BrzydULA - jedyne forum fanów serialu

Forum dyskusyjne miłośników serialu "BrzydULA"

Nie jesteś zalogowany.

#21 2011-05-09 01:00:11

Sincero
Przyjaciel Brzyduli
Od: Dolnośląskie
Zarejestrowany: 2011-05-04
Posty: 111

Re: Popokazowe małe co nieco - opowiadanie

Świetny odcinek. Pełna sielanka, ale już nie mogę doczekać się intryg, knowań i zakrętów na wyboistej drodze do szczęścia.

Twój Marek jest tak idealny, że sama chcę takiego x

monika_2601 napisał:

A może może?

Poprawiłabym na: A może jednak?
Wydaje mi się, że tak lepiej wygląda w tekście pisanym.

Pozdrawiam, Sincero.


No one ever will love me better than your everlasting love...

Offline

 

2011-05-09 01:00:11

Cindy
Najlepsza doradczyni na forum

#22 2011-05-09 09:31:55

MEG1984
Prawie jak Papuka
Od: zachodniopomorskie
Zarejestrowany: 2009-12-02
Posty: 6290

Re: Popokazowe małe co nieco - opowiadanie

Moniko nie zniechęcaj się smile Rozdział drugi przeczytałam już dawno, tylko znając życie zrobiłam to w pracy, ktoś mi przeszkodził i zapomniałam napisać komentarz.
Zaserwowałaś nam kolejną porcję sielanki i jakoś zupełnie mi nie przeszkadza, że jest aż tak cukierkowo big_smile Świetnie się czyta o szczęściu Uli i Marka. Wygląda na to, że są oni do siebie świetnie dopasowani. Normalnie jak czytam to opowiadanie to zazdroszczę Uli Marka big_smile Ten facet jest prawdziwym ideałem. Wyraźnie widać, że panna Cieplak jest najważniejsza w życiu Dobrzańskiego. Marek daje jej na każdym kroku odczuć jak bardzo jest ona dla niego ważna, jak bardzo ją kocha. Jest czuły, wrażliwy i zawsze zwraca uwagę na jej potrzeby. Szkoda, że w prawdziwym życiu takich się nie spotyka.

Wyłapałam kilka literówek, głównie w imieniu Maćka, ale piszesz naprawdę długie rozdziały, więc nic dziwnego, że pojawiają się jakieś błędy smile

Pozdrawiam i życzę weny smile


Kiedy rodzi się człowiek z nieba spada dusza i  rozpada się na dwie części.
Jedna z nich trafia do kobiety, druga do mężczyzny.
Życie polega na odnalezieniu tej drugiej połowy, połowy swojej duszy, połowy samego siebie...
I believe in SH. I AM SHERLOCKED.

Offline

 

#23 2011-05-28 21:35:48

monika_2601
Szemrzący typ
Zarejestrowany: 2011-03-28
Posty: 57

Re: Popokazowe małe co nieco - opowiadanie

Dziękuję za komentarze pod poprzednim rozdziałem i zapraszam na kolejny smile
Z góry też przepraszam za wszystkie błędy.



