrafiłam podziękować mu w biurze, bo zamiast porozmawiać z nim szczerze (tym bardziej, że znów zaczął temat) po raz kolejny stchórzyłam... Zasłoniłam się Piotrem i wyjazdem, myślałam, że to chyba jednak dobra opcja - odciąć się, by szybciej zapomnieć... Nie wierzyłam, że mogłabym go zdobyć, nie miałam przecież szans z Febo... Jak mogłam być tak głupia?


Trzynaście dni. Tyle czasu potrzebował, by wrócić do tego świata. Codziennie spędzałam u niego długie godziny, głaszcząc go delikatnie po policzku, czy trzymając za rękę. Nie płakałam, nie przy nim. Mówiłam do niego, błagałam, by się obudził. Powtarzałam, że będzie dobrze, że już się nie złoszczę i... że go kocham. Tak, powiedziałam mu to. Tak bardzo chciałam, by o tym wiedział, zupełnie jakby to mogło mu w jakiś cudowny sposób pomóc...
W tym czasie odbyłam też trzy ważne rozmowy. Pierwszą z jego mamą. Chciała wiedzieć, czy coś do niego czuję. Nie był to łatwy temat, ale powiedziałam jej szczerze o wszystkim. Myślałam, że ma do mnie żal i zechce mnie odprawić, tymczasem po wysłuchaniu mojej opowieści poprosiła mnie, bym go nie opuszczała, zwłaszcza teraz. Nie miałam takiego zamiaru...
Potem przyszła kolej na załamanego Olszańskiego, który wyznał mi całą prawdę i przeprosił, a na końcu Piotr... Zabrał mnie do parku przy szpitalu. Powiedział, że nie ma do mnie żalu, ale nasz związek nie ma szans, bo ja kocham Dobrzańskiego. Zaskoczył mnie. Zwrócił mi wolność i życzył szczęścia. Wtedy znów rozmazał mi się świat...
Gdy trzynastego dnia poczułam delikatny uścisk na swojej dłoni, a potem znów zobaczyłam jego oczy, nie posiadałam się z radości. Szybko wezwałam lekarzy, którzy wyprosili mnie na zewnątrz. Podczas gdy oni sprawdzali jego stan, ja płakałam, tym razem ze szczęścia. Wracał, tak, na pewno. Więc teraz musi być dobrze, prawda? Niestety, życie nie jest takie proste.

Moja radość nie trwała długo, bo jeden dzień, a raczej jedno popołudnie. Marek rzeczywiście niezwykle szybko, zdaniem lekarzy, doszedł w miarę do siebie. Był przytomny, choć bardzo słaby, rozumiał, co się wokół niego dzieje. Niestety, dowiedział się, co mu się stało. Lekarze przedwcześnie spisali go na straty, ale nie we wszystkim się pomylili. Nadal miał uszkodzony kręgosłup i dolna połowa ciała odmówiła posłuszeństwa. Wiedział o tym. Nie ukrywali przed nim prawdy. Nie wytrzymał, załamał się. Gdy odwiedziłam go następnego dnia, już się nie cieszył na mój widok. Oczy miał zaczerwienione. Musiał sporo przepłakać. Nie chciał ze mną rozmawiać, nie patrzył na mnie. Kiedy chwyciłam go za rękę, spytał, po co przyszłam. Zabolało. Znów poczułam znajome pieczenie oczu. Powiedziałam, że chcę być przy nim, że go kocham... Nie uwierzył. Powiedział, że nie chce mojej litości i kazał mi wracać do Piotra. Kiedy chciałam mu wytłumaczyć, że to nie jest litość i że nie jestem już z Piotrem, przerwał mi. Nie chciał tego słuchać. Zdenerwował się, powtarzał, że mam zostawić go w spokoju, że chce być sam. Rozpłakałam się i uciekłam...

