BrzydULA - jedyne forum fanów serialu

Forum dyskusyjne miłośników serialu "BrzydULA"

Nie jesteś zalogowany.

#21 2010-07-23 07:30:51

dorocie03
Poszukiwaczka truskawek
Od: Warszawa
Zarejestrowany: 2009-10-14
Posty: 3696

Re: Hissteria

PrawdziwaWhiteLily to było coś wow2 a pomidory na pewno prędzej czy później zawisną nad Twoim nickiem. Nie może być inaczej. Nie pamiętam, czy ktokolwiek pokusił się na opisanie relacji Paulina - Lew jakiś czas później. To, co stało się między nimi w Twoim mini jest smutne, ale i bardzo realistyczne. Z dala od kraju Paula odkryła, że pod płaszczykiem uroczego kochanka kryje się też brutalny mężczyzna. Ale chyba najbardziej poruszył mnie wątek z odesłanym listem. Z prośbą Pauliny o wybaczenie. W końcu zrozumiała, że nie jest idealna i za rozpad związku z Markiem odpowiada również ona. Końcowa tragedia wstrząsnęła mną. A to wszystko opisane jest w konwencji baśni w jakieś magicznej, wprost namacalnej atmosferze. Trudno to opisać słowami - poklony. Jestem wprost głodna dalszych Twoich prac...


GNAJ heart, Iwona, SWSiOCJT, KTB, MDUC, Jowi46   Filip.B heart

"Markowe dołeczki znakiem markowym Marka. Aleksander w szoku. A Ula - w kanarkach"
"To tylko moja wyobraźnia" ,"Coś małego", "Inaczej"

Offline

 

2010-07-23 07:30:51

Cindy
Najlepsza doradczyni na forum

#22 2010-07-23 09:18:43

MEG1984
Prawie jak Papuka
Od: zachodniopomorskie
Zarejestrowany: 2009-12-02
Posty: 6290

Re: Hissteria

Lily to było piękne. Zdecydowanie zasługujesz na pomidorki. Podziwiam twoją wszechstronność. Pamiętam jak czytałam na twoim blogu pierwsze opowiadanie Z niecierpliwością czekając na każdy kolejny rozdział. Pamiętam, że ostatnie dwa czy trzy rozdziały przeczytałam chyba ze dwadzieścia razy, tak bardzo mi się podobały. Od tego czasu bardzo się rozwinęłaś. Adaś Wędrowniczek i Co by było gdyby… mnie rozśmieszają, a miniatury zamieszczone w tym wątku wzruszają. Na dokładkę tworzysz jeszcze świetne grafiki, które zawsze wywołują uśmiech na mojej twarzy. Jesteś dziewczyną o wielu talentach.
A teraz właściwy komentarz. Zgadzam się z Dorocie. Jeszcze chyba nikt nie opisał dalszych relacji Paulina – Lew. Jeśli już gdzieś się pojawiali to raczej jako wątek poboczny i zwykle jako szczęśliwa para. Ty ukazałaś to zupełnie inaczej. Paulina zostawiła Marka myśląc, że teraz będzie szczęśliwa. Tylko, że rzeczywistość to nie bajka czy piękny sen. Ona rządzi się swoimi prawami. To, co spotkało Paulinę jest bardzo smutne. Paula pragnęła kochać i być kochaną. Z Markiem tego nie zaznała. Liczyła na to, że z Lwem będzie inaczej. Dla niego zmieniła całe swoje życie. Porzuciła rodzinę, przyjaciół, wyjechała z kraju.
Początkowo faktycznie jej życie z Lwem wyglądało jak bajka. Tylko, że Lew okazał się człowiekiem o dwóch obliczach. Dopóki musiał walczyć o serce Pauli był mężczyzną o jakim ona marzyła. Problemy pojawiły się gdy już ją zdobył. Wtedy pokazał swoje prawdziwe oblicze brutalnego mężczyzny, który chce całkowicie zdominować i podporządkować sobie swoją partnerkę. On chciał być panem i władcą. Wszystko musiało być podporządkowane pod niego, a gdy coś szło nie po jego myśli stawał się agresywny. Wydawać by się mogło, że w tym momencie Paulina powinna zdecydować się na jakiś ruch. Postawić sprawę na ostrzu noża albo po prostu odejść. W końcu gdyby chodziło o jakiegokolwiek innego mężczyznę zapewne tak by postąpiła. Tylko, że ona odcięła się od swojej przeszłości. Spaliła wszystkie mosty i była pewna, że nie ma po co wracać do Polski. Szkoda, że nie zdecydowała się na powrót do kraju bo jestem pewna, że ktoś by jej pomógł.
Z drugiej strony mam wrażenie, że list który wysłała do Marka miał być odkupieniem jej win wobec niego, a zarazem wskazówką co ma zrobić.

Nie, przeciwieństwem miłości jest właśnie obojętność. To przez nią musiałam odejść. Nie przez Twoje zdrady, nie przez mój brak zaufania – to wszystko można jeszcze odwrócić. Ale obojętność... jej nie da się zwalczyć. Tak, jak nie da się zmusić kogoś do miłości.

Piękne słowa. Mówi się, że miłość od nienawiści dzieli cienka granica. To prawda można nienawidzić i jednocześnie kochać. Inaczej jest z obojętnością, która zabija każdy związek.

Bajki kłamią, a lwy nie dają się obłaskawić. Nic już nie można zmienić.

Jakie to smutne. Paulina straciła wiarę w to, że może być lepiej, że coś może się zmienić.
Końcówka jest tragiczna. Paulina nie widziała innego wyjścia z tej sytuacji. Żyjąc z Lwem umierałaby każdego dnia, a przecież chciała tylko odzyskać spokój. I udało jej się to, zyskała spokój na wieki.