Część 4

    Taksówka zatrzymała się przed klubem. Wysiedli. Ich oczom ukazał się wielki świecący neon z nazwą klubu. Muzykę było słychać już na zewnątrz. Wziął ją za rękę i poprowadził w kierunku wejścia. Ominął całą kolejkę ludzi czekających na możliwość wstępu. Podszedł od razu do selekcjonera i uścisnął jego dłoń, dobrze go znał, w końcu należał do stałych bywalców. Ten bez zwłoki otworzył im przejście, przyglądając się przy tym uważnie Uli. Marek od razu to zauważył. Widział, jak mężczyźni teraz na nią patrzyli. Nie dziwiło go to, była piękną kobietą. Szkoda tylko, że wcześniej nikt tego nie dostrzegał. Nikt z wyjątkiem niego. On to w niej widział. On potrafił.
    Ulę cieszyła perspektywa wieczoru w towarzystwie przyjaciół, szczególnie, że ich grono ostatnio się powiększyło. Podchodziła jednak do tego spotkania nieco sceptycznie. Nie była pewna, czy się jej spodoba. Przedtem była w klubie tylko dwa razy. I żadnego z nich nie wspominała miło. Pierwszy raz, kiedy świętowali wybór Marka na prezesa. Nie dość, że przyszła wtedy jako pierwsza i musiała czekać na resztę, to jeszcze właśnie wtedy jej ojciec miał zawał. Drugi raz była tu z Piotrem. Weszli na zaproszenia Marka, które przysłano do firmy. Jak teraz o tym myślała, to dochodziła do wniosku, że chciała tu przyjść właśnie dlatego, że był to jego ulubiony lokal. Była z Piotrem a rozglądała się, czy przypadkiem nie ma tu Marka. Nie miała dobrych wspomnień z klubami, ale liczyła na to, że teraz to się zmieni. Może nawet to polubi.
    Ze względu na to, że mieli się tu spotkać w większym gronie, Sebastian zarezerwował wcześniej miejsce, żeby uniknąć sytuacji, w której nie mieliby gdzie usiąść. Kiedy Ula i Marek weszli do środka, stwierdzili, że nie są pierwsi. Na obszernej kanapie, bardzo blisko siebie, siedziała już jedna para. Maciek szeptał Ani coś do ucha, a ona się śmiała.
- No jesteście nareszcie! Już myśleliśmy, że będziemy sami – zawołał Maciek, gdy tylko spostrzegł ich przybycie.
- To Seby i Violi jeszcze nie ma? – zdziwił się Marek.
-  Właśnie nie. Może im coś wypadło – podsunęła Ania.
- Albo są w windzie, nie? – powiedział Maciek, patrząc znacząco na Anię, która natychmiast się roześmiała.
- Co? W jakiej windzie? – zapytała Ula, która nie wiedziała, o co chodzi.
- A nie, nic, nic, nieważne – zbył ją przyjaciel.
- No dobra, słuchajcie, przyjdą, to będą, nie będziemy przecież na nich czekać w nieskończoność. Ja w takim razie pójdę po drinki – zaproponował Marek.
- Pójdę z tobą – zaoferował Maciek, czym zaskoczył Ulę. Czyżby chciał zacieśniać więzy przyjaźni?
- Świetnie. Dziewczyny, co pijecie?
    Po wysłuchaniu życzeń pań, ruszyli w stronę baru. Czekając na realizację zamówienia, Marek postanowił zrobić coś, co jak uważał, powinien był zrobić już dawno.
- Słuchaj, Maciek, chciałem ci podziękować – zaczął trochę nieśmiało. Ich relacje w przeszłości nie były najlepsze, ale nadszedł czas, żeby to zmienić.
- Za co? – zapytał zaskoczony Maciek.
- Po pierwsze za to, że byłeś przy Uli, kiedy cierpiała. Przeze mnie – dodał, po czym spuścił głowę, codziennie wyrzucał sobie, że tak okrutnie ją potraktował i codziennie nie potrafił zrozumieć dlaczego, to zrobił – Po drugie za to, że przyczyniłeś się do naszego zejścia.
- Ja? Ale ja nic takiego nie zrobiłem – zarzekał się Maciek.
- Ula mi o wszystkim opowiedziała. Powiedziała, że nie dotarł do niej na czas mój list, że go znalazłeś, że kazała ci go spalic, ale tego nie zrobiłeś, że właściwie zmusiłeś ją do przeczytania go. Za to ci dziękuję. Mówiła też, że cały czas jej powtarzałeś, że ją kocham i że ma w końcu w to uwierzyć. I za to też dziękuję.
- Ula jest moją przyjaciółką. Najlepszą i najstarszą. Pragnę jej szczęścia, a wiem, że tylko ty możesz jej je dać. Widziałem przecież, jak się męczy, jaka była rozbita po twoim wypadku. Chłopie, ona się wtedy ledwo na nogach trzymała. I wiedziałem, że ty też ją kochasz, na kilometr było to widać. Nie mogłem jej pozwolić na taki błąd. Nie mogłem pozwolić, żeby straciła szansę na prawdziwą miłość. A już pomijając to wszystko, to Piotr i tak nie był facetem dla niej. Takie ciepłe kluchy, daj spokój! – zażartował na koniec Maciek i obaj się roześmiali.
-  W takim razie dzięki, że we mnie uwierzyłeś, pomimo tego, że nie przepadasz za mną – powiedział Marek, na co Maciek zareagował trochę inaczej niż się tego spodziewał.
- Nie przepadam? Kiedy to było! Od tego czasu nieco się zmieniło, nie? – tłumaczył Maciek zerkając wymownie na Marka – Poza tym teraz jesteśmy jak gdyby na siebie skazani. Obu nam na niej zależy, więc… Ale stary, jeśli ją skrzywdzisz, to wszędzie cię znajdę - pogroził mu Maciek teatralnym głosem i znów się roześmiali.
    W tym samym czasie panie deliberowały na inny temat. Ula zauważyła, że Ania zerka na nią nerwowo  co chwilę.
- Coś się stało? – zapytała w końcu Ula.
- Nie, nie – zaprzeczyła Ania, po czym podjęła szybko inny temat – Ula, chciałam ci pogratulować. Przepraszam, że dopiero teraz, ale nie chciałam być nachalna. Wiesz, zrobiło się spore zamieszanie wokół was, nie chciałam jeszcze ja wchodzić wam na głowę. Tak się cieszę – powiedziała ściskając jej dłonie – Muszę przyznać, że nie wiedziałam, że wy aż tak. Zawsze było miedzy wami coś takiego… - nie potrafiła znaleźć odpowiednich słów - No nie wiem, ale wyczuwało się to połączenie między wami. Dopiero Maciek mi o wszystkim opowiedział. Ale nie miej mu tego za złe – dodała szybko, przestraszona, ze może mieć o to do niego pretensje.
- Nie no co ty! Maciek nie powiedziałby ci tego, gdyby nie miał do ciebie zaufania. Poza tym ja też jestem pewna, że akurat u ciebie te informacje są bezpieczne, więc nie martw się tym – zapewniła ją Ula.
Ośmielona przyjaznym nastawieniem Uli, Ania wreszcie odważyła się na rozmowę, którą chciała z nią odbyć.
- Chciałam cię o coś zapytać…
- Domyśliłam się – roześmiała się Ula – Proszę, nie krępuj się.
- Bo widzisz, zostałam zaproszona na niedzielę na obiad do rodziców Macka. Nie ukrywam, że trochę się denerwuję. I tak sobie pomyślałam, że przecież ty znasz go całe życie, mieszkacie obok siebie, to na pewno musisz też znać jego rodziców. Może mogłabyś mi coś o nich powiedzieć? Jacy są? Na co mam się przygotować?
- Już cię zaprosili na obiad? No proszę – Ulę niezwykle ucieszyła ta wiadomość, skoro Maciek miał zamiar przedstawić ją rodzicom, to na pewno traktuje ten związek bardzo poważnie – W ogóle nie powinnaś się tym denerwować. Rodzice Macka to bardzo mili i porządni ludzie. Jego mama, pani Maria, jest cudowna. Gdy umarła moja mama bardzo nam pomagała. Zresztą teraz też, kiedy trzeba to przypilnuje Beatki, jest naprawdę w porządku. A tata jest bardzo spokojnym człowiekiem, niewiele się odzywa. Na pewno przypadniesz im do gustu – uspokoiła ją Ula.
- Tak myślisz? – zapytała niepewnie Ania.
- Jestem pewna.
    W tym momencie do stolika wrócili panowie niosąc drinki. Po kilku minutach zjawili się Sebastian i Violetta.
- Przepraszamy za spóźnienie – usprawiedliwiał ich Seba.
- W końcu! Seba, zapraszasz, nie przychodzisz, co jest? – chciał wiedzieć Marek.
-  Sorry, mieliśmy coś do zrobienia przed wyjściem – wyjaśnił im przyciągając do siebie Violkę – Wiecie jak jest – dodał posyłając im porozumiewawcze spojrzenia.
- Sebuś – Violetcie nie spodobało się, że zbytnio wtajemnicza przyjaciół w ich życie intymne i dała temu wyraz uderzając go torebką.
- Jezu, co ty tam nosisz?! To naprawdę zabolało – wykrzyknął.
    Tymczasem w Rysiowie Józef właśnie nastawiał wodę na herbatę, kiedy usłyszał pukanie oznajmiające przybycie gości. Nie zdążył zareagować, drzwi się otworzyły i przybysz sam wszedł.
- Halo! Jest tu kto?
- Proszę wejść, pani Dąbrowska – wołał Cieplak z kuchni.
- Dobry wieczór, panie Józku – przywitała się kobieta i od razu usiadła przy stole – Przyszłam prosić o pomoc.
- Co się znowu stało?
- Potrzebuję silnej, męskiej ręki – rozpoczęła kobieta chichocząc – Moja pralka. Znowu charczy. Tak wie pan, tak samo jak ostatnio.
- To może czas już kupić nową? – zasugerował jej mężczyzna.
- No ale po co? Przecież pan tak dobrze zna się na tych wszystkich rzeczach, zawsze pan naprawi. Po co wyrzucać niepotrzebnie pieniądze w błoto? To wpadnie pan jutro do mnie, tak? Mam serniczek – powiedziała na koniec na zachętę.
- Dobrze, przyjdę.
- Wie pan co, panie Józeczku? Napiłabym się tej pana pysznej nalewki – rzekła Dąbrowska, czym wcale nie zdziwiła Cieplaka. Nie stroniła od mocniejszych napoi, a jego nalewkę szczególnie sobie upodobała. Nie raz i nie dwa prosiła o kieliszek, kiedy wpadała. Józef nalał tylko jej, on ze względu na swoje serce odmówił sobie tej przyjemności. Dąbrowska wypiła jednym duszkiem.
- A pan sam? – zapytała kobieta rozglądając się po domu.
- Nie. Beatka jest, siedzi na górze, w swoim pokoju. I Jasiek jest – odpowiedział - Chociaż nie, Jaśka to chyba nie ma, wydaje mi się, że mówił, że idzie do Kingi – poprawił się Józef.
- No tak, kto by tych młodych w domu utrzymał – westchnęła ciężko sąsiadka – A Ula? – zapytała nie kryjąc się specjalnie ze swoją ciekawością.
- Uli nie ma.
- Że nie ma, to ja widzę. Ale gdzie jest?
- No nie wiem, pani Dąbrowska! Ona dorosła jest, nie kontroluję przecież każdego jej wyjścia z domu. Może jeszcze jest w pracy, może poszła gdzieś z przyjaciółmi. Nie wiem! – zdenerwował się Cieplak nachalnymi dociekaniami gościa.
- Nie wie pan?! Nie wie?! – wykrzykiwała zbulwersowana kobieta – Ale przecież pan musi teraz na nią uważać! Ja już kiedyś panu o tym mówiłam. Ona teraz jest na wysokim stanowisku, zarabia duże pieniądze i jak wypiękniała! Każdy by się skusił. Niejeden będzie chciał ją teraz, wie pan, uwieść, zdobyć – mówiła pełnym determinacji i zacięcia głosem.
- A nie, nie – Józef wymownie machnął ręką, jakby chciał powiedzieć „nie ma sprawy” – Tym już ani ja, ani pani nie musimy się przejmować.
- To niby dlaczego? - zdziwiła się.
- Bo ona już ma narzeczonego, no może nie narzeczonego, ale jak to się teraz mówi chłopaka – tłumaczył jej z uśmiechem na twarzy, popijając ze spokojem herbatkę.
- A to ja wiem, że ona ich zmienia jak rękawiczki. Jednego dnia kręci się tu ten wysoki, szczupły, drugiego ten lekarz, kiedyś to był nawet taki łysiejący. Ale ja mówię o poważnym związku, kochany panie Józeczku.
- Ja też, pani Dąbrowska.
- Pierwsze słyszę! To kto tym razem? – dopytywała zaciekle sąsiadka.
- Marek – odpowiedział jej krótko. Nie miał zamiaru dyskutować z nią na ten temat, ale co zrobić jeśli ona wciąż drąży i drąży? Postanowił udzielać jej jak najbardziej zdawkowych odpowiedzi.
- Marek, Marek… - powtarzała w kółko, próbując skojarzyć sobie o kogo chodzi – A to ten jej niby szef! Tak?
- Właściwie to teraz ona jest jego szefową.
- Ale to ten taki, co tymi drogimi samochodami przyjeżdżał, tak?
- Tak, ten – Józef na nowo zaczynał się denerwować jej pytaniami.
- Obcy! Całkowicie obcy! – podniosła głos Dąbrowska – A mój Bartuś musi się włóczyć po tych wszystkich Reichach. A to przecież swój chłopak. Czego mu niby brakuje? Chyba nie urody, przecież jest pięć… a gdzie tam pięć, dziesięć razy przystojniejszy od tego całego Marka! – przerwała na chwile kręcąc głową – No chyba, że chodzi o pieniądze. Ten jest na pewno wiele bogatszy, wystarczy spojrzeć na te samochody!
- A może chodzi o miłość, pani Dąbrowska, co? – Józef nie wytrzymał.
- Miłość! Pfff… - wykrzyknęła wręcz z sarkazmem kobieta – Mój Bartuś to niby Uli nie kochał? Nie, nie, panie Józefie, tu nie o miłość idzie. Zresztą, co oni mogą wiedzieć o miłości? Za młodzi są. Dla nich miłość to jedno i to samo co seks. I o to tutaj chodzi! Ot co!
Oburzona Dąbrowska wstała, głośno szurając przy tym krzesłem. Obrzuciła Cieplaka gniewnym spojrzeniem i demonstracyjnie się odwracając wyszła zamaszystym krokiem z domu. Józef dalej siedział przy stole. W ogóle się nie przejął. Już niejednokrotnie robiła mu takie awantury, obrażała się, a następnego dnia wracała, zachowując się jakby nic się nie stało. Dobrze wiedział, że tym razem będzie dokładnie tak samo.
    W 69 zabawa trwała w najlepsze. Ula nie mogła wyjść z podziwu, że tak dobrze się wszyscy razem bawią. Miała nadzieję, że tak będzie, w końcu to był jeden z głównych celi, dla których w ogóle się spotkali. Nie spodziewała się jednak, że tak szybko im pójdzie. Siedzieli tam dopiero 2 godziny, może trochę dłużej, a już zachowywali się jakby od dawna byli przyjaciółmi, a przecież różnie bywało – kwadratowo i podłużnie, jakby to powiedziała Violetta. Może to zasługa ich pozytywnego nastawienia i determinacji do naprawienia niektórych rzeczy, z którą tu przyszli. Może to dzięki ogólnej radości, która ogarniała wszystkich bez wyjątków. A może to po prostu sprawa tych kilku drinków, które już każdy zdążył wypić. Powód nie był ważny, najważniejsze, że teraz zwariowana Viola i spokojna Ania plotkowały zawzięcie, Maciek i Marek wymieniali się uwagami na temat motoryzacji, a ona potrafiła rozmawiać z Sebastianem bez ciągłego myślenia o liście prezentów, którą ten przygotował z myślą o niej dla Marka.
- Toast! – ogłosił Sebastian, wydzierając się tak głośno, jak tylko mógł, przekrzykując muzykę.
- Seba, uspokój się, to już piaty! Wiesz, że można pic też bez toastów, prawda? – próbował ostudzić jego zapał Marek, który stwierdził, że jego przyjaciel chyba nie powinien już pic.
- Wiem, doskonale wiem! Marek, nie psuj zabawy, bardzo cię proszę – mówił błagalnie Olszański – Proponuję, żebyśmy wypili, werble proszę – powiedział, po czym chwile odczekał  – za nasze piękne panie – dokończył wodząc wzrokiem od Violi, przez Anie, do Uli – To co, zdrowie?
- Zdrowie! – zawołali zgodnie wszyscy zebrani.
Z głośników poleciała nowa melodia, na dźwięk której Kubasińska zerwała się z kanapy.
- Ooooo, moja ulubiona piosenka! Sebulku, zatańczmy! Tak dawno nie tańczyłam – wołała ciągnąc za rękę patrzącego na nią zbolałym wzrokiem Olszańskiego, wyraźnie nie miał ochoty ruszać się z miejsca – No chodź, zrób to dla mnie – nalegała.
Sebastian uległ. Trudno było mu jej odmówić, zawsze miał z tym trudności i to był jego główny problem. Jako że ona była roztrzepana, on powinien być głosem rozsądku w tym związku. Niestety jak dotąd ta rola nie bardzo mu wychodziła.
Pozostali zajęli się sobą. Po zniknięciu Sebastiana zabrakło głównego prowodyra większości rozmów, swoją droga rozmów na bardzo mało istotne tematy, co pozwoliło im poświęcić trochę czasu osobą, z którymi tu przyszli. Ania opowiadała o czymś Maćkowi, który w tym czasie trzymał jej rękę i bawił się jej palcami, od czasu do czasu zerkając na nią wymownie. Ani Ula, ani Marek nie mogli dosłyszeć o czym rozmawiali, muzyka zagłuszała wszystko.
    Marek spojrzał na Ulę. Nie zwracała na niego uwagi, rozglądała się naokoło. Czyżby się jej nudziło? – pomyślał. Och, ile by dał, żeby być teraz z nią sam na sam. Na pewno nie pozwoliłby jej na nudę. Gdyby teraz wyszli, inni mogliby się obrazić. Nie, to zdecydowanie odpadało. Marek, siedź jak masz – zganił sam siebie w myślach. Dziś będzie musiał zapomnieć o chwili bliskości z nią, szczególnie, że postanowiła wrócić do domu, a nie przenocować u niego. Ale słodki Jezu, dlaczego akurat dziś musiała ubrać tę sukienkę? Taką krótką, że mógł oglądać jej nogi prawie w całej okazałości, z tak głębokim dekoltem, że mógł podziwiać sporą część jej piersi…
    Ula rozglądała się bezcelowo po sali. Nie skupiała wzroku na niczym konkretnym, po prostu błądziła po obcych twarzach. Obróciła głowę w lewą stronę i napotkała wzrok Marka. Mogła jednak powiedzieć, że zostaje u niego. Chciałaby móc być teraz tylko z nim, czuć na sobie jego dłonie, kochać się z nim. Przestań fantazjować! – krzyczał na nią jej wewnętrzny głos. Zauważyła, że ostatnio o wiele więcej myśli o seksie, niż kiedykolwiek wcześniej. Myślała o tym za każdym razem, kiedy znalazł się blisko niej, gdy patrzył na nią tak… tak… dokładnie tak, jak teraz.
    Marek odwrócił od niej wzrok i spojrzał w kierunku Ani i Macka, więc Ula odruchowo zrobiła to samo. Nadal byli zajęci sobą. Jego wzrok znów wrócił do niej. Uśmiechnął się, a uśmiech ten wyraźnie zapowiadał, że zaraz coś się zdarzy. I rzeczywiście, długo nie musiała czekać. Usiadł na brzegu kanapy spuszczając ręce na dół. Stół dzielący ich od przyjaciół był doskonałą osłoną w razie, gdyby któreś spojrzało w ich stronę. Zaczął przesuwać palce w dół i w górę po jej łydce, tak aby nikt nie mógł zobaczyć. Ula natychmiast poczuła mrowienie w tym miejscu. Nie odrywał od niej oczu, ani na chwilę się nie odwrócił. Był całkowicie skupiony na niej. Wprost rozbierał ją wzrokiem. Chciała, żeby jego dłoń zawędrowała wyżej, ale wiedziała, że nie mogą. I on też to wiedział. Przymknęła na chwilę oczy rozkoszując się jego dotykiem.
