BrzydULA - jedyne forum fanów serialu

Forum dyskusyjne miłośników serialu "BrzydULA"

Nie jesteś zalogowany.

#1 2010-07-19 17:34:28

lapsus linguae
Przyjaciel Brzyduli
Zarejestrowany: 2010-07-13
Posty: 147

Cztery miesiące, tydzień i pięć dni

Podglądam Was nieśmiało od jakiegoś czasu i w końcu zdecydowałam się wychylić zza krzaka.

Debiutantom często zarzuca się, że dają za krótkie fragmenty, żeby je ocenić. Postanowiłam, że polecę od razu z grubej rury. A co, co odważnych świat należywink najwyżej ucierpi trochę moja samoocena.

Miłej lektury. Z drżeniem serca czekam na opinie wink



Rozdział I
w którym Józef Cieplak snuje rozważania nad życiem i śmiercią, Ula Cieplak leci przez Atlantyk, a Rysiów pod Warszawą zyskuje nowego mieszkańca


Podobno na tym najgorszym ze światów pewne są tylko dwie rzeczy: śmierć i podatki. Tym drugim Józef Cieplak nigdy nie zaprzątał sobie niepotrzebnie głowy. Finansami w domu przez wiele lat zajmowała się jego żona, a po jej śmierci domowym budżetem zaopiekowała się ich córka. O pieniądzach pan Józef wiedział tylko tyle, że nigdy się go nie trzymają; dlaczego, to pozostawało dla niego zagadką. Natomiast pierwsza niezmienna tego świata, śmierć, była mu jakby bliższa. Innymi słowy, widział ją na każdym kroku. Lata mijały mu coraz szybciej, dzieci dorastały, a świat był najwyraźniej na granicy samozagłady. Jakieś globalne ocieplenia, powodzie, tsunami, wypadki samochodowe, terroryści, rozszalali kibice, świńskie grypy… Na każdym kroku czaiło się zło, gotowe złapać w swe macki którąś z jego niewinnych pociech.
Ostatnimi czasy coraz częściej tym radosnym torem krążyły myśli pana Józefa. Niegdyś był człowiekiem pogodnym. Zupełnie nieświadomie godził się z nieznaną mu buddyjską maksymą: „Kiedy spalą ci dom, spalą ci dach – będziesz miał piękny widok na niebo…”.
Trzydzieści lat temu w wyniku kontuzji musiał zakończyć swoją karierę sportową i odstawić do garażu swój połyskujący w rysiowiańskim słońcu rower marki Romet Wigry 3. Niektórzy by się załamali; pan Józef natomiast stwierdził, że najwyższy czas się przekwalifikować. Ile można bez sensu pedałować? Jakby nie było, swoje osiągnął. Najpierw Puchar Rysiowa na Dożynkach 1976, potem brąz na Powiatowych Zawodach Kolarskich w 1977, w końcu złoto na Pucharze Mazowsza w 1979.
- Tak miało być – powtarzał pan Józef wymieniając klocki hamulcowe w samochodach sąsiadów.
Kilka lat później spodziewali się z żoną dziecka. Wszystkie kobiety we wsi patrzyły na Magdę i jej rosnący brzuch oceniając ze znawstwem:
- Będzie chłop.
Pan Józef już chciał odrdzewiać Rometa, planując dla pierworodnego karierę kolarską. Miał także idylliczne wizje męskich wypadów na ryby; godzin wspólnie spędzonych na wpatrywaniu się w taflę jeziora i odganianiu się od much. Kupił też strzelbę i próbował zapisać syna do Koła Łowieckiego jeszcze podczas jego życia płodowego. Całe szczęście, że jego starania spełzły na niczym, bo urodziła mu się córka. Pan Józef roztropnie dostrzegł jasne strony tej pomyłki.
- Będzie najśliczniejszą panną w Rysiowie – prorokował, spoglądając na śliniącą się i siną od wrzasku dziewczynkę. – Kawalerów będzie miała mnóstwo! Czyli strzelba się jednak przyda.
Rzeczywistość miała zweryfikować jego oczekiwania, ale wtedy pan Józef o tym nie wiedział.
Nawet gdy w czasie wizyty teściów raz rozgotował pierogi, nie stracił spokoju ducha. Z reszty ciasta zrobił makaron, podczas gdy mała Ula obiecała mu:
- Nie martw się, tatusiu. Jak trochę urosnę, to ja będę lepiła pierogi.
Tak było dawniej. Ale osiem miesięcy i pięć dni temu cały świat stanął na głowie.