Lily piękne to było poklony2 Pozdrawiam i czekam na kolejne prace kiss


Kiedy rodzi się człowiek z nieba spada dusza i  rozpada się na dwie części.
Jedna z nich trafia do kobiety, druga do mężczyzny.
Życie polega na odnalezieniu tej drugiej połowy, połowy swojej duszy, połowy samego siebie...
I believe in SH. I AM SHERLOCKED.

Offline

 

#23 2010-07-23 15:33:58

brzydulomaniaczka
Przyjaciułka SteFy
Od: Gdzieś w lubelskim...
Zarejestrowany: 2009-04-04
Posty: 10576
Serwis

Re: Hissteria

Ojej.
Lily, Lily... I cóż ja mogę ci powiedzieć? Powrócił ten twój styl, za którym nie przepadam, a mianowicie nadmiar przymiotników. Ten tekst naprawdę na tym ucierpiał, bo wydaje mi się, że czasem minimalizm jest lepszy.
Przyznaję szczerze, że nie zrozumiałam do końca o co chodzi (być może dlatego, że nie skupiłam się mocno albo nie zastanawiałam się nad tym podczas czytania - po prostu czytałam). Paulina i Lew - cóż, brawa za pomysł.
Stworzyłaś niesamowity klimat w tej miniaturce. Ale pomimo tego miałam ci napisać, że jednak mi się nie podoba, bo jakoś tak. Bo to gdzieś już było, bo zbyt kwiecisty styl...
Ale wiesz co? Jednak mi się podoba. Ze względu na zakończenie - pisałam gdzieś, że nawet świetne zakończenie nie uratuje słabego tekstu, ale tutaj jest inaczej - ten tekst nie jest może mistrzostwem, ale dzięki zakończeniu nabiera innego wymiaru.
Ale wiedz, że gdyby nie zakończenie, moja opinia byłaby zupełnie inna.

Ehm, i takie pytanie na koniec... Czytałaś może "Annę Kareninę"?

Irka


Kocham wszystkie swoje siostrzyczki forómowe: Aduśka, Apollina, Claudia, Króweczka, Libby, Mel, Pszczoła, Struś.
Mój facet to Miron Lipski heart    iris
Kocham swój wieczny avek <3

Offline

 

#24 2010-07-23 23:29:41

FilipomankaxD
Znawca Brzyduli
Od: Rysiów
Zarejestrowany: 2009-05-07
Posty: 470

Re: Hissteria

Bardzo mi się podoba smile Weny życzę przy pisaniu kolejnych dzieł smile

Pozdrawiam!
Filipomanka xD


"Marzeniom trzeba czasem pomagać" (Marek Dobrzański)
http://marekiulabyasiaxd.blog.pl/
http://niejestemciebiegodzienbyasiaxd.blog.pl/  <= zapraszam smile

Offline

 

#25 2010-07-27 18:56:13

Iwona
Kochanka Marka
Zarejestrowany: 2009-08-07
Posty: 4431

Re: Hissteria

WhiteLily, jakże inna mini od tej pierwszej. Poważna, smutna, a w końcu tragiczna. Podobał mi się zabieg ze wspomnieniami, wywoływanymi przez skrzące się różnymi kolorami perły. I tak krótki naszyjnik przedstawił krótką historię o ucieczce srebrną nocą od obojętności w miłość, o namiętności, przepełniającej białe noce, o bólu i wstydzie, który towarzyszył Paulinie podczas nocy czerwonych od krwi i w końcu o napisanym granatowym atramentem liście, którego powrót odebrał jej nadzieję na przebaczenie i uporządkowanie życia. Szkoda, że ten nieszczęsny list nie dotarł do adresata. Wierzę, że z różnych względów nie dotarł, bo nie chcę myśleć, że Marek mógł go tak po prostu odesłać. To ją dobiło. Szkoda mi Pauliny. Nikt nie zasługuje na taki los, również ona. Tym bardziej, że czas spędzony z Lwem pozwolił jej tyle zrozumieć i zmienić się na lepsze.

Bajki kłamią, a lwy nie dają się obłaskawić. Nic już nie można zmienić. Na wszystko jest za późno.
Nie ma przebaczenia.

Szkoda, że w to uwierzyła. Lwy rzadko dają się obłaskawić, szczęśliwe bajki zdarzają się w życiu sporadycznie, ale nigdy nie jest za późno.
Bardzo mi się podobało, udało Ci się stworzyć niesamowitą atmosferę.

Była już seksowna pończoszka i perły jak łzy. Co dalej?
Pozdrawiam

Ostatnio edytowany przez Iwona (2010-07-27 18:58:20)


"Wszystko, co dobre, jest nielegalne, niemoralne albo powoduje tycie." lol 
I heart Radosną twórczość.

Offline

 

#26 2010-07-30 19:53:53

PrawdziwaWhiteLily
Przyjaciel Brzyduli
Od: Rybnik
Zarejestrowany: 2010-06-12
Posty: 180
Serwis

Re: Hissteria

Dorocie napisał:

PrawdziwaWhiteLily to było coś a pomidory na pewno prędzej czy później zawisną nad Twoim nickiem.

Kochana Dorocie, bardzo Ci dziękuję kiss Ale z pomidorkami czy bez – zawsze będę pisała i starała się tak samo.

MEG napisał:

Pamiętam jak czytałam na twoim blogu pierwsze opowiadanie Z niecierpliwością czekając na każdy kolejny rozdział. Pamiętam, że ostatnie dwa czy trzy rozdziały przeczytałam chyba ze dwadzieścia razy, tak bardzo mi się podobały. Od tego czasu bardzo się rozwinęłaś.

MEG, bardzo miło mi to słyszeć smile
Bo jednak wtedy były „inne czasy” i to pierwsze opowiadanie nie jest jakimś szczytem moich ambicji. Bardzo się cieszę, że od tamtego czasu posunęłam się chociaż kroczek do przodu smile
Dziękuję kiss

Iris napisał:

Ojej.
Lily, Lily... I cóż ja mogę ci powiedzieć? Powrócił ten twój styl, za którym nie przepadam, a mianowicie nadmiar przymiotników. Ten tekst naprawdę na tym ucierpiał, bo wydaje mi się, że czasem minimalizm jest lepszy.