Paulina Febo. Ostatnią ważną rozmowę odbyłam właśnie z nią. Przyszła do mnie do F&D następnego dnia po mojej ucieczce od Marka. Na dzień dobry spytała wprost, czy go kocham... Cicho, ze spuszczoną głową, odpowiedziałam, że tak. Wtedy stało się coś, czego w życiu bym się po niej nie spodziewała. Bez ogródek spytała mnie tym swoim wyniosłym głosem, co w takim razie robię w firmie, zamiast być przy nim. Na moją odpowiedź, że nie chce mnie widzieć, spojrzała na mnie z politowaniem i odparła, że z takim podejściem to nigdy nie będziemy razem. Jednak nie to było ważne. Stwierdziła, że jestem głupia wierząc w to, że on naprawdę nie chce mnie widzieć. Przyznała, że wiedziała o plotkach, że niby znów byli razem i owszem, ona tego chciała, ale on nie... Nie wrócili do siebie, a Marek miał mnie odprawić, bo był przekonany, że po prostu się nad nim lituję, zresztą w jego mniemaniu nie miał mi nic do zaoferowania, nie chciał być ciężarem... Patrzyłam na nią w osłupieniu, a po moich policzkach spłynęły ostatnie łzy. Tak, właśnie te były ostatnie. Od tego czasu już nie płaczę. Nie dlatego, że jestem szczęśliwa, ale chyba mi już łez brakło... Nie umiem, nie chcę, nie mogę już płakać... Muszę być silna, dla niego i za niego. Obiecałam sobie, że tym razem go nie stracę, nie pozwolę mu się odtrącić i udowodnię mu, że może mi dać znacznie więcej niż myśli.
Powiedziałam Paulinie, że nigdy go już nie zostawię i choćby nie wiem co, przywrócę go do życia. Wtedy pierwszy raz uśmiechnęła się do mnie i obiecała, że nie stanie mi na drodze. Chciała, by był szczęśliwy, mimo tego, jak ją traktował. Niesamowite...

Jeszcze tego samego dnia przyszłam do niego. Nieprzytomnym wzrokiem wpatrywał się w sufit. Niby żył, ale to nie był Marek Dobrzański, tylko coś, co po nim zostało. Nie zauważył mnie od razu, podeszłam i usiadłam przy nim. Znów chciał mnie wyprosić, błagał, żebym o nim zapomniała. To on teraz płakał, nie ja, mimo iż czułam, że mogłabym się rozkleić w każdej chwili. Jakimś cudem znalazłam w sobie tyle siły, że nic takiego się nie wydarzyło. Zamiast tego położyłam mu swoją dłoń na ustach i poprosiłam, by dał mi coś powiedzieć. Uspokoił się i spojrzał mi w oczy. Pamiętam dokładnie, co mu powiedziałam:
„Marku, pamiętasz, jak w dniu twojego niedoszłego ślubu próbowałeś mnie przekonać, że naprawdę ci na mnie zależy? Chciałeś, żebym choć spróbowała ci zaufać. Potem też przynajmniej kilka razy próbowałeś ze mną porozmawiać o tym, co nas łączyło, ale ja nie byłam gotowa, rozumiesz? Bałam się, że znowu mnie zranisz, tak trudno mi było ponownie ci zaufać. Potrzebowałam aż tyle czasu, by móc spróbować i być może tego przeklętego wypadku, by wreszcie odważyć ci się o tym powiedzieć. Teraz to ja cię proszę, zaufaj mi. Nie jestem tu z litości, kocham cię. Nigdy nie przestałam i nie chcę przestać, rozumiesz? Wiem, że trudno ci w to uwierzyć, nie musisz od razu, ale nie skreślaj mnie. Pozwól mi tu przychodzić, bo i tak będę to robić, ale wolałabym móc być tutaj, przy tobie, a nie na korytarzu. Odbuduj ze mną to, co tak bardzo oboje zniszczyliśmy, proszę.”
Patrzył na mnie wyraźnie wzruszony, po policzkach płynęły mu łzy. Starłam je delikatnie dłonią. Dłuższą chwilę nie był w stanie nic powiedzieć, ale na tyle, na ile mógł, zacisnął swoją rękę na mojej. Nie musiał robić nic więcej, jego wzrok i ten gest były dla mnie wystarczająco wymowne...