Wrzesień. Babie lato. Piękny poranek. Jego dwudziestosześcioletnia córka, jego promyczek, ta oaza spokoju, to uosobienie mądrości… stanęła w kuchni, poprawiła pasek od szlafroka i oznajmiła:
- Tato, chciałam ci coś powiedzieć. Wyprowadzam się. Lecę z Piotrem do Stanów.
Pan Jóżef zaniemówił. Szczęśliwie akurat nie trzymał w ręku czajniczka; gdyby nie to, niechybnie wylałby na siebie cały wrzątek. Jego córka? Do Stanów?! Przecież tam tak niebezpiecznie! Nie dalej jak wczoraj Dąbrowska mówiła, że… zresztą, co tam Dąbrowska! W telewizji też mówili!
- Ale… jak to?
- Spokojnie, wrócę – roześmiała się. – To tylko na rok. Na ślub chcemy wrócić do Polski.
Pan Józef zamrugał nerwowo. Czyżby wziął za dużo tabletek na sen i nie mógł się dobudzić? Niemożliwe, były ziołowe. Samo zdrowie. Ale nie, przecież to musiało mu się śnić! Na wszelki wypadek uszczypnął się w lewą rękę. Zamknął oczy. Otworzył je. Nie, Ula dalej przed nim stała, najwyraźniej oczekując jego reakcji.
- Ślub? – wykrztusił. – Ale czyj ślub?
- Mój i Piotra – wyjaśniła jego córka tak, jakby to było zupełnie oczywiste i jakby nie miała innych pretendentów do swojej ręki. Czy raczej innego pretendenta. – Oświadczył mi się. A ja się zgodziłam.
Pan Józef westchnął ciężko, przypominając sobie tamtą poranną rozmowę. Potem było tylko gorzej, a od wyjazdu Uli pewnego listopadowego dnia nic nie było takie samo. Słońce rzadziej świeciło i wiatr wiał jakoś mocniej… Zwierzył się z tego spostrzeżenia swojemu synowi, który zauważył trzeźwo:
- No bo idzie zima.
Przyszła zima, minęła, nadeszła wiosna, a pan Józef nadal pozostawał fatalistą. Jak mogłoby być inaczej? W końcu jego córeczka pojechała do dalekiej Ameryki. Gdy tylko zamykał oczy, miał wizje Uli wpadającej pod metro w tym wielkim Bostonie.
- Tato, przecież człowiek tak sam z siebie nie wpada pod metro. Ono jeździ pod ziemią – przypomniał mu syn.
- No to pod tramwaj! Autobus! Rower! – zakrzyknął pan Józef, łapiąc się za serce. – Ty mi Jasiek nie wmawiaj, że to jest niemożliwe! Wiesz, jak ci młodzi na rowerach szybko jeżdżą?! Sam byłem kolarzem, to wiem!
I jeszcze ten ślub! Pan Józef miał okazję poznać Piotra Sosnowskiego, swojego przyszłego zięcia. Co by nie mówić, miły, przystojny, ułożony. Koszulka polo zawsze czysta i porządnie wyprasowana. No i dobry zawód miał. Lekarz w rodzinie zawsze się przyda. Ale przecież… rozwodnik. Konserwatywny pan Józef westchnął na myśl, że narzeczony jego Uli już raz ślubował innej kobiecie. I jeszcze te dyżury lekarskie. On będzie nocami w pracy siedział, a Ula co? Sama, w domu?
Pan Józef pokręcił głową i wtopił spojrzenie w swój niebieski kubek. Ostatnio nawet herbata nie smakowała mu tak jak dawniej. Ponownie westchnął i pogrążył się w czymś na kształt letargu, dopóki nie otrzeźwił go ostry dzwonek telefonu. A niech dzwonią. Pewnie ci z banku znowu chcą mu wcisnąć jakąś świetną kartę płatniczą, której w życiu nie wykorzysta, bo w Rysiowie nie ma bankomatu. W końcu wstał, zdeterminowany powiedzieć tym bankowcom, co o nich myśli.
- Halo?! – zawołał do słuchawki i doznał szoku, gdy usłyszał w odpowiedzi głos swojej najstarszej córki.
- Tato? To ja…
- Cześć córeczko! Dawno nie dzwoniłaś! – Momentalnie poprawił mu się humor. Jego Ula. Żyje. Nie wpadła jeszcze pod żaden tramwaj. Ani rower.
- No, nie dzwoniłam… Nie miałam czasu… Chciałam się tylko zapytać… Czy możecie wyjść pojutrze na Okęcie?
Pan Józef oszalał ze szczęścia.
- Naprawdę? Naprawdę przyjeżdżacie?! Ulcia, no, nie wierzę! A na długo?
- Nie wiem – wykrztusiła jego córka. – Po prostu… bądźcie o piętnastej na Okęciu, dobrze? Kurde blaszka, strasznie się za wami stęskniłam!