- Ula, wracasz dzisiaj ze mną do Rysiowa?
Zarówno Ula, jak i Marek odwrócili się w kierunku Macka, który gwałtownie wdarł się do ich małej, intymnej bańki, którą roztoczyli wokół siebie. Marek jednak nie przestał dotykać Uli. Przecież Maciek i tak nie mógł nic dojrzeć przez ten stół.
- Nie – odpowiedziała mu krótko.
- Ok, spoko.
- Przepraszam na chwile, pójdę poszukać toalety – powiedziała Ula.
Marek był zaskoczony jej zachowaniem. Tak po prostu wstanie i odejdzie? Tak, właśnie tak zrobiła. Szła przez salę, a on gapił się za nią w osłupieniu. Nagle się odwróciła i spojrzała na niego, wysyłając mu nieme zaproszenie, jej oczy mówiły: „chodź”. Upewnił się, że Maciek i Ania nie zwracają na niego uwagi, bez słowa wstał i podążył za nią.
Przeszli przez główną salę i weszli w wąski, ciemny korytarzyk, schodzący trochę w dół, jakby o pół poziomu niżej niż pomieszczenie, które właśnie opuścili. Po drodze nikogo nie spotkali. Dobrze – pomyślał Marek – nikt się tu zbytnio dziś nie kręci. Szli parę metrów, aż wreszcie Ula zatrzymała się przy parze drzwi i oparła się o ścianę między nimi, czekała na niego. Przygryzając wargę patrzyła, jak się zbliża.
- Sprawdź, czy jest pusto – powiedziała wskazując ruchem głowy męską toaletę, gdy znalazł się o kilka kroków od niej.
Marek zerknął do środka. Nikogo nie było. Świetnie. Otworzył drzwi na oścież, puścił ją przodem i sam wszedł, rozglądając się jeszcze przedtem naokoło. Zamknął drzwi, przekręcił zasuwkę. Odwrócił się do niej. Stała pośrodku tego niewielkiego pomieszczenia, ręce miała splecione z tyłu, wyglądała jak nieśmiałe, cnotliwe dziewczę. Takie było skojarzenie Marka, gdy na nią patrzył. Dopiero, kiedy zwrócił uwagę na oczy, doszedł do wniosku, że nie ma w nich nic cnotliwego, są wyzywające, prowokujące i bezwstydne.
- Dlaczego męska a nie damska? – zapytał, by przedłużyć chwilę słodkiego oczekiwania.
- Bo w damskiej zawsze jest większy ruch. Mogłaby się zrobić kolejka – odpowiedziała mu uśmiechając się zachęcająco.
Dłużej nie miał zamiaru czekać. Nie chciał. I ona też nie, wyraźnie to dostrzegał. Naparł na nią i przyparł ją do ściany, przywierając do niej całym ciałem. Nie było czasu, trzeba działać. Całował ją zachłannie i bez opamiętania. Koniuszkiem języka obrysował kształt jej warg. Ona już rozpinała jego spodnie. Chciała go teraz, już, w tym momencie. Jego obie dłonie unosiły do góry jej sukienkę. Poczuła jego rękę miedzy udami. Dotknął ją w tym szczególnym miejscu, a ona jęknęła cicho. Chwycił jej nogę w kolanie, uniósł do góry i przytrzymując oparł ją na swoim biodrze. Połączył się z nią szybko i gwałtownie, sprawiając, że wstrzymała na moment oddech. Trwał tak w bezruchu przez kilka sekund i dopiero po chwili zaczął się poruszać.
Sebastian i Violetta schodząc z parkietu, przedzierali się przez tłum i zmierzali w kierunku ich stolika. Zastali tam tylko Anię i Macka.
- Widzisz Sebuś jak było fajnie? A tak się wzbraniałeś – powiedziała Viola mierzwiąc mu czuprynę.
- Bo z tobą wszystko jest fajne Violuś.
- Ooooo, słodki jesteś! – wykrzyknęła, rzuciła się mu na szyję i pocałowała.
Blondynka usiadła i zaczęła szukać czegoś w torebce. Sebastian wciąż stał. Wziął tylko drinka, którego zostawił tu, gdy Violka ciągnęła go na parkiet i dopił. Potem się rozejrzał.
- Hej! – zawołał chcąc zwrócić uwagę Macka – A gdzie Dobrzańscy?
- Dobre pytanie. Przepadli jakiś czas temu. Nawet nie zauważyliśmy kiedy – opowiedział mu Maciek.
- Ulotnili się znaczy? - zapytał, unosząc kilka razy brwi porozumiewawczo.
- Na to wygląda – potwierdził z uśmiechem Szymczyk.
- Jak to się ulotnili? Gdzie? – dopytywała się Kubasińska.
Sebastian patrzył przez moment na nią wymownie, dając jej do zrozumienia o co chodzi. Ona jednak zdawała się nie pojmować aluzji. W końcu nie wytrzymał i zawołał:
- No gdzie Violuś?
- Aaaaaa, no to było trzeba tak od razu mówić! Popatrz, ta nasza Ulka to taka cicha rzeka. Niby taka grzeczna, poukładana, a tu proszę…
    Marek otworzył drzwi, żeby upewnić się, że nie ma nikogo na korytarzu. Było pusto. Dzięki Bogu. Gdyby ktoś akurat tędy przechodził i zauważył kobietę wychodzącą z męskiej toalety, to na pewno by się zdziwił. Szybko opuścili to pomieszczenie. Na końcu pogrążonego w mroku korytarza Marek zatrzymał się i jeszcze raz przyciągnął do siebie Ulę. Ostatni raz pocałował ją i ruszyli czym prędzej w stronę przyjaciół, już i tak wystarczająco długo na nich czekali. Nie zdążyli dojść do stolika, kiedy usłyszeli głos Macka.
- No, są nasze zguby.
- Gdzie byliście? – zapytał Sebastian.
- Gdzie? – powtórzył za nim Marek zerkając na Ulę i szukając u niej pomocy w znalezieniu jakiejś sensownej wymówki – No jak to gdzie?
- No gdzie? - drążył dalej Olszański, teraz już nie kryjąc swojego rozbawienia i śmiejąc się pod nosem.
- Byliśmy się przejść – pospieszyła z wyjaśnieniami Ula, która zaraz potem spojrzała niepewnie na Marka.
- Właśnie, przejść się byliśmy – przytaknął jej.
- A nie zmarzliście czasem? Wiecie, wieczór się zrobił, chłodno jest – podpuszczał ich Seba.
- Nie skąd. Powiedziałbym nawet, że było całkiem… gorąco – odpowiedział mu Marek, zerkając zaraz potem rozmarzonym wzrokiem na Ulę, która odwzajemniła jego spojrzenie i spłonęła rumieńcem zawstydzenia.
- Tak też myślałem – skwitował Sebastian ironicznym głosem.
- Widzisz Sebulku, przejść się byli. A ty sobie wyobrażałeś niewiadomo co – powiedziała całkiem poważnie Viola, która w przeciwieństwie do całej reszty najwyraźniej uwierzyła w tę bajeczkę.
    Marek nie pozwolił, żeby Ula samotnie wracała po nocy taksówką taki kawał. Postanowił bezpiecznie odstawić ją do Rysiowa i wtedy wrócić do Warszawy, do domu.
- Proszę chwilę zaczekać – zwrócił się do taksówkarza, gdy dotarli na miejsca. Oboje wysiedli i ruszyli chodnikiem prowadzącym do wejścia do domu.
- Ula, zastanawiałaś się już nad moją prośbą? – zapytał niepewnie.
- Jaką prośbą? – nie była pewna o czym mówi.
- Żebyś się do mnie wprowadziła – zapytał, Ula długo nie odpowiadała, więc kontynuował – Przepraszam, nie powinienem cię pośpieszać.
- Nie, chodzi po prostu o to, że nie miałam czasu, żeby się nad tym zastanowić. Ale to zrobię. Obiecuję. Wiesz, jak bardzo bym chciała… - odpowiedziała całkiem szczerze i pocałowała go na pożegnanie.
Weszła do domu, zatrzasnęła za sobą drzwi, oparła się o nie i zamknęła oczy. Pod powiekami od razu pojawił się jej jego obraz. Przypomniało się jej, jak jeszcze niedawno myślała: „Prawie robi dużą różnicę. No bo takie lubię cię, to nie to samo co prawie kocham. A prawie kocham, to nie to samo co kocham”. Jak mogła w ogóle się nad tym zastanawiać? Przecież różnica jest oczywista! Prawie naprawdę robi wielką różnicę. Prawie nigdy nie jest wystarczające. Prawie nie da ci szczęścia. Teraz wiedziała to na pewno. Już poznała, jak to jest kochać naprawdę. Nie wiedziała jak to możliwe, że kiedyś mogła żyć bez tego. Jak mogła chociażby myśleć o wyjeździe z Piotrem do Bostonu? To byłby największy błąd w jej życiu, choć jeszcze parę dni temu zdawało się to być najlepszym wyjściem z sytuacji.
Była szczęśliwa, naprawdę szczęśliwa. Miała kochającą rodzinę. Miała tych wszystkich wspaniałych przyjaciół, z którymi tak cudownie spędziła dzisiejszy wieczór. Miała świetną pracę, która pozwalała jej na życie na poziomie, o jakim nigdy nawet nie śniła. I przede wszystkim miała jego, Marka, Marka Dobrzańskiego. Wydawało się to niemożliwe, ale każdego dnia była w nim coraz bardziej zakochana. Tak bardzo się dla niej zmienił. Zrezygnował z życia, do którego był przyzwyczajony i które przecież kochał. Porzucił to wszystko, aby być idealnym mężczyzną dla niej. Podziwiała jego determinację i siłę, nie każdy potrafiłby zdobyć się na coś takiego. Uwielbiała go za to, szanowała i kochała. I miała zamiar zrobić wszystko, aby nigdy nie żałował, że gdy miał wybór, wybrał życie z nią.
    Marek kroczył korytarzem F&D. Szedł do Uli, która prosiła go, żeby w wolnej chwili do niej wpadł. Dzwoniła jakieś dziesięć minut temu. Bardzo szybko znalazł wolną chwilę. Dla niej był gotów rzucić wszystko i tak też zrobił. Poza tym, po co czekać? Wszedł do sekretariatu, gdzie zastał Violę.
- Można? – zapytał wskazując drzwi gabinetu, chciał się upewnić, że nie będzie przeszkadzał akurat w tej chwili.
- Oczywiście – odpowiedziała mu sekretarka, która trzymała w ręku upitą do połowy szklankę wody, a obok miała jeszcze pełną butelkę.
- Odpokutowujesz za wczoraj? – roześmiał się Marek na wspomnienie minionego wieczoru.
- Uhmu… - wymruczała w odpowiedzi Kubasińska.
Wszedł do gabinetu.
- Pani prezes mnie wzywała? – zapytał retorycznie i bezceremonialnie podszedł do siedzącej za biurkiem Uli.
- Witaj, kochanie – powiedział i pocałował ją.
- Marek, my już dzisiaj się witaliśmy – przypomniała mu, jednak nie miałaby nic przeciwko temu, żeby witał ją tak za każdym razem, gdy ją widział.
- Wiem, ale po co odbierać sobie przyjemność ponownego powitania, skoro mamy do tego okazję? – zapytał pokrętnie.
- Usiądź, mamy parę spraw do obgadania.
- Coś się stało? – zaniepokoił się Marek.
- Jeszcze nie. Nie wiem, czy pamiętasz, ale niedługo wygasa nasz kontrakt ze StartSportem.
- Pamiętam.
- No właśnie. Wiem, że krótko przed kwartalnym zebraniem zarządu miałeś spotkanie z Korzyńskim. Możesz mi pokrótce powiedzieć, o czym rozmawialiście? Wspominał coś o przedłużeniu kontraktu? – chciała wiedzieć Ula.
- Właściwie to spotkałem się wtedy z Terleckim, nie z Korzyńskim. I szczerze mówiąc Ula, nie jestem pewny, czy oni będą chcieli przedłużyć z nami ten kontrakt. Terlecki powiedział, że Lew nie jest zadowolony z wyników sprzedaży. Poza tym wydaje mi się, że może też chodzić mu o tę sprawę z Pauliną. Może poczuł się urażony, no nie wiem – zreferował Marek.
- No to pięknie! Wiedziałam, że znów zaczną się jakieś problemy. Dopiero skończyły się jedne, a już mamy nowe. Los nie pozwala nam się nudzić. Marek, ale ty wiesz, że my ich potrzebujemy? Jeżeli oni nie przedłużą z nami tego kontraktu, to nie będziemy mieli gdzie sprzedawać Sportivo. A jeżeli nie będziemy mieli, gdzie sprzedawać, to od razu możemy wstrzymać produkcję tej kolekcji. Ale przecież my nie możemy sobie na to pozwolić. Nie stać nas na wycofanie z rynku całej kolekcji – zmartwiła się sytuacją Ula.
- Wiem, Ula. Musimy zrobić wszystko co w naszej mocy, żeby nie odbierali nam tego kontraktu. Trzeba przygotować nową ofertę, uatrakcyjnić ją. Koniecznie musimy wzmocnić reklamę Sportivo, żeby polepszyć wyniki sprzedaży. Zyski z Gusto pozwolą nam sfinansować kampanię. Moglibyśmy w całości opłacić ją my. To zadowoliłoby Lwa. Wypromowalibyśmy Sportivo i przy okazji jego sklepy, a on nie musiałby włożyć w to ani grosza. To na pewno będzie nas mniej kosztować, niż wycofanie całej kolekcji – wysunął pomysł Marek.
- To dobry pomysł – zgodziła się pani prezes – Powinniśmy już zacząć przygotowywać naszą propozycję, będzie przy tym trochę roboty. Trzeba jak najszybciej umówić spotkanie z Korzyńskim.
Ula podniosła słuchawkę telefonu.
- Viola, pozwól tu do nas na chwilę. 
Momentalnie otworzyły się drzwi do gabinetu, w których stanęła Violetta. Tym razem ściskała całą butelkę wody, co Ulę zdziwiło, a Marka rozbawiło. Natomiast sekretarce wydawało się nie być do śmiechu.
- Słucham?
- Violetta, zadzwoń do Korzyńskiego i umów nas na spotkanie. I poszukaj mi też wszystkie papiery dotyczące StartSportu, musimy przygotować dla nich ofertę – zleciła pani prezes.
- Na kiedy was umówic? – spytała słabym głosem.
- Jak najszybciej.
- Uhmu – wydusiła z siebie i wyszła.
- Co jej jest? – zwróciła się Ula do Marka.
- Wiesz, za bardzo wczoraj zaszalała – śmiał się – Dobra, to sprawę StartSportu mamy omówioną. Co dalej? Jeszcze jakieś problemy?
- Aleks – powiedziała Ula.
- No oczywiście. Czemu mnie to nie dziwi? Co znowu zrobił? – zapytał Marek. Był przygotowany na wszystko. Aleks był w stanie posunąć się bardzo daleko, co już niejednokrotnie udowadniał swoim zachowaniem. Knuł i sabotował bezustannie.
- Nic nie zrobił. Nie ma go.
- Jak to nie ma go? – zdziwił się Dobrzański.
- Wstyd przyznać, ale w ciągu trzech dni nikt nie zauważył, że Aleksa nie ma w pracy. Dopiero dzisiaj posłałam Violettę do niego, bo był potrzebny jego podpis i okazało się, że go nie ma. Dorota powiedziała, że wyjechał do Mediolanu i nie powiedział, kiedy wróci.
- Pewnie pojechał do Pauliny. To mamy jedne problem z głowy, nie? – zauważył Marek.
- No właśnie tak nie do końca. Nie mamy teraz dyrektora finansowego. Zastępcą jest Adam, ale on jeszcze miesiąc będzie w Bergamo – wyjaśniła Ula.
- O tym nie pomyślałem – przyznał – Ja się tym zajmę. Dowiem się, gdzie przepadł i co zamierza. Może ojciec będzie wiedział coś na ten temat.
- Dobrze – Ula ucieszyła się, że nie będzie musiała zajmować się sprawą Febo.
W tym momencie zadzwonił telefon Marka. Chłopak wyciągnął go z kieszeni i spojrzał na wyświetlacz. Odebrał. Ula nie widziała z kim rozmawiał. Słyszała tylko zdawkowe odpowiedzi.
„Cześć… Tak… W piątek? Oczywiście… Nie jestem pewnie… Uhmu… Spytam… - spojrzał na Ulę – Myślę, że tak… Nie… Dobrze… Ja ciebie też. Pa”
Ja ciebie też? O co chodzi? Z kim on rozmawia – zastanawiała się Ula.
- To mama – powiedział – Zaprasza nas na kolację w piątek – zakomunikował przyglądając się jej niepewnie.
- Nas? Znaczy ciebie i mnie? – Ula była niewątpliwie zaskoczona.
- Tak.
- Do siebie do domu? – teraz w jej słowach dało się dostrzec obawę.
- Tak – potwierdził po raz kolejny.
- O Boże – westchnęła Ula. Znała rodziców Marka, niejednokrotnie z nimi rozmawiała, często ich widywała w firmie, ale teraz to co innego. Miała iść do nich do domu, co więcej miała tam iść jako partnerka ich syna. Zaczęła ją ogarniać panika. Jeszcze niedawno uspakajała Anię co do takiej samej sytuacji. Wydawało jej się, że jej asystentka panikuje. Teraz wiedziała, że wcale nie przesadzała.
- Ula, ale co się stało? – zapytał zaniepokojony jej miną Marek.
- Jak to co? Twoja mama zaprosiła nas na kolację – odpowiedziała mu, jakby zapytał ją o rzecz oczywistą.
- I to cię tak martwi? Dlaczego? – teraz Marek wydawał się rozbawiony.
- Nie, nie martwi, ale… Chyba przyznasz, że to stresująca sytuacja.
- Daj spokój – podszedł do niej, usiadł na biurku i zaczął ją uspakajać – Wiesz przecież, że mój tata cię uwielbia za to, co zrobiłaś dla naszej firmy, a mamę na pewno też oczarujesz. Niczym się nie martw – mówił głaszcząc ją po policzku - Ale zgadzasz się, tak? Pójdziesz? – chciał się upewnić.
- Oczywiście, że pójdę – powiedziała już spokojnym głosem.
Gdy tylko wyraz niepokoju zniknął z jej twarzy i na powrót pojawił się uśmiech, pocałował ją i nie puszczał długo. Chciał jej pokazać, że nie musi się obawiać tego spotkania, bo jego rodzice na pewno ją zaakceptują i pokochają, tak jak on. Tę chwilę intymności przerwała im Violetta, która bezpardonowo wtargnęła do pomieszczenia.
- Umówiłam was z Korzyńskim – oznajmiła.
- Świetnie! Na kiedy? – ucieszyła się Ula.
- Na jutro – powiedziała sekretarka krzywiąc się przy tym, domyślała się, jaka będzie ich reakcje.
- Na jutro?! Ale przecież my nie zdążymy się przygotować do tego czasu! – wykrzyknęła pani prezes.
- Tak też mu powiedziałam.
- Powiedziałaś mu, że nie zdążymy?! Viola no! Takich rzeczy się nie mówi kontrahentom – teraz też Marek zaczął krzyczeć.
- A co miałam zrobić? Przecież wiedziałam, że się nie wyrobicie do jutra ze wszystkim. To mu to powiedziałam, ale on stwierdził, że skoro tak, to będzie mógł się spotkać z wami dopiero za dwa tygodnie, bo jutro wieczorem wraca do Petersburga, a pojutrze leci do Włoch. Ciekawe o co chodzi z tymi Włochami? Wszyscy tylko do Włoch i do Włoch. Paulina, Aleks, Lew…
- Dobra Viola, skup się! To co dokładnie powiedział? – przywoływał ją do porządku Dobrzański.
- Że albo jutro, albo po jego powrocie z Włoch. Więc umówiłam was na jutro na 12.
Ula i Marek wymienili spojrzenia. Nie było szans, że zdążą jeszcze dziś wszystko przygotować. Potrzebowali o wiele więcej czasu, przynajmniej jeszcze jednego dnia. Ale skoro nie mieli jeszcze jednego dnia, to mieli przecież jeszcze noc. Już nie raz pracowali takim systemem. Zawsze im się udawało. Ula wzruszyła ramionami i wywróciła oczami, jakby chciała powiedzieć „co zrobić? jak trzeba, to trzeba” i odezwała się z uśmiechem patrząc wprost na Marka:
- To czeka nas cała noc pracy.   
Nie spuszczając z niej wzroku Marek zaczął się uśmiechać. Mieli przed sobą cały wieczór i całą noc w firmie. Będą tylko oni. Ona i on.