Od tej pory codziennie go odwiedzam. Na razie jest źle, żeby nie powiedzieć, że tragicznie, ale przynajmniej już mnie nie wyrzuca... Jest załamany, płacze, ale chyba coraz mniej. Nie pozwolę mu się poddać. Będę silna za nas oboje, a za jakiś czas on też uwierzy, że może być lepiej i będzie, na pewno, bo w końcu jeśli się czegoś bardzo chce...




Zamknęła pamiętnik i po raz pierwszy od dłuższego czasu uśmiechnęła się. Był to jak najbardziej szczery uśmiech, a nie sztuczny, wyuczony grymas pani prezes. Jeszcze przyjdziesz tu ze mną, obiecuję ci to i będziesz się uśmiechał. Nauczę cię tego... i siebie też. Słońce świeciło już znacznie niżej, zrobiło się nieco chłodniej. Spojrzała na zegarek. Dochodziła siedemnasta. Pora na odwiedziny - pomyślała i poszła wezwać taksówkę.
Gdy weszła do sali, zamarła na chwilę. Tym razem od razu spojrzał w jej kierunku i mogłaby przysiąc, że się uśmiechnął...

Ostatnio edytowany przez Kitty84 (2010-10-04 16:03:27)


FOM storczyk MDUC GNAJ SWSiOCJT DORIS | owoce | mini | Niepoprawna Markomanka

Offline

 

2010-04-02 22:06:38

Cindy
Najlepsza doradczyni na forum

#2 2010-04-02 22:34:11

storczyk
Rysiowiańczyk
Od: "Karaina" Czarów
Zarejestrowany: 2010-02-11
Posty: 1187

Re: mini, midi, maxi

Kittek! Boskie to było!
Piękne, liryczne, uczuciowe...takie naturalne...brak mi słów piękne!    poklony2
Ula zauważyła w końcu, że ona też nie jest bez winy, że jej pseudo związek z Piotrem, był kłamstwem. Nie będę cytować, bo musiałabym zacytować wszystko. Pięknie mentalna siostro, pięknie!!!


"Spróbuj po prostu żyć. Rozpamiętywanie jest zajęciem starców."
                                 Paulo Coelho
Zakon Sióstr Jawnogrzesznic Pod Wezwaniem Od Tyłu lx

Offline

 

#3 2010-04-02 23:04:56

dorocie03
Poszukiwaczka truskawek
Od: Warszawa
Zarejestrowany: 2009-10-14
Posty: 3696

Re: mini, midi, maxi

Kitty - pobeczałam się jak dziecko... Nie dam rady nic cytować, nie tym razem placze poklony poklony poklony To jest po prostu piękne i życiowe. Czy masz zamiar kontynuować ten wątek? love

Ostatnio edytowany przez dorocie03 (2010-04-02 23:06:08)


GNAJ heart, Iwona, SWSiOCJT, KTB, MDUC, Jowi46   Filip.B heart

"Markowe dołeczki znakiem markowym Marka. Aleksander w szoku. A Ula - w kanarkach"
"To tylko moja wyobraźnia" ,"Coś małego", "Inaczej"

Offline

 

#4 2010-04-02 23:09:46

Kitty84
Druga połówka Marka
Zarejestrowany: 2009-11-13
Posty: 4918

Re: mini, midi, maxi

Nie wiem, myślałam o ewentualnej kontynuacji, ale boję się, że bym zepsuła big_smile No ale jeśli mi się coś sensownego wyprodukuje w tej łepetynie, to może...


FOM storczyk MDUC GNAJ SWSiOCJT DORIS | owoce | mini | Niepoprawna Markomanka

Offline

 

#5 2010-04-02 23:11:32

dorocie03
Poszukiwaczka truskawek
Od: Warszawa
Zarejestrowany: 2009-10-14
Posty: 3696

Re: mini, midi, maxi

Wierzę w Ciebie mocno Kotku - w Twojej łepetynie są zawsze dobre pomysły. Ale swojej "truskawki czy śliwki" nie zostawisz? Czekam na nexta kiss.