Iris, pewnie tak. Ale ja jakoś nie potrafiłam inaczej tego napisać... Tak mam po prostu smile
Dziękuję za konstruktywną krytykę kiss

Iris napisał:

Ehm, i takie pytanie na koniec... Czytałaś może "Annę Kareninę"?

Nie, nie czytałam... <wstydzi się>

Filipomanka napisał:

Bardzo mi się podoba smile Weny życzę przy pisaniu kolejnych dzieł smile

Dziękuję kiss Bo ostatnio z weną mam coś dziwnego: już pięć opowiadań zaczęłam i ciągle wymyślają mi się nowe. A tamtych nie umiem skończyć big_smile

Iwonko, Twój komentarz jak zwykle bardzo mądry od początku do końca. Dziekuję kiss

Iwona napisał:

Była już seksowna pończoszka i perły jak łzy. Co dalej?

No właśnie... 
Z drżeniem serca dodaję kolejny twór. Też jest zupełnie inny od poprzednich. Ale tym razem będzie to kilkuczęściówka – jako miniaturka byłoby bardzo, baaardzo długie.
Zapraszam na rozdział pierwszy. Miłej lektury smile

Diligěre, czyli sto trzydzieści centymetrów widocznej miłości.
   
Rozdział I

Zwierzenia (nie)Pedagogiczne, czyli mój dziennik. Część I

Pierwszą lekcję miałam poprowadzić w klasie drugiej. Chcąc zrobić odpowiednie wrażenie i dać dzieciom do zrozumienia, że nie mogą mi wejść na głowę, postanowiłam pokazać im dobitnie, kto tak naprawdę tu rządzi. Wchodząc do średniej wielkości pomieszczenia, wypełnionego po brzegi ławkami i maluchami przeróżnego rodzaju, umyślnie hałaśliwie zatrzasnęłam za sobą drzwi. Z surowym wyrazem twarzy potoczyłam wzrokiem po klasie, po czym gruchnęłam książkami o biurko i oparłam się o nie, splatając jednocześnie ręce.
- Dzień dobry, dzieci – powitałam ich grobowym głosem. Chłopiec w pierwszej ławce, z czarnymi włosami obciętymi na pazia, przełknął głośno ślinę. Dziewczynka obok niego drgnęła nerwowo.
Stwierdziłam, że wyśmienicie mi poszło.
- Dzisiaj będziemy mówić o literce „ha”. Czy ktoś potrafi ją napisać?
Klasa milczała. Po długiej chwili jednak zgłosiła się dziewczynka z drugiej ławki. Miała okrągłą, pyzatą twarz, równie okrągłe czerwone okulary i czarne włosy zaczesane do tyłu. Do złudzenia przypominała mi Brzydulę Betty w młodszym wydaniu i poczułam do niej coś na kształt litości. Nie pójdzie jej w życiu łatwo. Pewnie nikt nie będzie chciał zaprosić ją na randkę.
- Podejdź tutaj, dziewczynko. Jak masz na imię?
- Berta.
- Dobrze, Berto. – W duchu pomyślałam sobie: „Kto daje takie ohydne imiona małym dziewczynkom?!” – Napisz na tablicy duże i małe „ha”.
Berta jednak nie ruszyła się z miejsca.
- Berto, podejdziesz?
Dziewczynka pokręciła przecząco głową. Wyglądała na wystraszoną.
- No dobrze. – Wciąż nie traciłam rezonu. – Poproszę zatem jakiegoś odważnego mężczyznę. Może ciebie, co? – wskazałam na chłopca z pierwszej ławki. Tego, co przełyka tak głośno, jakby miał szyję co najmniej rozmiarów żyrafy.
Chłopiec wstał. Zauważyłam, że nieco się przy tym ośmielił.
- Zdradź nam swoje imię – zachęciłam go.
- Moje imię to nie żadna tajemnica – powiedział. – Wszyscy je wiedzą.
- Mówi się: znają.
- No widzi pani, już nawet się o tym mówi!
- O czym się mówi?
- To pani przecież mówi, że się o czymś mówi!
Zrezygnowałam z poznania jego imienia.
- Co mam napisać? – Chwycił do ręki kredę.
- Masz napisać „ha”.
Malec ochoczo zabrał się do smarowania kredą po tablicy. Ku mojemu zdziwieniu, narysował coś w rodzaju placka z odchodzącymi od niego z jednej strony promieniami, po czym zakomunikował:
- Nie mam rudej kredy.
- A po co ci ruda kreda? – wydusiłam z siebie, dokładnie ogłupiona. Po moim groźnym tonie nie pozostał nawet ślad.
- Żeby pomalować pani kok.
Osłabłam i osunęłam się ciężko na krzesło.
- A po co chcesz malować kok...?
- Kazała mi pani napisać: „ha”. Ja pisać jeszcze nie umiem, więc namalowałem.
- Mój kok? – spytałam tępo.
- Aha. Bo pani ma rude włosy, a jak ktoś ma rude włosy to my go wtedy wyśmiewamy – tłumaczył mi, jakbym to ja była małym dzieckiem. - I to jest właśnie: „ha, ha, ha.”
- Nie o takie „ha” mi chodziło, ale dziękuję ci. Usiądź. – Zdobyłam się na wysiłek i przełamałam moje oniemienie.
Natychmiast też podniósł się w górę las dziecięcych rąk.
- Tak? – zapytałam jedną z dziewczynek i uśmiechnęłam się do niej blado. – Chciałaś o coś zapytać?
Drobna blondyneczka również obdarzyła mnie uśmiechem, po czym nieśmiało zaczęła:
- Czy... czy pani jest na coś chora?
Zamrugałam, zdziwiona.
- Ja? Dlaczego?
- No bo nasza poprzednia pani była chora na... – tu dziewczynka z dwoma warkoczykami ściszyła konfidencjonalnie głos - ...alkohol.
- Mówi się: uzależniona od alkoholu – poprawiłam ją odruchowo.
- Proszę pani! A czy panią kiedyś wycofają z obiegu? Jak pieniądze? – zapytał blondynek w ławce z tyłu.
- A skąd ci to przyszło do głowy?
- Bo moja mama zawsze mówi, że rude są fałszywe.
Moje kasztanowe pukle zmierzwiły mi się na głowie.
- Twoja mama źle mówi – ucięłam.
Po czym musiałam pobiec by szybko go uspokoić, gdyż zaczął rozdzierająco płakać.
- Proszę pani, proszę pani! – dopytywały się jakieś dziewczynki. – A czy pani jest w ogóle od czegoś uzależniona?
- Od zakupów – rzuciłam na odczepnego, bo cała sytuacja zaczęła mnie irytować.
- E tam – machnęła lekceważąco ręką jedna z nich. – Takie uzależnienie się nie liczy.
- Przykro mi – syknęłam, rozdrażniona.  – A teraz – stanęłam znowu na czele klasy – może wrócilibyśmy do tematu lekcji?
I w tym momencie zadzwonił dzwonek.
Zerknęłam na zegarek. Nieprawdopodobne, ale rzeczywiście był już koniec lekcji. Ciekawe, dlaczego te czterdzieści pięć minut tak bardzo mi się ciągnęło, kiedy sama byłam jeszcze uczennicą?
Nieważne. Ważne, że druga klasa niczego dzisiaj się nie nauczyła. Trzeba będzie to jutro nadrobić. A tymczasem, na innych lekcjach, wskazane jest zachowanie środków ostrożności. Wypracowanie pisemne – oto bezpieczny temat. Jest możliwość, że pisząc nie będą zadawać pytań.