***

Boston – Nowy Jork: zaliczone. Teraz już tylko Nowy Jork – Warszawa. „Czternaście godzin i trzydzieści minut” – pomyślała Ula Cieplak, opierając głowę o okno. „Za czternaście godzin i trzydzieści minut ich wszystkich znowu zobaczę.”
Czy czternaście godzin i trzydzieści minut to długo? Zależy dla kogo. Dla Uli Cieplak – niekoniecznie. Potrafiła czekać miesiącami, by otrzymać to, czego pragnęła. Po maturze czekała ponad rok, zanim poszła na studia. Ktoś musiał zostać w domu i zająć się malutką siostrą. Po studiach czekała kilka miesięcy, zanim znalazła upragnioną pracę. A potem – pół roku, nim zwrócił na nią uwagę mężczyzna, w którym się zakochała.
Ula potrząsnęła głową. Nie, nie będzie o tym myśleć. Ten temat jest już zamknięty i to od dawna. Powrót do Polski nic nie oznacza. Może go nawet nie spotka.
Spojrzała na mocno pochrapującego obok niej mężczyznę. Ona nigdy nie umiała spać w podróży, dlatego wszędzie jechała uzbrojona w przynajmniej dwie opasłe książki, by umilić sobie drogę lekturą. Przedwczoraj przezornie odwiedziła jedną z bostońskich księgarń. Piotr zawsze się z niej śmiał, że wystarczyło wpuścić ją do najmniejszej księgarni, a przepadała na cały dzień. Dziwił się, jak mogła tyle spędzić ponad rok w domu mody, skoro najchętniej prowadziłaby antykwariat. Zresztą, sama się temu dziwiła.
Przesunęła się niecierpliwie na siedzeniu. Jeszcze czternaście godzin i dwanaście minut.
Może lepiej wyciągnie już tę książkę.