GNAJ heart, Iwona, SWSiOCJT, KTB, MDUC, Jowi46   Filip.B heart

"Markowe dołeczki znakiem markowym Marka. Aleksander w szoku. A Ula - w kanarkach"
"To tylko moja wyobraźnia" ,"Coś małego", "Inaczej"

Offline

 

#6 2010-04-02 23:20:47

Kitty84
Druga połówka Marka
Zarejestrowany: 2009-11-13
Posty: 4918

Re: mini, midi, maxi

Nie zostawię. Następne, co napiszę, to rozdział do owoców wink


FOM storczyk MDUC GNAJ SWSiOCJT DORIS | owoce | mini | Niepoprawna Markomanka

Offline

 

#7 2010-04-02 23:34:43

MEG1984
Prawie jak Papuka
Od: zachodniopomorskie
Zarejestrowany: 2009-12-02
Posty: 6290

Re: mini, midi, maxi

Kitty brak mi słów. kiss Ta miniatura była po prostu piękna i niesamowicie wzruszająca. Przemyślenia Ulki przelane na kartki pamiętnika cudne. Czasem dopiero poważny wstrząs uświadamia nam co jest dla nas tak naprawdę ważne i o co warto walczyć poklony2


Kiedy rodzi się człowiek z nieba spada dusza i  rozpada się na dwie części.
Jedna z nich trafia do kobiety, druga do mężczyzny.
Życie polega na odnalezieniu tej drugiej połowy, połowy swojej duszy, połowy samego siebie...
I believe in SH. I AM SHERLOCKED.

Offline

 

#8 2010-04-02 23:38:50

Kitty84
Druga połówka Marka
Zarejestrowany: 2009-11-13
Posty: 4918

Re: mini, midi, maxi

MEG1984 piękny to jest twój komentarz, dziękuję smile


FOM storczyk MDUC GNAJ SWSiOCJT DORIS | owoce | mini | Niepoprawna Markomanka

Offline

 

#9 2010-04-03 00:02:43

Łukasz56
Drugie oczy Uli
Od: Kraków
Zarejestrowany: 2010-03-02
Posty: 224

Re: mini, midi, maxi

Witaj Kitty !
Już miałem Cię zabić,zakopać,odkopać i zabić jeszcz raz , za brak nowego rozdziału Twojego dobijającego mnie opowiadania (masochista jestem !).
A tutaj miniaturka.I to jaka mini (lepsze są tylko te które nosicie na sobie).
No i przeszło mi.Nigdy pewnie nie będziesz słodzić jak Ginny,ale ja tak lubię ,jak mimo wszystko ludzie się spotykają.Tak mi lepiej na sercu.
I jeszcze jedno.Poprzedni rozdział opowiadania czytałem przy herbacie.Daj wcześniej znać kiedy umieścisz następny,bo chyba będę musiał pobiec do monoplowego.
A miniaturka naprawdę świetna.
Całusy. big_smile

Ostatnio edytowany przez Łukasz56 (2010-04-03 00:03:32)


I jego oczy - szalone, zakochane w Uli. Do końca, do bólu, do dna...

Offline

 

#10 2010-04-03 00:15:36

Kitty84
Druga połówka Marka
Zarejestrowany: 2009-11-13
Posty: 4918

Re: mini, midi, maxi

Wiesz, każdy pisze troszkę inaczej, ja nie mam szans z Ginny i dobrze - słodziaki to jej i Dorocie domena big_smile Cieszę się, że mini/midi/maxi* (niepotrzebne skreślić) się spodobała, a co do ostrzeżenia przed wrzuceniem nexta owoców - rozważę (raczej pozytywnie) xD Tylko nie przesadź z tym monopolowym, bo jak ci się literki będą przestawiać, to też kiepsko, co nie?
Pozdrawiam wink

Ps. Masochizm jest fajny tongue


FOM storczyk MDUC GNAJ SWSiOCJT DORIS | owoce | mini | Niepoprawna Markomanka

Offline

 

Stopka forum

Powered by PunBB© Copyright 2002–2018 PunBB
statystyka