***

- Mamo... – Niewysoki, czarnowłosy chłopczyk podniósł główkę znad talerza zupy pomidorowej i utkwił wzrok w siedzącej naprzeciw matce.
- Coś się stało, kochanie? – zapytała nieuważnie, nie odrywając skupionego spojrzenia od stosu gęsto zadrukowanych dokumentów.
- Nic takiego. – Pogmerał łyżką w gęstym, ciemnopomarańczowym płynie, oddając się swojej ulubionej zabawie, czyli „ratowaniu gąsienic”. Akcja ratunkowa przeprowadzana była zawsze, ilekroć w zupie pływał makaron. Po zakończeniu całej operacji każda pojedyncza nitka leżała bezpiecznie na brzegu talerza susząc się w padającym przez wielkie okno jadalni słońcu, a on sam – dumny i zadowolony – popatrywał na nie z satysfakcją. – Nic takiego... – powtórzył, marszcząc nos na widok dryfujących po powierzchni ziół. - Ale mam pracę domową.
- Aha. – Jego matka rozdzieliła papiery na dwa stosy, głośno westchnęła, po czym wyrecytowała popularną wyliczankę o żabolubnych Chińczykach i chińczykolubnych żabach, decydując tym prostym sposobem, od których dokumentów rozpocznie pracę. – Uprzedzając twoje pytania, mój drogi: nie, nie możesz wyjść na boisko, dopóki nie odrobisz wszystkich zadań. Tak, była u mnie pani Kowalczykowa ze skargą, że znowu ciągnąłeś dziewczynki za włosy. Nie, nie możesz znów prosić cioci, żeby zrobiła za ciebie lekcje. I tak, zrobię ci na kolację tortillę, bo wiem, że nie cierpisz pomidorowej.
- To dobrze – odetchnął z ulgą, odsuwając od siebie talerz z wszystkimi cudem odratowanymi gąsienicami. – Ale jesteś pewna z tą ciocią, mamo? Bo ja sobie sam nie poradzę.
Kobieta uśmiechnęła się z niedowierzaniem, zerkając na zakłopotaną twarz synka.
- Co to za zadanie, które przerasta moje bystre dziecko? – spytała, zmniejszając wylosowany stos o połowę i na nowo zabierając się do pracy.
- Była taka nowa pani... i zadała nam wypracowanie. – Wziął do ręki łyżkę i podniósł ją w stronę światła, usiłując odbić w srebrnej stali kilka promieni słonecznych. Skierował je na firankę – jego kolega dzisiaj w szkole zapewniał go, że po kilku godzinach firanka stanie w najprawdziwszych, zachwycających płomieniach.
- Och, jestem pewna, że nie sprawi ci to najmniejszego problemu. – Matka chłopca sięgnęła po leżącą obok krzesła torebkę i pochyliła się nad nią, rozpoczynając energiczne poszukiwania zapasowego długopisu. – Masz tak bujną wyobraźnię...
- Ale ja nie wiem co napisać, mamo – zaczął ze zmartwioną miną malec. Przez chwilę poruszał jeszcze łyżeczką, a w końcu ze zniecierpliwieniem włożył ją do talerza. – Bo to ma być o tacie – dodał.
Usłyszał nagle głuchy odgłos – to chyba torebka upadła mamie na podłogę. Uważał, że to niesprawiedliwe. Mama mogła nią rzucać, podczas gdy on dostał tygodniową karę po tym, jak przyłapała go grającego tą samą torbą w berka na trawniku przed domem.
- Pawełku, posłuchaj... – Twarz mamy wyłaniająca się spod stołu była dziwnie blada. Pomyślał, że pewnie ona potrafi robić tak jak ten kameleon w reklamie, który skacze na różne rzeczy i zmienia mu się skóra. Buzia mamy na pewno wzięła kolor od tych kartek papieru, na których cały czas coś liczyła. Może to działa tak, że przejmuje się kolor od czegoś, czego się dotyka najdłużej. A mama czasem całymi dniami musiała siedzieć nad takimi kartkami. – Ja ci nie mówiłam o nim wiele, bo nigdy nie pytałeś... – jej głos dziwnie zadrżał.
- Ale teraz muszę przecież coś napisać – odpowiedział rezolutnie, z zafascynowaniem obserwując, jak tym razem twarz matki pokrywają ciemnoczerwone wypieki. „To pewnie od bluzki” – ocenił w myślach ze znawstwem.
- Synku, to ja mam taki pomysł... – Mama wstała szybko z krzesła, nieuważnym ruchem wrzucając papiery do torby. – Idź na boisko, pograj trochę z kolegami, a ja... ja ci zrobię tortillę. Zgadzasz się? – utkwiła w nim zaniepokojone spojrzenie. Był pewny, że znowu martwi się tym, czy nie będzie drażnił dziewczynek.
- Super, mamo – odpowiedział więc uspokajająco. Już dzisiaj w szkole postanowił, że da sobie spokój z kobietami. One zupełnie nic nie potrafią – nie kopią w piłkę, strasznie się ślamazarzą, piszczą i chichoczą, co zdecydowanie działało mu na nerwy. Zresztą w przyszłości i tak ożeni się z mamą lub ciocią, więc tak na dobrą sprawę wcale tych dziewczyn nie potrzebuje.
Pobiegł jeszcze tylko do łazienki, przysunął małe krzesełko do umywalki i stanął na nim. Zawsze wtedy czuł się jak dorosły – dosięgał zarówno do kranu, jak i do lustra. Umył szybko ręce – zmusił się nawet do użycia fiołkowego mydła w płynie – i w chwilę później wybiegał już na podwórkowe boisko, witany w atmosferze glorii i chwały radosnymi okrzykami kolegów.