A jednak ja nie wątpię, że się to światło na niebie zapali. Nic się nie spełni, co najpierw nie jest marzeniem.

Offline

 

#24 2011-05-29 18:42:55

MEG1984
Prawie jak Papuka
Od: zachodniopomorskie
Zarejestrowany: 2009-12-02
Posty: 6290

Re: Popokazowe małe co nieco - opowiadanie

Nadal słodko i cudownie big_smile Chociaż wygląda na to, że nad FD zbierają się czarne chmury. Jednak na pewno duet Cieplak&Dobrzański sobie z nimi poradzi big_smile Może nawet Viola oddała im przysługę umawiając tak szybko spotkanie z Korzyńskim?
Podobała mi się scena w klubie. Ludzie, którzy jeszcze niedawno nie mieli ze sobą nic wspólnego wszystko sobie wyjaśnili i stają się przyjaciółmi.
Z drugiej strony nie jestem do końca przekonana do sceny w klubowej łazience. Rozumiem, że Ula jest zakochana i chce przebywać jak najczęściej i jak najbliżej z Markiem, ale jakoś nie pasuje mi do niej takie zachowanie. Jednak to twoje opowiadanie i możesz kreować postać Uli jak chcesz smile
Rozmowa Józefa z Dąbrowską mnie rozbawiła. Ten facet ma do tego babsztyla anielską cierpliwość big_smile

I jeszcze drobna uwaga. Dobrze by było gdybyś poszczególne części rozdziałów, tzn. gdy zmienia się miejsce akcji, jakoś wyraźniej wyodrębniała. Wystarczyłaby spacja między nimi. Czytelnik nie gubiłby się o czym i o kim aktualnie czyta smile

Pozdrawiam i życzę weny smile


Kiedy rodzi się człowiek z nieba spada dusza i  rozpada się na dwie części.
Jedna z nich trafia do kobiety, druga do mężczyzny.
Życie polega na odnalezieniu tej drugiej połowy, połowy swojej duszy, połowy samego siebie...
I believe in SH. I AM SHERLOCKED.

Offline

 

#25 2011-05-29 21:05:35

Sincero
Przyjaciel Brzyduli
Od: Dolnośląskie
Zarejestrowany: 2011-05-04
Posty: 111

Re: Popokazowe małe co nieco - opowiadanie

Fajna sielanka, chociaż już zaczynają pojawiać się pierwsze problemy.

Świetna scena pan Józef-Dąbrowska.

monika_2601 napisał:

Czego mu niby brakuje? Chyba nie urody, przecież jest pięć… a gdzie tam pięć, dziesięć razy przystojniejszy od tego całego Marka!

Ómarłam!

Ulka trochę zbyt odważna, jak na Ulkę, ale, jak już stwierdziła Meg, to Ty kreujesz tą postać.

Jak to nikt nie zauważył, że Aleksa nie ma?! Ciekawe, co Mroczny Książę wymyśli teraz. Mam nadzieję, że wykombinuje intrygę wszech czasów.

Przy okazji rodzeństwa Febo, czyżby Lew szykował jakieś polowanie na Paulinę?

Pozdrawiam, Sincero


No one ever will love me better than your everlasting love...

Offline

 

#26 2011-05-29 21:51:31

Angel
Cień Uli
Od: Wielkopolska
Zarejestrowany: 2009-12-12
Posty: 418

Re: Popokazowe małe co nieco - opowiadanie

Monika, Ty przecież wiesz, że wspaniale piszesz i jak dla mnie to ta sielanka mogłaby się nigdy nie skończyć wink
Mnie też jednak, gdy czytałam ten rozdział po raz pierwszy, zaskoczyła ta scena w klubowej toalecie, o której wspomniała Meg. Jakoś nie mogłam sobie wyobrazić takiej Uli (chociaż może to i dobrze wink ). Zresztą oni (tzn. Ula i Marek) w ogóle są jacyś niewyżyci - prawie w każdym rozdziale "są ze sobą najbliżej jak tylko można" wink Nie mówię, że to źle, niech się sobą nacieszą, ale też z drugiej strony - co za dużo, to niezdrowo tongue
Ja już czytałam to opowiadanie do rozdziału ósmego (bo więcej na razie nie wyprodukowałaś tongue ) i nie chciałabym tu spojlerować, ale najbardziej podobała mi się chyba, jeśli chodzi o takie sceny, ta pod koniec siódmego rozdziału. Nie wiem, dlaczego. Ma w sobie to "coś". Zobaczymy, jak inni ocenią wink

I podjęłam decyzję, że skopiuję sobie to opowiadanie na dysk, żeby w razie czego (a z Internetem różnie bywa) mieć do niego łatwy dostęp. Chyba mogę, co? wink Lubię mieć wszystko w jednym miejscu.