***   

Są goście, których oczekuje się z niecierpliwością. Liczy się dni, planuje każdy szczegół. Piecze się dla nich sernik i przyrządza kurczaka według przepisu z Internetu. Ale bywa i gorzej: są goście, na których się nie czeka. Gdy przyjeżdżają, zaczyna się gehenna. Karmi się ich rozgotowanymi pierogami i poi rozcieńczoną nalewką. Kładzie się ich spać na rozklekotanej wersalce. Wszystko, byleby szybciej wyjechali.
Są też goście, na których przybycie nie sposób się przygotować. Sami otwierają sobie drzwi i wpraszają się na ile chcą, zwłaszcza, gdy gospodarzem jest ugodowa rodzina Cieplaków. Tacy goście zwykle nawet nie pukają, momentalnie czując się jak u siebie.
Tamtej niedzieli w domu Cieplaków panowało zamieszanie nie do opisania. Pan Józef od kwadransa próbował wybrać sobie krawat. Decyzja była niełatwa, bowiem w szafie Cieplaka wisiały aż dwa krawaty, z których jeden był mocno wypłowiały i w połowie zjedzony przez mole. Jasiek od godziny układał włosy na żel próbując osiągnąć efekt idealny: chciał zmierzwić czuprynę dokładnie tak, jakby właśnie wstał z łóżka. Jego młodsza siostra wpatrywała się w niego jak zahipnotyzowana. Choć była jedyną kobietą w tym domu, jej szykowanie się do wyjścia zabierało najmniej czasu.
- Jak wyglądają moje włosy? – spytał Jasiek.
- Jakbyś ich tydzień nie mył – odpowiedziała szczerze jego siostrzyczka.
Jasiek przyjrzał się krytycznie swojemu odbiciu w lustrze. Tyle wysiłku na marne! Chciał uzyskać wygląd niegrzecznego chłopca, a zatrzymał się wpół drogi między irokezem a ulizanym przedziałkiem tego kolesia z pracy Uli. Poprawka. Z byłej pracy Uli.
Podczas gdy Jasiek rozważał, czy wsadzić głowę pod kran, oskalpować się, czy może po prostu zrobić z siebie idiotę i wyjść tak z domu, Beti usłyszała mocne trzaśnięcie drzwiami. Zaintrygowana, zostawiła brata samego z życiowym dylematem i pobiegła do kuchni.
- Mikołaj!!! – wrzasnęła z głębi swoich siedmioletnich płuc.
Pan Józef zdębiał. Po pierwsze, Mikołaj w maju to rzecz niezrozumiała. Mikołaj przybywa zimą, przedzierając się przez śniegi i mrozy. Tak przynajmniej tłumaczył swojej córce. Po drugie, Mikołaj był nim. To znaczy, on był Mikołajem. Może nie przedzierał się przez śniegi i mrozy, ale rok w rok zakładał swój czerwony strój, siwą brodę i wlókł za sobą worek z prezentami, przeklinając brak Rudolfa. A w chwili obecnej pan Józef stał pośrodku swojego pokoju, odziany w dresik, gumowe klapki i półtorej krawata. Co jest, u licha?!
Józef Cieplak wyszedł z pokoju, podczas gdy Jasiek wystawił nażelowaną głowę zza drzwi łazienki. Zastanawiające. Beti wisiała na szyi jakiegoś jasnowłosego…
- Ej, przecież to Mikołaj! – zawołał Jasiek, biegnąc w stronę przybysza. – Cześć, stary!
Mikołaj postawił Beti na ziemię, zdjął ciężki plecak, który w ogóle nie przypominał worka z prezentami, i odetchnął z ulgą.
- Boże! Jadę do was tym autobusem, grzecznie sobie siedzę, a tu jakaś baba staje nade mną i zrzędzi, żebym jej miejsca ustąpił. Mówię jej, że autobus prawie pusty, a ona, że musi tu i to przy oknie. Śmiałem zaprotestować, to jak mnie parasolką nie zdzieliła! I drze się, że powinienem zrozumieć, że ona, matka, właśnie wraca z Warszawy, bo syna odwiedzała. I że jak sam będę matką, to zrozumiem.
- Syna odwiedzała? – zainteresował się Jasiek, pomijając drażliwą kwestię ewentualnego macierzyństwa Mikołaja. – A, to pewnie Dąbrowska!
- A co, syn w szpitalu siedzi? – spytał Mikołaj.
- Siedzi – odpowiedział Jasiek. – Ale nie w szpitalu.
Mikołaj kiwnął ze zrozumieniem głową wzdychając:
- Czyli dobrze mówią na mieście! To całe Rysiowo to mafia! A ty Jasiek co? W mafii motocyklowej jesteś? Nawet wyglądasz trochę jak James Dean – ocenił.
- A ty co? Nie gadasz za często ze szczurami w tym swoim akademiku? – warknął Jasiek.
- Po pierwsze, tam nie ma szczurów, tylko karaluchy. Po drugie, właśnie się stamtąd wyprowadziłem.
- Wracasz do Krakowa? – chciał wiedzieć pan Józef, który zdążył już pójść do kuchni zaparzyć powitalną herbatkę.
- No, nie, przecież jeszcze sesja… No i raczej nie wracam. Zostaję na wakacje tutaj.
- W Warszawie? – spytał pan Józef.
- No niekoniecznie, wujek. Konkretnie to w Rysiowie.
Pan Józef spojrzał na siostrzeńca swojej żony oczami człowieka zmęczonego życiem. Czy on dobrze usłyszał? Będzie miał jeszcze jedną bombę pełną testosteronu w tym domu? Czasem mu się wydawało, że jeden Jasiek to dla niego za dużo. Obserwując poczynania swojego syna zauważał z niepokojem podobieństwa do fabuły „Niewolnicy Isaury”, telenoweli brazylijskiej, którą oglądał po kryjomu przed żoną wkrótce po narodzinach Uli. Jakieś zdrady, krzyki, trzaskanie drzwiami… Między kolejnymi burzliwymi rozstaniami Jaśka z niejaką Kingą, przez dom w Rysiowie przewinęło się kilka dziwnych modelek, niby koleżanek Jaśka z pracy. Modelki te doprowadzały pana Józefa do szewskiej pasji, piszcząc na widok pszczół latających w ogrodzie i życząc sobie słodziku zamiast cukru do herbaty. A na tyle, na ile pan Józef znał Mikołaja, mógł mieć pewność, że jego kłopoty wychowawcze właśnie zostały podniesione do drugiej potęgi.
- To może najpierw herbatki? – zaproponował jedyne sobie znane remedium na wszystkie problemy. Sprawę nowego lokatora postanowił zostawić sobie na później.
- A czemu nie! Może z wkładką? – Mikołaj puścił oko do wuja. – A wy co tacy… eleganccy? – nie mógł opanować drżenia głosu, gdy spojrzał na lśniący ortalionem dresik pana Józefa.
- A po Ulę za godzinę jedziemy. No i jej narzeczonego. Na lotnisko!
- Ula przyjechała? Z tym swoim doktorkiem? No widzę, że trafiłem w samą porę! A czym jedziecie? Chyba nie autobusem? – zapytał z niepokojem, widocznie mając już wyrobione zdanie na temat Zarządu Transportu Miejskiego w Warszawie.
- Autobusem! – oburzył się pan Józef. – Ula już się autobusami najeździła! Maciek nas wiezie.
- Ty, naprawdę wyglądam jak James Dean? – spytał przerażony Jasiek, gdy szli razem zanieść rzeczy Mikołaja do pokoju.
- Człowieku, to komplement – uspokoił go kuzyn. – Wiesz, jak laski za nim szalały? Nasza babcia się w nim kochała!
Jasiek spojrzał z nadzieją w swoje odbicie. Ostatecznie mógł wyglądać trochę retro.