***

- Mój Boże, nawet nie wiem jak mam zacząć! – Siedziała w fotelu trzymając kurczowo słuchawkę telefonu i przyciskając ją mocno do ucha. – Tak, on zaczął pierwszy, ale... muszę jakoś dokończyć z nim tę rozmowę, nie uważasz? – Zagryzła wargi, słuchając odpowiedzi przyjaciółki. – Ja wiem. Wiem, że to późno, ale... – Znów szum w słuchawce. – Nie rozumiesz. – Przyciszyła głos. – Jak miałam powiedzieć o tym małemu dziecku? Owszem, teraz też ma tylko siedem lat, ale myślę, że zrozumie trochę więcej... – Słuchała chwilę, a potem wymownie wzniosła oczy do nieba. – Nie doceniasz mojego dziecka. Myślę, że nie będzie tak źle, tylko... Martwię się. Co jeśli on będzie chciał go poznać? – Uniosła nogi, kładąc stopy na miękkim obiciu fotela i zupełnie dziecinnym gestem zaczęła obgryzać paznokieć. – Tak, dotychczas ja mu wystarczałam. Ale zawsze przychodzi taki moment, kiedy chłopiec pyta o ojca. I to chyba już... – Jęknęła cicho, przekładając słuchawkę z jednej ręki do drugiej. – Nie, nie jestem spanikowana – westchnęła. – No dobrze, może trochę jestem. Ale sama powiedz... on przecież nic nie wie! – Słuchawka zaczęła dudnić nieprzerwanym potokiem słów, a ona coraz bardziej przygryzała paznokieć. – No dobrze. – Opuściła nogi na podłogę. – Tak, rozumiem – znów westchnęła. – Dziękuję ci mimo wszystko i lecę. Tortilla mi się przypala.
Odłożyła słuchawkę na miejsce i wstała. Czekała ją męska rozmowa. Jeśli się postara, może uratuje jakoś całą sytuację.
Ale najpierw czas uratować tortillę.

***


Zwierzenia (nie)Pedagogiczne, czyli mój dziennik. Część II

Po powrocie do mieszkania moja mina pewnie mówiła wszystko, bo nikt nie zadawał żadnych pytań, tylko wszyscy patrzyli współczująco. Zjadłam obiad i ruszyłam na górę. W przepastnej torebce miałam cały stos wypracowań, które zadałam dzieciom w klasach od jeden do sześć na kolejnych lekcjach. Wypadałoby je przeczytać i poprawić błędy. To mi przynajmniej zapewniało temat jutrzejszych zajęć: "Omówienie wypracowań." Albo też: "Omówienie wyników pracy domowej." Lub jeszcze: "Wasza pani pada na twarz i nie wie, co ma z wami zrobić, więc weźcie sobie swoje prace i przeanalizujcie je, tylko w ciszy, bo głowa mi pęka."
Usiadłam na łóżku i wyciągnęłam plik kartek. Wygrzebałam z torby czerwony długopis, po czym szybko zabrałam się do poprawiania. Jako pierwsze postanowiłam sprawdzić opowiadania szóstoklasistów, inspirowane odczuciami na temat obrazu Salvadora Dali "Trwałość Pamięci."