Pozdrawiam i czekam na kolejne rozdziały - nie tylko te tutaj wink

Ostatnio edytowany przez Angel (2011-05-29 21:54:31)


- Dlaczego mam zatem słuchać serca?
- Bo nie uciszysz go nigdy. I nawet gdybyś udawał, że nie słyszysz, o czym mówi, nadal będzie biło w twojej piersi i nie przestanie powtarzać tego, co myśli o życiu i o świecie...
  Paulo Coelho
GNAJ SWSiOCJT DORIS FPWL

Offline

 

#27 2011-05-29 22:00:12

monika_2601
Szemrzący typ
Zarejestrowany: 2011-03-28
Posty: 57

Re: Popokazowe małe co nieco - opowiadanie

Dziękuję za komentarze smile Co do Uli w scence łazienkowej... Szczerze powiem, że ja sama pisząc ten rozdział bardzo długo się wahałam, zastanawiałam i analizowałam wzdłuż i wszerz, czy Ula byłaby skłonna do takiego zachowania. W końcu jednak doszłam do wniosku, że postać Uli tyle razy w serialu nas zaskakiwała, zmieniała się, pod koniec serialu to już w ogóle nie było wiadomo czego się po niej spodziewać, że uznałam, że pozwolę sobie na takie małe szaleństwo co do jej osoby. 

Angel napisał:

Zresztą oni (tzn. Ula i Marek) w ogóle są jacyś niewyżyci - prawie w każdym rozdziale "są ze sobą najbliżej jak tylko można"

No popatrz, a mnie się wydawało, że czytelnicy czekają właśnie na takie sceny :p

Angel napisał:

I podjęłam decyzję, że skopiuję sobie to opowiadanie na dysk, żeby w razie czego (a z Internetem różnie bywa) mieć do niego łatwy dostęp. Chyba mogę, co? wink Lubię mieć wszystko w jednym miejscu.

Oczywiście, że możesz smile Bardzo się cieszę, że podoba się Tobie na tyle, że chcesz je mieć na dysku.

Ostatnio edytowany przez monika_2601 (2011-05-29 22:03:19)


A jednak ja nie wątpię, że się to światło na niebie zapali. Nic się nie spełni, co najpierw nie jest marzeniem.

Offline

 

#28 2011-05-30 19:01:39

Angel
Cień Uli
Od: Wielkopolska
Zarejestrowany: 2009-12-12
Posty: 418

Re: Popokazowe małe co nieco - opowiadanie

monika_2601 napisał:

Angel napisał:

Zresztą oni (tzn. Ula i Marek) w ogóle są jacyś niewyżyci - prawie w każdym rozdziale "są ze sobą najbliżej jak tylko można"

No popatrz, a mnie się wydawało, że czytelnicy czekają właśnie na takie sceny :p

No czekają, czekają tongue Tylko w niektórych opowiadaniach to takich scen jak na lekarstwo, a u Ciebie za to prawie co rozdział wink Ja przecież nie twierdzę, że to źle (zwłaszcza, że ładnie to opisujesz), ale tak mi się nasunęło przy czytaniu, że U&M robią to prawie za każdym razem, jak się spotykają po pracy tudzież w weekend wink Ale nie szczędź im, póki co, bo taki stan rzeczy może nie trwać wiecznie wink i jeszcze kiedyś będziemy tęsknić za takimi sweet momentami wink

Boże, teraz to ja wyszłam na jakąś niewyżytą...

tongue

monika_2601 napisał:

postać Uli tyle razy w serialu nas zaskakiwała, zmieniała się, pod koniec serialu to już w ogóle nie było wiadomo czego się po niej spodziewać, że uznałam, że pozwolę sobie na takie małe szaleństwo co do jej osoby.

No i słusznie tongue Rozkręca się Cieplak przy Mareczku - ale namęczył się chłop bez niej, to niech teraz ma wynagrodzone wink

Ostatnio edytowany przez Angel (2011-05-30 19:10:49)


- Dlaczego mam zatem słuchać serca?
- Bo nie uciszysz go nigdy. I nawet gdybyś udawał, że nie słyszysz, o czym mówi, nadal będzie biło w twojej piersi i nie przestanie powtarzać tego, co myśli o życiu i o świecie...
  Paulo Coelho
GNAJ SWSiOCJT DORIS FPWL

Offline

 

#29 2011-05-31 01:43:19

monika_2601
Szemrzący typ
Zarejestrowany: 2011-03-28
Posty: 57

Re: Popokazowe małe co nieco - opowiadanie

Angel napisał:

Ale nie szczędź im, póki co, bo taki stan rzeczy może nie trwać wiecznie  i jeszcze kiedyś będziemy tęsknić za takimi sweet momentami

Otóż to smile

Angel napisał:

No i słusznie  Rozkręca się Cieplak przy Mareczku - ale namęczył się chłop bez niej, to niech teraz ma wynagrodzone

Masz rajcę, jego cierpliwość powinna zostać wynagrodzona :p

Angel, a tak w ogóle, to ja zapraszam Ciebie wiesz gdzie, bo jest coś nowego wink


A jednak ja nie wątpię, że się to światło na niebie zapali. Nic się nie spełni, co najpierw nie jest marzeniem.

Offline

 

#30 2011-06-03 23:34:51

monika_2601
Szemrzący typ
Zarejestrowany: 2011-03-28
Posty: 57

Re: Popokazowe małe co nieco - opowiadanie

Część 5


    Ula i Marek byli pochłonięci pracą, wręcz tonęli w papierach. On zajął się kwestią techniczną promocji Sportivo, ona analizą budżetu, musieli się upewnić, na co mogą sobie pozwolić. Każde pracowało w swoim gabinecie, żeby nie przeszkadzać sobie wzajemnie i się nie rozpraszać. Mieli się spotkać później, aby wszystko zgrać i dopasować. Razem zamierzali też zrobić zestawienie kosztów i przewidywanych zysków w tym sezonie, symulację oraz prezentację w formie multimedialnej. Od rana, odkąd tylko dowiedzieli się, że Korzyński może się z nimi spotkać tylko jutro, nie mieli ani chwili czasu wolnego. Sprawa kontraktu zajęła ich bez reszty, nie było ich dla nikogo. Viola skutecznie broniła dostępu do pani prezes każdemu, kto miał do niej superważną sprawę, a większość z taką właśnie przychodziła. Okazała się też bardzo pomocna dla Marka, któremu znosiła wszystkie potrzebne mu materiały.
    O godzinie siedemnastej biuro zaczęło pustoszeć. Co bardziej gorliwi pracownicy zostawali trochę dłużej. O osiemnastej nie było już nikogo, zostali tylko oni. Wtedy też Marek przyszedł do gabinetu Uli, gdzie mieli dalej wspólnie pracować. Ania chciała zostać i im pomóc, ale wysłali ją do domu, i tak pracowała więcej od innych.
    Wspólna część pracy szła im o wiele szybciej i sprawniej, niż ta, którą wykonywali indywidualnie. Byli doskonale zgrani, jak zawsze zresztą. Idealnie się uzupełniali. Kiedy jedno rzucało jakiś pomysł, drugie w lot chwytało ideę. Rozwijali i ulepszali swoje pomysły aż do momentu, gdy przybierały one najlepszą, najbardziej wyważoną formę. Jako zespół byli niezrównani. Ich największą siłą było to, że nim jedno coś powiedział, drugie już wiedziało, o czym myśli to pierwsze. A także to, że nie bali się krytykować siebie nawzajem, gdy coś wydawało się nie być dobre, po prostu sobie o tym mówili.
    Nim się obejrzeli zastała ich noc. To, że byli tam sami wcale im nie pomagało. Pomimo tego, że wydawało się, że są maksymalnie skupieni na tym, co robią, to co chwilę rozpraszali się sobą.  Gdzieś o północy zrobili sobie krótką przerwę. Wyskoczyli na najlepsze zapiekanki w mieście, te same, które jedli podczas swojej pierwszej „nocnej zmiany”. Potem szybka kawa i powrót do tabelek, wykresów i zestawień. Starali się unikać jakichkolwiek czułości. Doświadczenie, co prawda dopiero kilkudniowe, ale jednak, nauczyło ich, że może się to źle skończyć, a przecież mieli jeszcze tyle do zrobienia.
    O piątej rano już prawie wszystko było gotowe. Ostatnią rzeczą, którą chcieli zrobić było próbne wyświetlenie prezentacji multimedialnej, którą przygotowali. W tym celu przenieśli się do sali konferencyjnej, gdzie zwyczajowo miało się odbyć spotkanie z Korzyńskim.
- Wydaje się być w porządku – powiedział Marek po obejrzeniu efektu ich pracy, wyłączając rzutnik.
- Tak, jest w porządku – zgodziła się Ula – Myślę, że to powinno przekonać Lwa. To jest bardzo dobra oferta dla nich. Mam tylko nadzieję, że nasze przypuszczenia się sprawdzą i nie stracimy na tym więcej, niż zyskamy.
- Nie, przecież wykonaliśmy symulację i wygląda to dobrze, powiedziałbym nawet, że bardzo dobrze – uspakajał ją mężczyzna.
Ula już chciała wyjść z sali, kiedy zatrzymała się wpół drogi i zaczytała się w dokumentach, które trzymała w rękach. Nie podnosząc głowy znad kartek zawołała:
- Marek, chodź! Zobacz tylko, ten fragment – wciąż wpatrzona w papiery wskazała jeden akapit.
Marek podszedł do niej i stanął bardzo blisko, żeby móc przeczytać tekst na trzymanej przez nią kartce.
- No i co z tym? – zapytał patrząc na nią, gdy tylko skończył czytanie.
- Nie myślisz, że powinniśmy… - w końcu uniosła głowę do góry, odwróciła się w jego stronę i momentalnie przerwała. Zaskoczyła ją jego bliskość. Dzieliło ich zaledwie kilka milimetrów. Całą noc tego unikali, a teraz…
Ich oczy się spotkały. Marek lekko się uśmiechnął i spojrzał na nią tym wzrokiem, który sprawiał, że miękły jej kolana. Zapomniała, co chciała powiedzieć. Zresztą to wydawało się być teraz nieważne. Jedyne, o czym mogła myśleć w tej chwili, to te pociągające usta o idealnym kształcie i kolorze.
Marek wyjął jej z ręki dokumenty, które wciąż trzymała i rzucił na stół. Dotknął jej włosów. Były cudownie miękkie w dotyku. Pochylił się i leciutko jak tylko mógł ucałował ją w szyję. Zapach. Ten zapach. Od razu uderzył go upajający zapach jej ciała. Rozbudził jego zmysły. Chwycił ją mocniej i zaczął całować jej usta. Ona oddawała pocałunki z wielkim zaangażowaniem i namiętnością. Jego ręce zaczęły rysować kręte ścieżki na jej ciele. Nie omijał niczego, a najbardziej upodobał sobie piersi, które dotykał z pasją i zachłannością, ale też z delikatnością. Wszystko zrobione, po co sobie odmawiać – pomyślał i poprowadził ją do krawędzi stołu. Położył ją na dużym, szklanym, podświetlanym blacie. On sam stał i pochylał się nad nią. Nie przestając jej całować zaczął odpinać jej bluzkę. Gdy poradził sobie ze wszystkimi drobniutkimi guziczkami i już gładził jej brzuch, ona przystopowała go odpychając lekko.
- Marek, a jak ktoś wejdzie?
- Kto? Przecież nie ma nikogo prócz nas – powiedział i na powrót przybliżył się do niej i zaczął delikatnie muskać jej piersi.
- A Władek?
- Władek jest pięć pięter niżej – mówił nie odrywając się od niej.
- A jak będzie chciał zrobić obchód? – przyspieszony oddech i westchnięcia, które wydawała z siebie co jakiś czas, utrudniały jej mówienia.
Marek uniósł głowę i patrząc na nią przypomniał jej:
- Przecież dopiero co robił. Pół godziny temu. Pamiętasz? Zrelacjonował nam przy okazji chyba cały mecz, który obejrzał wieczorem.
- Myślałam, że ty lubisz mecze – powiedziała, kiedy usłyszała ironiczny ton, którym o tym mówił.
- Bo lubię – nie wdając się w dalsze szczegóły wrócił do tego, co mu przerwała.
- A sprzątaczki? – zapytała po chwili między pocałunkami.
- Przychodzą dopiero o 7 – uspokoił ją.
Długi czas tylko ją całował i pieścił. Nie posuwał się dalej. Dla niej trwało to już za długo. Czy on robił to specjalnie? Była już rozpalona do granic możliwości. Chciała, żeby w końcu to zrobił. Nie zwlekając dłużej poprosiła:
- Marek, kochaj się ze mną.
Na to czekał. Właśnie to chciał usłyszeć w tej chwili z jej ust. Chciał, żeby to ona poprosiła, dlatego tak zwlekał. Chciał poczuć, że ona tak samo pragnie go, jak on jej. Podwinął jej spódnice do góry i zrobił to, czego oboje tak bardzo chcieli.
    Kiedy Marek odwiózł Ulę do domu była siódma. Postanowili, że prześpią się dwie godzinki i wracają do firmy. Co prawda z Korzyńskim byli umówieni dopiero na dwunastą, ale wcześniej chcieli jeszcze raz wszystko dokładnie omówić. Musieli być jak najlepiej przygotowani. Z tego, co powiedział jakiś czas temu Terlecki wynikało, że Lew nie jest zadowolony ze współpracy z nimi. Wszystko więc wskazywało na to, że może on nie chcieć przedłużyć współpracy z F&D. Znaleźliby się wtedy w nieciekawej sytuacji. Dlatego od tego spotkania bardzo dużo zależało.