***

Cztery minuty. Mniej więcej tyle czasu, zanim ich znowu zobaczy.
Jeszcze tylko jedna bramka… i bagaże… Jedna torba, druga… Szła szybko stukając obcasami po posadzce. No gdzie oni są?…
Zdębiała. Stali tam, oczywiście. Brakowało im tylko napisu „Witamy w kraju”. Przez chwilę miała wrażenie, że ani na chwilę nie wyjeżdżała z Polski. Tata w jakimś przedziwnym krawacie, który pamiętała chyba ze zdjęcia ślubnego. Jasiek, jakby się zerwał z planu „Buntownika bez powodu”. Beti skupiona, poważna, z bukietem kwiatów w dłoni. I Maciek, kochany Maciek pogrążony w dyskusji z jej kuzynem Mikołajem, który – najwyraźniej – musiał się tu pojawić. Ula rzuciła się w stronę komitetu powitalnego, gubiąc po drodze bagaże i omal nie łamiąc obcasów.
Kiedy wreszcie wszystkich wyściskała i odzyskała dostęp do tlenu, usłyszała od Maćka:
- No, no, a jak ty wyglądasz! Ruda to jeszcze nie byłaś!
- To nie rudy, tylko kasztanowy!
- No dobrze, dobrze, Aniu z Zielonego Wzgórza. A teraz powiedz nam, na co ci tyle bagażu? Na ile ty przyjechałaś? Ja nie wiem, czy moje volvo wszystko uniesie! Mówiłem ci, to nie ruski czołg! I gdzie nasz doktor Piotr?
- W Bostonie – odpowiedziała krótko Ula. – A ja przyjechałam na stałe. To co, pomożecie mi z tymi bagażami? – spytała jak gdyby nigdy nic.

Ostatnio edytowany przez lapsus linguae (2010-07-20 21:12:01)


Denial ain't just a river in Egypt. It's a freaking ocean.