http://i27.tinypic.com/2i1cvpc.jpg

Na początku trochę się oburzali, że obraz jest dla nich za trudny i niezrozumiały, ale potem z ulgą stwierdziłam, że ochoczo zabrali się do pisania.
"Romeotik i Glutulia, czyli Romeo i Julia w innym wymiarze." – ze zdziwieniem odczytałam tytuł pierwszej pracy. Po poprawieniu większości błędów przedstawiała się tak:
"Obraz Salvadora Dali jest z całą pewnością ilustracją do dramatu Szekspira pod tytułem Romeo i Julia. Tylko że ta historia rozgrywała się gdzie indziej. A oto jak to wszystko wyglądało:
Dawno, dawno temu, w całkiem innym świecie niż nasz (pan od przyrody mówi, że w kosmosie może być UFO. I że ono jeszcze kiedyś przyleci na ziemię i nam da popalić. Ale ja uważam, że ta historia nie działa się na planecie UFO, tylko na jakiejś innej, ponieważ nikt tam nie był zielony). No, jak już mówiłem, w całkiem innym świecie niż nasz, długo przed Szekspirem, jak jeszcze w ogóle go nie było na świecie, ani nas, ani mojej babci, ani nawet nowej pani z polskiego, było sobie pewne państwo o nazwie Vrona. Żyły tam dwie rodziny: Katapultich i Mąketich. To znaczy tak właściwie to żyło tam dużo więcej rodzin, ale przecież nie będę o nich tutaj pisał, bo przecież pani z polskiego dała nam na to tylko dwa dni. To jest nie fer. Poprzednia pani z polskiego pozwoliłaby nam pisać ile  chcemy, a już na pewno nie chciałaby potem sobie naszych prac zabrać. Ciekawe, po co jej to?
Były one ze sobą zwaśnione. Nie panie z polskiego, ale te rodziny. Romeotik i Glutulia mieli przez to problem. Pochodzili z różnych rodzin i zakochali się w sobie. To całkiem tak samo, jak ta różowa na twarzy blondynka, co pomaga pani Teresie w sklepie i syn mojego sąsiada. On był zegarem, a ona – galaretką. Rezultat: mieli przechlapane. A każdy wie przecież, że woda psuje zegarki i rozpuszcza galarety. Tym bardziej, że Romeotik nie był wodoodporny, a Glutulia – z niską zawartością żelatyny.
Romeotik i Glutulia spotykali się potajemnie. Nic więc dziwnego, że ktoś musiał ich w końcu przyłapać. Zupełnie tak samo jak tą Kaśkę ze sklepu i syna mojego sąsiada  przyłapała pani Teresa. W wypadku Romeotika i Glutulii tą ofiarą losu okazał się Metrucjo, który od razu oczywiście zakablował. Powinien być wtyczką, a nie zegarem – Romeotik nie omieszkał mu tego wygarnąć. W każdym razie rozpętało się istne piekło. Zupełnie jak wtedy, gdy mój sąsiad ganiał swojego syna z widłami dookoła garażu. Katapultowie i Mąketowie wprawdzie nikogo nie ganiali, ale za to wszyscy pozabijali się nawzajem. Ocalała jedynie Glutulia, aby na zawsze już pozostać naocznym świadkiem wydarzeń (jako jedyna miała oko) i zdać z nich relację przyszłym pokoleniom. Na przykład Szekspirowi, który na tej podstawie napisał swojego Romea i Julię i potem spijał śmietankę, choć inni musieli za to ginąć. Dramat Szekspira został okrzyknięty dziełem nie z tej ziemi, a teoria pana od przyrody potwierdziła się – wszystko ma swoje skutki, nawet jeśli dzieje się w innej Galaktyce. A kosmici i tak powoli robią z nami porządek."

W tym momencie gorąco dziękowałam losowi za to, że nie jestem prawdziwą nauczycielką, tylko tymczasową. Zamiast wystosowywania pełnych niepokoju pism do rodziców, alarmowania pedagoga i nachodzenia rejonowego psychologa, mogę zareagować normalnie i po ludzku, co też oczywiście natychmiast uczyniłam z takim zapałem, że pani Aniela, właścicielka wynajmowanego mieszkania, wpadła do mojego pokoju i nerwowo spytała, czy właśnie się śmieję, czy też może zakrztusiłam się solonym orzeszkiem (stały sobie w miseczce na stoliku nocnym).
O ile pierwszy tekst można wziąć jeszcze za uroczy, drugi (a właściwie dwa drugie) wzbudził we mnie mieszane uczucia. Były to prace domowe pierwszoklasistów na temat: „Kim jest mój tata”. Może niezbyt oryginalnie, ale byłam wtedy naprawdę zmęczona i nie obchodziło mnie wcale, o czym te dzieci będą pisały. Teraz jakoś dziwnie zaczęło mi na tym zależeć – muszę przecież je wszystkie przeczytać.
Pierwsze dwie prace były ewidentnie pisane na lekcji, a nie w domu. Cóż, chyba powinnam wyciągnąć jakieś konsekwencje. Gdybym nie była tyko tymczasowym zastępstwem, pewnie bym to zrobiła. Ale tak... Daruję im, a co!