    W pracowni krawieckiej od rana aż się gotowało. Rozpoczęto pierwsze przymiarki do zaprojektowania kolekcji jesiennej. Pshemko z Wojtkiem dyskutowali na temat, co powinno być modne w tym sezonie. Jako, że ich wyobrażenia dotyczące nowej kolekcji sporo się różniły, to co chwilę można było usłyszeć nerwowe okrzyki jednego z panów lub co gorsza obu jednocześnie. Iza, która otrzymała wyraźny zakaz robienia czegokolwiek, co wymagało wstania z fotela, pod groźbą kolejnego zwolnienia, aż do rozwiązania, przysłuchiwała się kłótnią projektanta i firmowego konsultanta.
Jak co czwartek przybył kurier z przesyłką z Książęcej, przyniósł gorącą czekoladę dla Mistrza. Dzbanuszek odebrała Iza, która była bardzo zadowolona, że miała pretekst, aby w końcu ruszyć się z miejsca. Niestety, w chwili, kiedy zmierzała z przesyłką w stronę stołu, do pomieszczenia weszli Pshemko oraz Wojtek, oboje wykrzykujący coś po drodze. Gdy ją zobaczyli od razu się uciszyli, gdyż za cel postawili sobie nie denerwować jej, przeszli na tę samą stronę i podnieśli raban o coś innego. W jednej sprawie byli konsekwentnie zgodni.
- Izabelo! Co Izabela robi?! Niech to natychmiast odstawi! – zawołał Mistrz, gdy tylko spostrzegł, że trzyma coś w rękach. Zaraz podbiegł do niej Wojtek i zabrał jej dzbanek.
- Osobo! Niech się osoba zatrzyma! Proszę zaczekać! – krzyczał Pshemko w stronę kuriera, który już zamykał za sobą drzwi, ale się wrócił - Co osoba wyprawia? – zapytał, jednak kurier był całkowicie zaskoczony i nie wiedział o co mu chodzi, wiec nie odpowiadał - Czy osoba ma jakieś imię?
- Jaka osoba? – spytał kurier.
- Pan. Czy pan ma jakieś imię? – uściślił pytanie ojca Wojtek.
- Oczywiście, że mam imię – odpowiedział.
Oboje patrzyli na niego wyczekująco, ale nie doczekali się żadnej innej odpowiedzi. W końcu młodszy z panów zapytał:
- Jakie?
- Marcin.
- Czy osoba Marcin jest nienormalna? Czy nie widzi, że Izabela jest w stanie błogosławionym? – zaczął Pshemko, a gdy kurier nie odpowiadał, powtórzył już bardziej zdenerwowanym głosem, prawie krzycząc - No widzi czy nie?
- Widzę – kurier dalej nie miał zielonego pojęcia, o co może chodzić projektantowi.
- No to skoro widzi, to co mi tu wyczynia? Przecież Izabeli nie wolno dźwigać! – Pshemko aż tąpnął nogą ze złości.
- Ale Panie Przemysławie, przecież nic… - zaczęła Iza, która chciała go uspokoić.
- Niech Izabela zamilknie – przerwał jej – Teraz mówi, że nic, a za chwilę mi tu rodzić zacznie! Przecież Izabelę dzielą dni od terminu porodu, teraz trzeba bardzo uważać – ostatnie zdanie wypowiedział powoli, cicho i spokojnie, jakby tłumaczył coś dziecku.
- No właściwie to jeszcze ponad dwa tygodnie – poprawiła go krawcowa.
- A jak się dzieciątko pospieszy i zechce szybciej zawitać na ten świat? Co wtedy? – dalej nie zmieniał opiekuńczego tonu.
- Iza, tata ma rację. Lepiej usiądź – wtrącił się Wojtek.
- Oczywiście, że mam rację. I Wojtuś też ma rację, niech Izabela lepiej usiądzie – powiedział, po czym podszedł do niej, położył jej ręce na ramionach i poprowadził w stronę czerwonego fotela, który odstąpił swojej ulubionej krawcowej. Iza nie wytrzymała. Strąciła jego ręce i zaczęła krzyczeć:
- Dość tego! Ja nie jestem chora, jestem tylko w ciąży! Dobrze się czuję! A wy nie pozwalacie mi nic robić! Przecież ja tu pracuję i muszę wykonywać swoje obowiązki, a wy…
- Izabelo, ja cię zwalniam z wszystkich twoich obowiązków. Mówiłem już przecież. Gdyby Izabeli mąż się dowiedział, że Izabela tyra tu, jak gdyby nigdy nic, to ja już wolę nie myśleć, co on by mi zrobił – próbował ją udobruchać Pshemko.
- Ale panie Przemysławie, mój mąż też traktuje mnie zapobiegawczo. Tymczasem to jest wcale niepotrzebne. Ja uważam na siebie i na dziecko. Może być pan pewien, że nie zacznę zaraz rodzic.
Obaj mężczyźni stali i kiwali głowami, ale dobrze wiedziała, że nic sobie nie robią z jej słów. Skoro prośby nie dawały żadnego skutku, to postanowiła postawić sprawę jasno.
- Ja sobie nie życzę takiego traktowania. Chcę wrócić do pracy i właśnie to zamierzam zrobić. Może mnie pan nawet zwolnic, ale z całą pewnością nie będę bezczynnie siedzieć! – wykrzyczała.
Myśląc, że dotarło do nich to, co powiedziała, ruszyła w stronę innych krawcowych. Zrobiła dwa kroki i doskoczył do niej Wojtek. Objął ją i poprowadził z powrotem do fotela. Delikatnie usadził na siedzisku oniemiałą Izę.
- A osoba Marcin może już iść – powiedział Pshemko do stojącego wciąż w drzwiach kuriera – I niech mi tu nie wietrzy, przecież Izabela może się przeziębić!
Na te słowa Iza w bezsilności zakryła dłońmi twarz, dała za wygraną. Kurier wyszedł pozostawiając ją tylko w towarzystwie nadopiekuńczego pracodawcy i jego syna.     
- To co, może czekoladki Izabelo? -  zapytał Mistrz, trzymający w ręku dzbanek z gorącym napojem.

Otworzyły się drzwi windy na piątym piętrze. Oczą recepcjonisty Daniela, który odruchowo patrzył już w stronę windy, gdy tylko usłyszał dźwięk oznajmiający jej przybycie, ukazał się wysoki, postawny, elegancki mężczyzna. Przybysz od razu skierował swe kroki w stronę chłopaka.
- Dzień dobry. Lew Korzyński – przedstawił się – Mam umówione spotkanie z prezes Cieplak.
- Tak, oczywiście, zapraszam do sekretariatu pani prezes, już tam na pana czekają.
- Dziękuję – powiedział Rosjanin i odszedł we wskazanym kierunku.
Gdy tylko przekroczył drzwi sekretariatu dopadła do niego Violetta.
- Witam, panie Korzyński! – wykrzyknęła, od razu wzięła go pod rękę i poprowadziła w stronę drzwi gabinetu Uli.
- Dzień dobry, Violetto – odpowiedział z wymuszonym uśmiechem. Sekretarka pani prezes była niewątpliwie piękną i uroczą kobietą, ale niezwykle męczącą. Ilekroć przybywał do F&D musiał znosić jej uciążliwe zainteresowanie jego osobą. Nagle, tuż przed drzwiami gabinetu, Violetta zatrzymał się.
- Albo może wie Pan co? Proszę tu chwileczkę poczekać, ja zawołam panią prezes. Nie ma sensu rozsiadać się w jej gabinecie skoro wszystko jest już przygotowane w konferencyjnej. Momencik, dobrze? – powiedziała, po czym zniknęła za drzwiami zostawiając go samego.
Violetta wparowała do gabinetu, głośno trzaskając za sobą drzwiami. Ruszyła wprost do biurka, gdzie spodziewała się zastać Ulę, ale jej tam nie było.
- Ula? – powiedziała zdezorientowana, stojąc przy blacie biurka. Rozejrzała się i zobaczyła ją wraz z Markiem siedzących na kanapie i pochylających się nad papierami. – Dlaczego się nie odzywacie? Myślałam, że gdzieś przepadłaś.
- Violka, nie teraz. Musimy jeszcze przejrzeć te dokumenty. Przecież wiesz, że zaraz będzie tu Korzyński – próbowała ją zbyć szefowa.
- No wiem, wiem. Właściwie to tak się składa, że on już tu jest.
- Gdzie?
- Czeka w sekretariacie - powiedziała blondynka, jakby Ula zapytała ją o najgłupszą i najbardziej oczywistą rzecz.
- I zostawiłaś go tam samego? Viola! – krzyknął Marek – Ula chodźmy, czas na konfrontację z Lwem  - i ciągnąc za sobą Ulę ruszył do drzwi.
- Tak, tylko żeby nas ten lew nie pożarł – zażartowała Viola, co spotkało się dezaprobatą szefostwa, oboje obrzucili ją gniewnym spojrzeniem.
Rosjanin bynajmniej nie przejął się tym, że został sam i nie odebrał tego, jako objawu nieuprzejmości wobec niego. Znał Violettę i wiedział, że ma nieco ekstrawagancki styl obycia z innymi ludźmi.
- Dzień dobry – usłyszał za sobą miły głos, na dźwięk którego natychmiast się odwrócił.
- O, a pani teraz tutaj? Witam – przywitał się uprzejmie z Anią.
- Zaraz zawiadomię panią prezes, że już pan jest – powiedziała kierując się już w stronę pokoju prezesa.
- Nie, nie, nie trzeba. Pani Violetta już się tym zajęła.
- Aha. To czy w takim razie mogę zaproponować panu kawę albo może…
- Nie, dziękuję, przed chwilą piłem – grzecznie odmówił Rosjanin, który był zachwycony Anią. Była zupełnym przeciwieństwem Kubasińskiej, stąd też od razu przyszło mu do głowy, jak one mogą razem pracować. Ania była uprzejma i czarująca, a przy tym zachowywała odpowiedni dystans. To przyjemna odmiana po zetknięciu z Violettą przez V i dwa t.
W tym momencie z gabinetu wyszli Ula, Marek i Viola. Lew skinął w ich stronę głową.
- Witam panie Korzyński – rozpoczęła Ula – Cieszę się, że zechciał Pan spotkać się z nami jeszcze przed swoim wyjazdem.
- No tak, jak najszybsze rozwiązanie naszej wspólnej sprawy leży także w moim interesie, więc postanowiłem, że najlepiej będzie, jak zajmiemy się tym od razu  – powiedział Lew. Słowo „rozwiązanie” zwróciło uwagę wszystkich zebranych, którzy wymienili zaniepokojone spojrzenia.
- Dobrze, w takim razie przejdźmy do sali konferencyjnej. Mam nadzieję, że nie ma pan nic przeciwko, żeby dołączyła do nas moja asystentka, zanotuje wszystko, co ustalimy – zakomunikowała - Aniu, pozwól z nami – dodała zwracając się do swojej prawej ręki.
- Pani Ania jest pani asystentką? A co z panią… Ulą? – odparł zdziwiony Korzyński, chwilę zajęło mu przypomnienie sobie imienia poprzedniej asystentki.
Pytanie to wywołało konsternację. Lew patrzył na Ulę oczekując odpowiedzi, a cała reszta kompletnie znieruchomiała zaskoczona. Pierwsza otrząsnęła się Viola, która głośno chrząknęła, zwracając na siebie uwagę Rosjanina, po czym ruchem głowy wskazała na panią prezes. Kiedy oczy Korzyńskiego znowu spoczęły na jej twarzy, osłupienie minęło.
- Ula Cieplak – powiedziała kobieta, wyciągając rękę do Lwa.
Viola, w przeciwieństwie do reszty zebranych, którzy sprawiali wrażenie wprawionych w zakłopotanie, była rozbawiona tą sytuacją. Gdy Ula podała rękę Korzyńskiemu, ten nie od razu odwzajemnił gest. Chwilę zajęło mu skojarzenie faktów. Najpierw nastąpił moment namysłu, potem jak gdyby zapaliła mu się w głowie lampka, potem…
- Proszę mi wybaczyć – wykrzyknął śmiejąc się – Ja w ogóle pani nie poznałem. Kiedy była pani asystentką nigdy nie słyszałem pani nazwiska, a kiedy umawiałem się na to spotkanie, powiedziano mi, że nowym prezesem jest pani Cieplak, nie podano natomiast imienia, więc nie skojarzyłem. Chyba zbyt długo mnie tu nie było. Ależ się pani zmieniła – powiedział obrzucając ją przeciągłym spojrzeniem od góry do dołu. Zwróciło to uwagę Marka. Cóż, musimy mieć podobne gusta, jeśli kolejna MOJA dziewczyna mu się spodobała – pomyślał.
- Dobrze, skoro wszystko jasne, to może przejdziemy już do konferencyjnej – przerwał kłopotliwą ciszę Marek, który gestem ręki przepuścił panie i Korzyńskiego przodem.