Life is divided into the horrible and the miserable. The horrible are the cancer patients and the terminal cases... the miserable is everyone else. So, be thankful that you're miserable.
[Annie Hall, Woody Allen]

Offline

 

2010-07-19 17:34:28

Cindy
Najlepsza doradczyni na forum

#2 2010-07-19 18:07:17

MEG1984
Prawie jak Papuka
Od: zachodniopomorskie
Zarejestrowany: 2009-12-02
Posty: 6290

Re: Cztery miesiące, tydzień i pięć dni

Lapsus linguae moim skromnym zdaniem jeden z najlepszych debiutów jakie czytałam. Zobaczymy co powie Iris bo to ona się zna wink Powiem tylko tyle: czytając to zostałam ómarnięta nie wiem ile razy. Na początku pomyślałam, że to będzie opowiadanie pisane z perspektywy Józefa, ale chyba nie do końca tak będzie?

Trzydzieści lat temu w wyniku kontuzji musiał zakończyć swoją karierę sportową i odstawić do garażu swój połyskujący w rysiowiańskim słońcu rower marki Romet Wigry 3.

Biedaczek tongue A miał przed sobą taką piękną karierę sportową lol

- Spokojnie, wrócę – roześmiała się. – To tylko na rok. Na ślub chcemy wrócić do Polski.

Biedny Józef aż się dziwię, że po takiej wiadomości nie musieli mu wzywać karetki tongue Poza tym nie lubię Piotra i już.

Koszulka polo zawsze czysta i porządnie wyprasowana.

No jakieś pozory trzeba trzymać tongue Ale ta koszulka powinna dać Józefowi do myślenia.

- Jakbyś ich tydzień nie mył – odpowiedziała szczerze jego siostrzyczka.

Nie ma to jak siostrzana szczerość lol2 Poza tym czy ja już mówiłam, że uwielbiam Beti? tongue

Podczas gdy Jasiek rozważał, czy wsadzić głowę pod kran, oskalpować się, czy może po prostu zrobić z siebie idiotę i wyjść tak z domu, Beti usłyszała mocne trzaśnięcie drzwiami.

lol3 Oskalpowany wyglądałby chyba najlepiej tongue

A w chwili obecnej pan Józef stał pośrodku swojego pokoju, odziany w dresik, gumowe klapki i półtorej krawata.

lol2 Wyobraziłam to sobie i oplułam monitor ze śmiechu.

-Śmiałem zaprotestować, to jak mnie parasolką nie zdzieliła! I drze się, że powinienem zrozumieć, że ona, matka, właśnie wraca z Warszawy, bo syna odwiedzała. I że jak sam będę matką, to zrozumiem.

Ach te dziarskie starsze panie tongue Swoją drogą żeby facet został matką to potrzebne by było jakieś cudowne poczęcie tongue

-A ty Jasiek co? W mafii motocyklowej jesteś?

lol3 Nie ma to jak usłyszeć dobre słowo o swoim wyglądzie tongue

Obserwując poczynania swojego syna zauważał z niepokojem podobieństwa do fabuły „Niewolnicy Isaury”, telenoweli brazylijskiej, którą oglądał po kryjomu przed żoną wkrótce po narodzinach Uli.

O matko, to aż tak bujne życie prowadził Jasiek tongue Swoją drogą czemu on się krył z oglądaniem Isaury, przecież wtedy każdy to oglądał big_smile

A na tyle, na ile pan Józef znał Mikołaja, mógł mieć pewność, że jego kłopoty wychowawcze właśnie zostały podniesione do drugiej potęgi.

Biedny Józef lol

- A czemu nie! Może z wkładką? – Mikołaj puścił oko do wuja. – A wy co tacy… eleganccy? – nie mógł opanować drżenia głosu, gdy spojrzał na lśniący ortalionem dresik pana Józefa.

Zamordował mnie ten ortalionowy dresik lol2

- No dobrze, dobrze, Aniu z Zielonego Wzgórza.

Czego Maciek chce od Ani? Ja ją uwielbiam big_smile

- W Bostonie – odpowiedziała krótko Ula. – A ja przyjechałam na stałe. To co, pomożecie mi z tymi bagażami? – spytała jak gdyby nigdy nic.

Obawiam się, że to początek kłopotów pana Józefa i pewnie Ulki też.

Czekam na kolejną część. Pozdrawiam i życzę weny smile

Ostatnio edytowany przez MEG1984 (2010-07-19 20:25:36)


Kiedy rodzi się człowiek z nieba spada dusza i  rozpada się na dwie części.
Jedna z nich trafia do kobiety, druga do mężczyzny.
Życie polega na odnalezieniu tej drugiej połowy, połowy swojej duszy, połowy samego siebie...
I believe in SH. I AM SHERLOCKED.