"Proszę panią!" – widniało na pierwszej stronie. – "Chciałam napisać coś o moim tacie, ale Maciek mi pisze uwage, bo bawi się w panią. Proszę mu powiedzieć, żeby się w panią nie bawił. On się nie umi zachować, bo przecież nie można się bawić w panią i wpisywać swoim koleżanką uwag. I jeszcze do dzienniczka a jak to moja mama przeczyta to znowu mi zabroni bawić się w potchody na podwurku i karze mi czytać te głupie książki. Ja nie chce bawić sie w te głupie potchody. To znaczy nie, miało być inaczej. Bo ja tak właściwie to nie chce czytać tych głupih książek, a w potchody to sie chce bawić, i to bardzo. Dlatego prosze coś powiedzieć do Maćka, żeby mi tego nie wpisywał. On sie podpisuje pani czerwonym długopisem, który wzioł jak pani spadł pod biurko. A teraz jeszcze mówi, że wyraz wzioł sie pisze inaczej. Proszę poczekać, tylko pójde do mojej przyjaciółki i sie zapytam, bo coś mi się zdaje, że on mi znowu mówi źle.
Już przyszłam. Ania mówi że wzioł pisze sie tak: wzioął, a czyta się normalnie. Ania jest bardzo mądra, dlatego nigdy sie nie myli. Ale proszę sie nie zdziwić, dlaczego on teraz powiedział prawde. On wie, że ja do pani pisze i chciał pani namydlić oczy. Prosze uważać, proszę panią, bo mydło na oczach bardzo szczypie. A ja nie chce, żeby sie pani coś stało, bo pani jest fajna. Tylko proszę coś powiedzieć do Maćka."
Na odwrocie natomiast, wyskrobane innym, bardziej niechlujnym pismem stało jak następuje:
"Do pani: prosze zamknąć na chwile oczy.
Zocha chyba cie posrało!
Do pani: już pani może otworzyć.
Zocha ty sama sie nie umisz zachować siedzisz w tej ławce jak królowa i sie rozpychasz na całego a ja miejsca nie mam ani nie mam gdzie rozłożyć swoich ludzików z Lego a o kapslach to już wogule nie wspomne a w dodatku jeszcze czochrasz mnie za włosy ty jendzo jedna jesteś po prostu nikczemna i zła do żbiku kości i ja sie kiedyś poskarrze mojemu bratu starszemu to sobie popamientasz i bendziesz musiała chodzić do szkoły przez osiedle pod oknem od starego Jaskułki bo ci bendzie tak wstyd sie pokazać bo wszyscy sie wtedy bendą śmiali jak niewiem i żeby mi to było ostatni raz że najpierw sama zaczynasz a potem sie skarżysz wszystkim naokoło bo ja mam tego dosyć i jeszcze sie zastanowie czy dalej będe chodzić z tobom za ręke po korytarzu bo czuje że nie jestem ciebie wart a nie to znaczy że ty nie jesteś mnie warta czy jakoś tak a w gazecie co ją moja siostra kupuje pisze że takie zwionzki nie mają szans na krutszą mete i że lepiej od razu dać sobie spokój to znaczy nie wiem dokładnie czy tam tak pisało bo jej tylko zaglondałem przez ramie a ona mnie odganiała bo mówi zawsze że to nie jest dla takich dzieciaków jak ja chociaż ja nie jestem już dzieckiem bo sama przecież widzisz jak urosłem od ostatnich wakacji o całe 5 cm w karzdym razie zastanów sie nad tym czy naprawde ci na mnie zależy bo jak nie to nawet sie nie będe fatygował żeby do ciebie po zadanie z polskiego przychodzić bo itak mi nie dasz bo jesteś taka niekolerzeńska a potem jak ci sie zwróci uwage to sie skarżysz do byle kogo.
A mój tata jest fajny, chociaż czasem kare mi daje."
Mimo tego, że dokumentnie zbaraniałam, udało mi się wysnuć dwa wnioski:
1. Jednak należy się za nich zabrać, i to porządnie.
2. Już wiem, dlaczego ich poprzednia nauczycielka popadła w alkoholizm.
Trzecia praca, którą sprawdziłam, była całkiem inna. Po pierwsze: na temat. Po drugie: napisana bardzo błyskotliwie. Widać, że chłopczyk się starał i, co najważniejsze, pisał ją samodzielnie. Występowały tam jakieś błędy ortograficzne, ale mimo to wystawiłam najwyższą ocenę.

"Kim jest mój tata?
Jestem Pawełek i mam siedem lat. Mam też ładny, duży dom, dużo zabawek i kolegów. Mam mamusię, która mnie bardzo kocha i robi mi zawsze najdobrzejszą tortillę na świecie. Ale ja, proszę pani, nie mam wcale taty. I o tym właśnie chciałbym napisać.
Tak normalnie to miałem kiedyś tatusia, jeszcze zanim się urodziłem. I sam nie wiedziałem jak to się stało, że ten tatuś znikł. Długo myślałem, że może jest dżinem i mieszka w takiej starej, złotej lampie. Czasem jak było mi smutno to stawałem przy niej i ją pocierałem mocno ręką, aż stawała się całkiem czerwona. Ręka, a nie lampa. Ale tatuś nigdy nie wyszedł i było mi wtedy jeszcze smutniej.
To było jak byłem taki całkiem malutki. Ale wczoraj mamusia mi wszystko wytłumaczyła. Siedziałem sobie i słuchałem, i jadłem moją tortillę, a mamusia mówiła, mówiła i mówiła. Nie wiem czy pani wie, ale moja mama potrafi zmieniać się jak kameleon w reklamie. I wczoraj wieczorem tak właśnie zmieniała się na twarzy. Była biała, czerwona i trochę zielona. Wszystkie te kolory miała na sweterku, więc to pewnie dlatego. Moja mama jest najcudowniejsza na świecie i jak będę duży, to na pewno się z nią ożenię. Jestem bardzo szczęśliwy, że nie zrobił tego mój tata, bo musiałbym z nim stoczyć wtedy bitwę. Chociaż czasem jest mi trochę przykro jak moi koledzy mówią o swoich tatusiach, a ja muszę udawać, że idę po coś ważnego do domu.
Tata nie mógł się ożenić z mamą ani być moim tatusiem. Bo kiedyś zrobił mamie coś niedobrego i się pokłócili. A potem, jak mama już zauważyła że ja mam się urodzić, tata poleciał do takiego dalekiego kraju z jakąś inną panią. I mamusia nie powiedziała mu o mnie. I wyprowadziła się do naszego domku i zerwała z nim kontakty. Więc mój tatuś tak naprawdę nie wie, że jest moim tatusiem.
To jest bardzo skomplikowane, ale pani jest mądra i na pewno pani zrozumie, dlaczego nie mogłem napisać kim jest mój tata. Nie znam go i on mnie nie zna. I moja mamusia często mówiła do swojej przyjaciółki przez telefon, że gdyby nie ja, to pewnie żałowałaby, że go kiedyś poznała. Jeśli mamusia nie chce się z nim widywać to trudno, ja też nie chcę. Powiedziałem to wczoraj mamie, ale jej akurat wtedy wpadło coś do obu oczu, więc nic na to nie odpowiedziała. Ale potem mnie przytuliła i powiedziała do ucha, że wszystko będzie dobrze. Znaczy że z tymi oczami to nie było nic groźnego.
Wcale mi już nie zależy, żeby poznać tatę. To znaczy może trochę bym chciał, ale trochę też nie. Wiem za to, że chciałbym mieć takiego tatę jak ten pan od mundurków, który dzisiaj był na lekcji. Ale ten wyższy, nie ten niższy. On jest fajny i umie fajnie żartować. Następnym razem zapytam go, czy chciałby zostać moim tatą."

Ta praca zdziwiła mnie, wzruszyła i zaintrygowała jednocześnie.
I w dodatku ten facet od mundurków... hmm, zgadzam się. On jest absolutnie boski. Muszę pomyśleć, jak skutecznie rozpocząć z nim rozmowę.
Jutro. Jutro też powinien być w szkole.