    Ala wparowała do bufetu. Już dawno była pora na ich święte pięć minut, a tymczasem ona oczywiście się spóźniła, bo Sebastian zarzucił ją robotą. Nawiasem mówiąc robotą, którą on miał wykonać. Ale nie miała mu tego za złe, rozumiała. Zawsze był roztrzepany i migał się od swoich obowiązków, ale tym razem miał usprawiedliwienie. Był zakochany. Ala podejrzewała, że po praz pierwszy tak naprawdę zakochany. Lubiła patrzeć, jak ludzie są szczęśliwi, lubiła pomagać, więc dlaczego miałaby mu utrudniać? Nie zbiednieje przecież od tego, że wypełni kilka papierków więcej niż zwykle.
    Wpadła do pomieszczenia trzaskając za sobą drzwiami i rozglądając się naokoło. Ze zdziwieniem stwierdziła, że bufet jest prawie pusty. Nagle spostrzegła Elę siedzącą samotnie przy stoliku pod ścianą i sączącą w zamyśleniu kawę.
- Przepraszam, spóźniłam się. Dziewczyny już poszły? – zapytała Ala podchodząc do niej i siadając na krześle obok.
- Nie masz za co przepraszać.  Dziewczyny nie poszły, tylko wcale nie przyszły – poinformowała ją smutnym tonem bufetowa.
- Jak to?
- A tak to. Iza dzwoniła przed chwilą i powiedziała, że nie przyjdzie bo jest uziemiona. Pshemko i Wojtek jej pilnują i nie pozwalają się ruszać – opowiadając o tym, Ela trochę się rozweseliła – Swoją drogą to zabawne. Pshemko zawsze mówił, że nie może się bez niej obyć, a teraz jakoś sobie radzi, skoro nie pozwala jej nic robić. No chyba, że sama jej obecność tak dobrze na niego wpływa – zasugerowała, podśmiewując się.
- A Ulka?
- Ona też ma dobre usprawiedliwienie. Mają dzisiaj spotkanie z Korzyńskim, mówiła mi, kiedy wpadła tu rano.
- A tak, mówiła mi wczoraj. Razem z Markiem mieli zamiar pracować całą noc nad tym czymś dla tego całego Lwa – przypomniało się kadrowej.
- Noo tak, tak – roześmiała się Ela – Ja już widzę, jak oni pracowali.
- No coś ty, Elka! – przywoływała ją do porządku starsza koleżanka – Przecież to poważna sprawa. Nie znam szczegółów, ale Ula mówiła, że mogą być problemy jak się z nim nie dogadają.
- Dobrze, już dobrze, tak tylko mówię. Zresztą nawet gdyby nie miała tego spotkania, to i tak wątpię, że by przyszła. Wiesz, ona teraz żyje w zupełnie innym świecie. Nie kawka i koleżanki jej w głowie.
- No i dobrze, należy jej się w końcu – powiedziała Ala – Słuchaj, ale to my chyba musimy ratować Izę, nie? Oni ją tam wykończą. Idziemy?
- Nie mogę, muszę tu zostać. Idź sama i przyprowadź ją tu.
- Dobra, idę.
Alicja wstała i pobiegła do pracowni krawieckiej, aby wybawić przyjaciółkę i dać jej chwilę wytchnienia od uciążliwej opieki i baaardzo przymusowego wypoczynku. Po drodze obmyślała plan, co powiedzieć Mistrzowi w razie, gdyby się sprzeciwiał wyjściu Izy.

Tymczasem w konferencyjnej ważyły się losy Sprtivo. Po wstępnej rozmowie i zaprezentowaniu propozycji, którą przygotowali dla StartSportu przeszli do konkretów. Zarówno Ula, jak i Marek byli trochę zdenerwowani, za chwile mieli usłyszeć, czy ich starania się opłaciły, czy czekają ich kolejne kłopoty. 
- Będę z Państwem szczery – zapowiedział Korzyński – Przyszedłem tutaj z zamiarem zakończenia naszej współpracy. Nie zamierzałem przedłużać kontraktu z waszą firmą. Nie oszukujmy się, Sportivo nie ma najlepszej sprzedaży, StartSport nic nie zyskuje na tej kolekcji, dla mnie to żaden biznes.
- Panie Korzyński, ale przecież to są początki, ta kolekcja od niedawna jest na rynku. To jest inwestycja, która dopiero zacznie procentować – wszedł mu w słowo Marek, który próbował ratować sytuację.
- Proszę pozwolić mi skończyć, panie Dobrzański – powiedział łamaną polszczyzną Rosjanin, który wcale nie ukrywał niechęci do Marka – Nie zamierzałem przedłużać kontraktu, ale to, co Państwo proponują całkowicie zmienia postać rzeczy. Dodatkowa reklama może zwiększyć popularność kolekcji i znacząco wpłynąć na wyniki sprzedaży. To się może udać. A skoro sami proponujecie, że za wszystko zapłacicie, to właściwie czemu nie.
- Czyli możemy liczyć na dalsza współpracę, tak? – zapytała Ula.
- Tego nie powiedziałem. Liczby, które Państwo przedstawiliście w prognozach rzeczywiście wyglądają zachęcająco. Jednak muszę się jeszcze zastanowić. Nie mówię tak, nie mówię nie. Skłaniam się w stronę waszej propozycji, jednak muszę to jeszcze omówić z moimi doradcami i współpracownikami. Mam nadzieję, że dacie mi trochę czasu do namysłu? – zapytał Uli, do której zwracał się z o wiele większą uprzejmością niż do Marka.
- Oczywiście, jak najbardziej. Jednakże, ponieważ kontrakt obowiązuje nas jeszcze tylko niespełna miesiąc, to nie możemy pozwolić sobie na zbyt długie oczekiwanie na Pańską decyzję. Chyba Pan rozumie? Czy do poniedziałku wystarczy?
- Tak. Jak Państwo wiecie dziś wylatuję z Polski, więc nie będę mógł powiadomić o mojej decyzji osobiście. Zatelefonuję lub przyślę Darka Terleckiego – zakomunikował im Lew, wstając z miejsca i szykując się do wyjścia.
- Świetnie – zgodziła się Ula.
Wyszli z konferencyjnej i zatrzymali się przy sekretariacie, gdzie mieli się pożegnać.
- Jeszcze raz dziękujemy za przybycie i do zobaczenia, panie Korzyński – chciała zakończyć spotkanie pani prezes.
- Tak, tak – powiedział tylko Rosjanin, który rozglądał się naokoło – Chciałem jeszcze porozmawiać z Violettą.
- Z Violettą? – zdziwiła się Ula na wiadomość, że chce się widzieć z jej sekretarką. Niby po co? – pomyślała.
- Tak. Prywatnie – wyjaśnił Korzyński, który zauważył jej zaskoczenie – Pozwoli pani, że zapytam jeszcze skąd ta nagła zmiana na stanowisku prezesa? – zwrócił się do Uli z promiennym uśmiechem.
- To wewnętrzne sprawy naszej firmy – wtrącił się Marek, który był zirytowany nie tylko tym, że Korzyński wypytuje o kwestie firmowe, ale też jego wyjątkową przychylnością do Uli, która najwyraźniej wpadła mu w oko. 
Korzyński obrzucił go mało życzliwym spojrzeniem i znów przemówił do Cieplakówny.
- Rzeczywiście, mogło to być trochę niestosowne pytanie, przepraszam – powiedział.
- Nie szkodzi – odpowiedziała pani prezes, która nie bardzo wiedziała, jak ma się zachować w tej sytuacji, postawiona pomiędzy dwoma negatywnie do siebie nastawionymi mężczyznami.
- Bardzo miło było mi ponownie Panią spotkać – powiedział Korzyński do Uli całując ją w rękę na pożegnanie – Panią również – zwrócił się do Ani, która stała z nimi, powtarzając ten sam gest. Markowi tylko skinął głową.
Akurat kiedy się odwrócił w stronę wyjścia, otworzyła się winda, z której wysiadła Kubasińska.
- O, Violetta! Możemy chwilę porozmawiać? – zawołał do niej.

    Ala stanęła przed drzwiami pracowni Mistrza. Wzięła głęboki wdech, zapukała i weszła. Niestety, tak jak się tego obawiała, w pomieszczeniu oprócz Izy zastała też projektanta i jego syna.
- Dzień dobry! – przywitała się – Przyszłam zabrać Izę na chwilę…
- O nie, nie, nie – nie pozwolił jej skończyć Pshemko.
- Nie? Ale tylko na chwilę, do bufetu. Za momencik ją zwrócę – kadrowa wysiliła się na żart.
- Nie ma takiej możliwości. Izabela ma tutaj siedzieć, żeby nic złego się jej nie stało. Ja już dosyć mam tego stresu. Raz mi Izabelę zabierają do szpitala nogami do przodu, raz mi tu mdleje… Nie, nie, nie, ja naprawdę nie mam ani siły, ani ochoty, żeby to przeżywać po raz kolejny – uargumentował swój sprzeciw projektant.
- Ale przecież ja jej będę pilnować. Martwię się o nią tak samo, jak pan. Może mi pan wierzyć. Zaopiekuję się nią – zapewniła go Ala głosem, który można by przypisać dobrej wróżce albo matce chrzestnej z bajek Disneya.
- Tato, a może niech Iza idzie na chwilę – zasugerował Wojtek, którego Ala przekonywała. Była starsza, wiedziała to i owo, domyślał się, że musi mieć też większą wiedzę o kobietach w ciąży niż oni dwaj razem wzięci.
Pshemko przez moment się zastanawiał, spojrzał na Wojtka, potem na Izę, w końcu obrzucił badawczym spojrzeniem Alę i stwierdziwszy, że może jej zaufać powiedział:
- Dobrze, ale jak coś się stanie…
- Tato, nie kracz – wszedł mu w słowo Wojtek.
Pshemko zakrył usta dłonią i pokiwał głową na znak, że nie będzie już o tym mówił. Machnął ręką, dając przyzwolenie kobietom na wyjście. Iza uradowana podziękowała Mistrzowi i wraz z Alą wyruszyła w kierunku tak upragnionej od samego rana wolności.