Offline

 

#3 2010-07-19 18:18:03

meaaem
Prawie jak Papuka
Od: W/Ł
Zarejestrowany: 2010-01-28
Posty: 6125

Re: Cztery miesiące, tydzień i pięć dni

szczena

Wow, to naprawdę jest COŚ. Żadna tam 'kópa'! Wielkie wejście! Wspaniały debiut!
Tym zdaniem mnie ómarłaś:
Koszulka polo zawsze czysta i porządnie wyprasowana. lol3
Dla mnie rewelacja!
poklon

WENY życzę! :-)

Ostatnio edytowany przez meaaem (2010-07-19 18:19:01)


...Czasami czuję się jak marna słaba trzcina,
Którą z łatwością zimny wiatr jak chce wygina.
Czasami tracę wiarę we wszystko co robię,
Złe zdanie mam o ludziach, fatalne o sobie...

Offline

 

#4 2010-07-19 18:27:02

brzydulkaulka
Entuzjasta
Zarejestrowany: 2010-06-06
Posty: 81

Re: Cztery miesiące, tydzień i pięć dni

Zaczyna sie bardzo ciekawie.
Mam nadzieje, że Ula zerwała z Piotrem
i, że niedługo pojawi sie Marek smile
Z zniecierpliwieniem czekam na nexta smilesmile
Pozdrawiam kisskiss

Offline

 

#5 2010-07-19 19:31:54

essence.
Przyjaciel Brzyduli
Od: Poznań
Zarejestrowany: 2010-06-30
Posty: 143

Re: Cztery miesiące, tydzień i pięć dni

Wow, jeden z najlepszych debiutów! Niesamowicie lekko wplatasz żart w opowiadanie, nie jest to wcale przesadzone ani sztuczne wink Zobaczymy, jak to sobie wymyśliłaśwink

pozdrawiam,
essence

Ostatnio edytowany przez essence. (2010-07-19 19:32:06)


"Kiedy nie miałam już nic do stracenia, dostałam wszystko.
Kiedy o sobie zapomniałam, odnalazłam samą siebie."

Kropla łzy, kropla szczęścia. Dotknij ją.

Offline

 

#6 2010-07-19 19:47:30

ann666
Wali z grubiańskiej rury
Od: Cesarstwo Toruńskie
Zarejestrowany: 2009-05-21
Posty: 17202
Serwis

Re: Cztery miesiące, tydzień i pięć dni

an666

lapsus linguae napisał:

Trzydzieści lat temu w wyniku kontuzji musiał zakończyć swoją karierę sportową i odstawić do garażu swój połyskujący w rysiowiańskim słońcu rower marki Romet Wigry 3.

Zaiste, kobieto, chcesz mnie umrzeć... big_smile

lapsus linguae napisał:

Nawet gdy w czasie wizyty teściów raz rozgotował pierogi nie stracił spokoju ducha.

Brakuje przecinka po pierogi

lapsus linguae napisał:

Ostatnio nawet herbata nie smakowała mu tak, jak dawniej.

IMO bez przecinka

lapsus linguae napisał:

Dawno nie dzwoniłaś! – momentalnie poprawił mu się humor. Jego Ula.

Momentalnie

lapsus linguae napisał:

Spojrzała na mężczyznę obok siebie, który już mocno pochrapywał.

To zdanie coś nie gra.
Spojrzała mocno pochrapującego obok niej mężczyznę.

lapsus linguae napisał:

- Jak wyglądają moje włosy? – spytał Jasiek.
- Jakbyś ich tydzień nie mył – odpowiedziała szczerze jego siostrzyczka.

lol3

lapsus linguae napisał:

Mikołaj postawił Beti na ziemię, zdjął ciężki plecak, który w ogóle nie przypominał worka z prezentami i odetchnął z ulgą.

Mikołaj postawił Beti na ziemię, zdjął ciężki plecak, który w ogóle nie przypominał worka z prezentami, i odetchnął z ulgą.