Ostatnio edytowany przez PrawdziwaWhiteLily (2010-07-30 20:25:45)


Bywa, że marzenia o rycerzu na białym koniu przekreśla romans ze stajennym...
Avatary, tapety i buty zmieniam jak rękawiczki.
Stajennych nie zmieniam.

Offline

 

#27 2010-07-30 20:04:52

meaaem
Prawie jak Papuka
Od: W/Ł
Zarejestrowany: 2010-01-28
Posty: 6125

Re: Hissteria

szczena

Wow, niesamowite...

O rety, początkowo to myślałam, że piszesz nie na temat, ale wygląda na to, że Pawełek to synek Uli i... Marka. Momentami się troszkę pogubiłam, bo niby to jest pamiętnik tej nauczycielki, ale wplotłaś też zwykły opis z mieszkania Uli i Pawełka. Celowy zamiar?

Czegokolwiek jednak nie powiedziałabym - to jest coś naprawdę innego i zaintrygowało mnie. Chyba nawet wciągnęło.

Czekam z niecierpliwością na komentarze innych użytkowników! wink


...Czasami czuję się jak marna słaba trzcina,
Którą z łatwością zimny wiatr jak chce wygina.
Czasami tracę wiarę we wszystko co robię,
Złe zdanie mam o ludziach, fatalne o sobie...

Offline

 

#28 2010-07-30 20:09:13

PrawdziwaWhiteLily
Przyjaciel Brzyduli
Od: Rybnik
Zarejestrowany: 2010-06-12
Posty: 180
Serwis

Re: Hissteria

Mea, hmm, nie przemyślałam tego, że to może nie być czytelne. Zaraz coś zrobię, bo pamiętnik jest na początku i na końcu, w środku już nie. Czekaj, zaraz poprawię wink


Bywa, że marzenia o rycerzu na białym koniu przekreśla romans ze stajennym...
Avatary, tapety i buty zmieniam jak rękawiczki.
Stajennych nie zmieniam.

Offline

 

#29 2010-07-30 20:17:23

meaaem
Prawie jak Papuka
Od: W/Ł
Zarejestrowany: 2010-01-28
Posty: 6125

Re: Hissteria

PrawdziwaWhiteLily napisał:

Mea, hmm, nie przemyślałam tego, że to może nie być czytelne. Zaraz coś zrobię, bo pamiętnik jest na początku i na końcu, w środku już nie. Czekaj, zaraz poprawię wink

Może tylko ja nie umiałam tego zapisu zrozumieć. A może faktycznie kursywą teraz lepiej. Zobaczymy jak to będą widzieć inni. smile

Ostatnio edytowany przez meaaem (2010-07-30 20:17:37)


...Czasami czuję się jak marna słaba trzcina,
Którą z łatwością zimny wiatr jak chce wygina.
Czasami tracę wiarę we wszystko co robię,
Złe zdanie mam o ludziach, fatalne o sobie...

Offline

 

#30 2010-07-30 20:21:23

paulinaa21
Mroczki Pshemko
Od: Zabrze
Zarejestrowany: 2010-06-15
Posty: 630

Re: Hissteria

Wspaniałe i jednocześnie  o Pawełku trochę smutne. sad

Lily napisał:

Natychmiast też podniósł się w górę las dziecięcych rąk.
- Tak? – zapytałam jedną z dziewczynek i uśmiechnęłam się do niej blado. – Chciałaś o coś zapytać?
Drobna blondyneczka również obdarzyła mnie uśmiechem, po czym nieśmiało zaczęła:
- Czy... czy pani jest na coś chora?
Zamrugałam, zdziwiona.
- Ja? Dlaczego?
- No bo nasza poprzednia pani była chora na... – tu dziewczynka z dwoma warkoczykami ściszyła konfidencjonalnie głos - ...alkohol.
- Mówi się: uzależniona od alkoholu – poprawiłam ją odruchowo.
- Proszę pani! A czy panią kiedyś wycofają z obiegu? Jak pieniądze? – zapytał blondynek w ławce z tyłu.
- A skąd ci to przyszło do głowy?
- Bo moja mama zawsze mówi, że rude są fałszywe.
Moje kasztanowe pukle zmierzwiły mi się na głowie.
- Twoja mama źle mówi – ucięłam.
Po czym musiałam pobiec by szybko go uspokoić, gdyż zaczął rozdzierająco płakać.
- Proszę pani, proszę pani! – dopytywały się jakieś dziewczynki. – A czy pani jest w ogóle od czegoś uzależniona?
- Od zakupów – rzuciłam na odczepnego, bo cała sytuacja zaczęła mnie irytować.
- E tam – machnęła lekceważąco ręką jedna z nich. – Takie uzależnienie się nie liczy.
- Przykro mi – syknęłam, rozdrażniona.  – A teraz – stanęłam znowu na czele klasy – może wrócilibyśmy do tematu lekcji?

Ach te dzieci...,potrafią rozbroić jednym nie szczególnym pytankiem big_smile

Lily napisał:

I tak, zrobię ci na kolację tortillę, bo wiem, że nie cierpisz pomidorowej.

Ja też nie lubię pomidorowej. lol

Lily napisał:

Kim jest mój tata?
Jestem Pawełek i mam siedem lat. Mam też ładny, duży dom, dużo zabawek i kolegów. Mam mamusię, która mnie bardzo kocha i robi mi zawsze najdobrzejszą tortillę na świecie. Ale ja, proszę pani, nie mam wcale taty. I o tym właśnie chciałbym napisać.

Biedny Pawełek...     placze
 
Pozdrawiam i życzę weny. smile


Wolę napis: "Wstęp wzbroniony", aniżeli: "Wyjścia nie ma".
                                                                               Stanisław Jerzy Lec

Offline

 

Stopka forum

Powered by PunBB© Copyright 2002–2018 PunBB
statystyka