Podoba mi się smile


Je suis responsable de ma rose
After all this time? ALWAYS

Offline

 

#7 2010-07-19 20:00:04

Łukasz56
Drugie oczy Uli
Od: Kraków
Zarejestrowany: 2010-03-02
Posty: 224

Re: Cztery miesiące, tydzień i pięć dni

Lapsus Linguae !
Jaki lapsus.
Narobiłaś smaku dziewczyno(?).Początek wielce obicujący, należę do tych,którzy przecztali o brzyduli prawdopodobnie wszystko.
Podobało mi się bardzo,a końcówka (dziewczyny,bez skojarzeń !!!), zaintrygowała.Pisz dalej.Świetnie.Gratulacje za odwagę,gratulacje,że się ujawniłaś i mam nadzieję,że uraczysz nas następną częścią.
Całusy nie,bo nie wiem ile masz lat,ale bardzo serdeczne pozdrowienia!

Ostatnio edytowany przez Łukasz56 (2010-07-19 20:03:07)


I jego oczy - szalone, zakochane w Uli. Do końca, do bólu, do dna...

Offline

 

#8 2010-07-19 20:33:46

brzydulomaniaczka
Przyjaciułka SteFy
Od: Gdzieś w lubelskim...
Zarejestrowany: 2009-04-04
Posty: 10576
Serwis

Re: Cztery miesiące, tydzień i pięć dni

Wy ignorantki fryzjerskie! Przecież to była fryzura "Na Edwarda" lol3
Ómarłaś mnie tym debiutem big_smile Brawa za pomysł pisania z perspektywy Józefa i za wspaniały humor big_smile Jestem pod wrażeniem. Brakowało mi takiego powiewu świeżości big_smile

Irka

PS. Półtorej krawata mnie dobiło lol
PPS. Nie musicie na mnie tak we wszystkim polegać, możecie sami oceniać lol Nie jestem jakąś Wyrocznią (jeszcze) big_smile

Ostatnio edytowany przez brzydulomaniaczka (2010-07-19 20:36:42)


Kocham wszystkie swoje siostrzyczki forómowe: Aduśka, Apollina, Claudia, Króweczka, Libby, Mel, Pszczoła, Struś.
Mój facet to Miron Lipski heart    iris
Kocham swój wieczny avek <3

Offline

 

#9 2010-07-19 20:34:39

Enigma
Rysiowiańczyk
Od: Kraków
Zarejestrowany: 2010-07-03
Posty: 1075

Re: Cztery miesiące, tydzień i pięć dni

Mi także bardzo się podobało smile Początek niestandardowy i intrygujący, wprowadzasz nowych bohaterów, co stanowi miłą odmianę. Oczywiście przemilczę fakt, że Ulka była na tyle głupia żeby pojechać ze Zmiętym Polo do tego Bostonu roll Na szczęście chyba zrozumiała swoją pomyłkę i wróciła big_smile


Serce ma swoje racje, których rozum nie zna.
Blaise Pascal

Offline

 

#10 2010-07-19 20:44:54

MEG1984
Prawie jak Papuka
Od: zachodniopomorskie
Zarejestrowany: 2009-12-02
Posty: 6290

Re: Cztery miesiące, tydzień i pięć dni

brzydulomaniaczka napisał:

Wy ignorantki fryzjerskie! Przecież to była fryzura "Na Edwarda" lol3

A widzisz Iris tego to nie wiedziałam, ale to zapewne dlatego, że nie widziałam żadnej części Zmierzchu tongue I nawet dobrze mi z tym big_smile Chociaż może ja już za stara jestem, żeby mi się Edzio podobał? tongue
Co do wyroczni to znasz się na tych wszystkich stronach formalnych pisania, a z tego to np. ja noga jestem. Co najwyżej mogę jakiś błąd ortograficzny wyłapać, a i to jak mam na nosie właściwe okulary tongue

edit: Sorry za offtop smile

Ostatnio edytowany przez MEG1984 (2010-07-19 20:46:07)


Kiedy rodzi się człowiek z nieba spada dusza i  rozpada się na dwie części.
Jedna z nich trafia do kobiety, druga do mężczyzny.
Życie polega na odnalezieniu tej drugiej połowy, połowy swojej duszy, połowy samego siebie...
I believe in SH. I AM SHERLOCKED.

Offline

 

Stopka forum

Powered by PunBB© Copyright 2002–2018 PunBB
statystyka