     Gdy tylko Violka usłyszała, jak woła ją Lew, stanęła w miejscu. Czego on ode mnie chce? – pomyślała. Korzyński zawsze wzbudzał jej podziw, był wpływowy i bajecznie bogaty. Czego więcej można chcieć? Swego czasu chciała nawet zagiąć na niego parol. Jednak on ją tylko wykorzystał i zaprosił na kolację, aby wyciągnąć od niej numer Pauliny Febo. Mógł przecież spróbować zdobyć go bez zwodzenia jej. Po co robił jej nadzieje? Rozczarowała się jego osobą. Pomimo to nie miała do niego żalu. Teraz miała Sebastiana. Może nie był on tak bogaty i nie podróżował po całym świecie, ale za to ją kochał, a ona za nim szalała. Kiedy Lew podszedł do niej, przybrała zawodowy uśmiech i pozę pewnej swoich atutów kobiety.
- Kogóż to moje piękne oczy nie widzą? Co mogę dla pana zrobić? – odezwała się panna Kubasińska.
- Chciałbym porozmawiać o pani Paulinie – oświadczył Rosjanin.
- O Paulinie? A co z nią? – zapytała zdziwiona sekretarka.
- To ja się pytam, co z nią? Jest może w firmie?
- Nie, no nie ma, przecież ona jest we Włoszech – odpowiedziała mu, jakby to było rzeczą oczywistą i ogólnie wiadomą.
- We Włoszech? – powtórzył zaskoczony - Sama? A narzeczony?
- Przecież ona nie ma narzeczonego – rzuciła bez namysłu Violetta.
- Jak to nie ma? Jeszcze niedawno miała – Lew był coraz bardziej zaintrygowany tym, co słyszał od Kubasińskiej.
- Aaaaaaaa! Ty myślisz o Marku! – Violetta dopiero teraz zrozumiała, że Korzyński nie wie, co się ostatnio wydarzyło, więc pospieszyła z wyjaśnieniami – Oni już nie są razem, rozstali się. Marek jest teraz z Ulą.
- Z tą Ulą? – zapytał spoglądając w kierunku gabinetu pani prezes.
- No z tą! O jeżeniu, co to za miłość, co to za historia! Żebyś ty widział, jak on jej miłość wyznawał. No normalnie jak w jakimś filmie! – rozpływała się nad nimi Violetta.
- Szkoda – powiedział Lew cicho, jakby do siebie, nie kryjąc jednak rozczarowania tym faktem.
- A no szkoda, szkoda – podłapała Viola – Zaraz, jak to szkoda? Czego szkoda?
- Nieważne – próbował ją zbyć – Wróćmy do tematu. Co z Pauliną?
- Nic, a co ma być? Wyjechała i tyle – zakomunikowała mu, sprawiając wrażenie zupełnie obojętnej, jej dawne pragnienia do podtrzymania jak najlepszych relacji z panną Febo znacząco się osłabiły – Pewnie nie prędko wróci, wiesz, po tym, jak Marek zostawił ją dla Uli… I to właściwie dwukrotnie! Pierwszy raz wtedy, kiedy zerwał zaręczyny i drugi teraz, bo miał lecieć z nią do tych Włochów, Włoch znaczy, ale się rozmyślił i został dla Uli. Tak się cieszę, oni tak słodko razem wyglądają! Gruchają jak te sikoreczki! – dodała.
- Tak, tak, świetnie. A może mogłabyś dać mi adres Pauliny? – po raz kolejny próbował naprowadzić ją na temat, który go interesował.
- A skąd ja mam mieć jej adres?! – to pytanie retoryczne postawiła wręcz z oburzeniem.
- Przyjaźnicie się, więc pomyślałem… - nie dane było mu dokończyć.
- Przyjaźniłyśmy się. Czas przeszły. Po tym jak utrąciła mnie na sesji…
- A pan Febo? Jest? – teraz to on jej przerwał, bojąc się, że znowu zacznie opowiadać o mało istotnych rzeczach.
- Aleks? Też wyjechał. Pewnie poleciał do siostry. Przez dwa dni nikt nie zauważył nawet, że nie ma go w firmie. Dasz wiarę?
- Możesz dać mi jego numer telefonu?
- Kogo? – zapytała zbita z tropu Violetta.
- Aleksa Febo – Lew pomału się denerwował, jego rozmowa z Kubasińską trwała już dość długo, a przez jej niedomyślność i gadulstwo przeciągała się jeszcze bardziej.
- Po co ci? – zdziwiła się, jednak widząc wzrok Rosjanina, który mówił, że nie powinna pytać powiedziała – Oczywiście, już ci daję.
Wyciągnęła komórkę i przedyktowała mu numer. Była ciekawa, po co mu on. Najpierw wypytuje o Paulinę, potem o Aleksa, dziwne – pomyślała. Nie miała czasu jednak, żeby się dłużej nad tym zastanowić, gdyż się śpieszyła. Za chwilę była umówiona na lunch z Sebastianem i nie chciała tego przedłużać. Po spełnieniu jego prośby szybko zakończyła tę rozmowę, a i on wydawał się nie być zainteresowany dalszą konwersacją. Choć Violetta była zadowolona z tego faktu, pomyślała: Dostał, co chciał i idzie. Typowe. Szczególnie dla mężczyzn.

    Po konfrontacji z Korzyńskim Ula i Marek wrócili do gabinetu. Dobrzański nadal był trochę rozdrażniony. Nie dość, że Lew wcale nie krył swojego ignoranckiego stosunku do niego, to jeszcze przymilał się do Uli. Nie spodobało mu się to. Już raz to przerabiał z Pauliną i nie miał ochoty na powtórkę. Drogie prezenty, niby biznesowe spotkania późnym wieczorem w restauracji. Czyżby ukłucie zazdrości? – zapytał sam siebie Marek. Nie, to nie to, po prostu nie znosi tego faceta. A że Ula wywarła na nim wrażenie… Cóż, wcale się nie dziwił.
- Chyba dobrze poszło, co? Jak myślisz? – przerwała jego rozmyślania Ula.
- Jasne, że dobrze. Sama słyszałaś, jest na tak – zapewnił ją.
- Ale jednak poprosił o czas do namysłu.
- Wiesz Ula, takich decyzji nie podejmuje się na gorąco, trzeba je przemyśleć. Poza tym pamiętaj, że tak jak przypuszczaliśmy on wcale nie chciał przedłużać z nami tego kontraktu, więc już samo to, że chce się zastanowić jest sukcesem – próbował ją przekonać.
- A jednak trochę się martwię – przyznała Ula.
- Niepotrzebnie. Zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy. Teraz wszystko w rękach Lwa, znaczy w łapach Lwa – chciał ją trochę rozbawić Marek – Nie martw się na zapas.
Kontrakt ze StartSportem nie był jednak jej jedynym powodem do trosk. Niepokoiła się też jutrzejszym wieczorem, spotkaniem z rodzicami ukochanego. Nie wiedziała, czy ma mu o tym mówić. Przecież to tylko zwyczajny stres, denerwuję się i tyle – tłumaczyła sobie uspakajając samą siebie wewnętrznie. Ale ostatecznie dla niej to zupełnie nowe przeżycie, nigdy przedtem nie była w takiej sytuacji. Dodatkowym utrudnieniem były też okoliczności – Marek wybrał ją, zostawiając Paulinę, kobietę akceptowaną i bardzo pochwalaną przez jego rodziców. Z całą pewnością przywykli do myśli, ze to ona zostanie ich synową. Nie była pewna jak zareagują na nią, Ulę Cieplak z Rysiowa, która przy włoskiej piękności wypadała mało atrakcyjnie. Postanowiła jednak podzielić się swoimi obawami z Markiem. Wiedziała, że on zrozumie i na pewno jakoś ją pocieszy, uspokoi. W tym był niezrównany. Zresztą nie tylko w tym – pomyślała.
- Nie tylko tym się martwię – przyznała, nieśmiało zerkając na niego.
- A czym jeszcze? – zapytał zaniepokojony.
- Noo… - zaczęła – Spotkaniem z twoimi rodzicami – powiedziała, wypowiadając te kilka słów tonem, jakby pytała, a nie oznajmiała. Widząc, że mężczyzna zaczyna się śmiać dodała – Tak trochę…
- Ula, no co ty. Denerwujesz się? Zapewniam cię, że nie ma do tego powodu. Moi rodzice będą tobą zachwyceni. Tata właściwie od dawna jest. Pamiętasz, jak przyjechał do ciebie, aby prosić cię, żebyś przedstawiła swój projekt na zebraniu zarządu? – zapytał, a ona skinęła głową – Powiedział mi wtedy, że jesteś bardzo mądrą i fajną dziewczyną. A po tym, co zrobiłaś dla F&D, to już całkowicie masz go w kieszeni. Nie może się ciebie nachwalić.
- A mama? – zapytała Ula, przypominając sobie, jak dobre kontakty łączą Helenę z Pauliną, są prawie jak matka i córka.
Marek zamyślił się na chwilę. Szczerze mówiąc, też się nad tym zastanawiał. Nie był pewien reakcji matki. Była wściekła, gdy zerwał zaręczyny z Paulą. Kiedy powiedział jej, że zależy mu na Uli, też nie była zadowolona. Miał pewne obawy, jednak nie chciał tym obarczać ukochanej, która wydawała się już i tak nadmiernie zdenerwowana. Wierzył w swoją mamę i ufał, że potraktuje ona Ulę należycie. Kocha go, jest jej jedynym dzieckiem i na pewno zawierzy jego wyborowi. Poza tym nie wyobrażał sobie, żeby tak ciepła i uczuciowa osoba jak Helena Dobrzańska mogła zachować się inaczej.
- A mama… - zaczął zbliżając się do niej, objął ją w pasie i przyciągnął do siebie – Jeszcze nie zna cię na tyle dobrze, ale na pewno będzie tobą oczarowana. Jak mogłoby być inaczej? Jesteś zachwycająca – rzucił z uśmiechem komplement, który wywołał rumieniec na jej twarzy – Poza tym moi rodzice chcą mojego szczęścia, a moim szczęściem jesteś ty. I już zawsze będziemy razem – zadeklarował, co sprawiło, że Ula poczuła w środku rozlewające się w każdym zakamarku ciepło, szczęście, które przyniosło jej spokój i ukojenie.
- Na libor i wibor – powiedziała w zamyśleniu, przypominając sobie słowa, które już kiedyś padły z jej ust. Było to niedawno, jakiś rok temu, a wydawało się, jakby minęły już całe wieki, jakby było to w poprzednim życiu. Cóż, właściwie było, w życiu BrzydUli, tej dla której Marek Dobrzański był tylko szefem, marzeniem tak odległym, że wręcz nierealnym.
- Słucham? – zdziwiony jej słowami Marek odsunął się lekko i pytająco spojrzał jej w oczy.
- Na libor i wibor – powtórzyła, ale widząc, że dalej nie ma pojęcia, o czym ona mówi, kontynuowała – Pamiętasz, jak wzięłam pierwszy kredyt na PRO S, ten na zapłacenie za patent? Powiedziałeś wtedy, że od tego momentu jesteśmy związani na śmierć i życie, a ja dodałam, że na libor i wibor…
- Aaaaa i wahania stóp procentowych! Tak, tak, pamiętam, jasne, że pamiętam – wszedł jej w słowo, gdy tylko przypomniał sobie tę sytuację – Tak, na libor i wibor – powtórzył i pocałował ją.
Ula była zdumiona, że rzeczywiście pamięta to i to na tyle, że wiedział nawet, co później jej odpowiedział. Ona pamiętała wszystkie ich takie momenty. Ale on? A to ci niespodzianka. Nie rozmyślając dłużej nad tym, zatopiła się w tym rozkosznym pocałunku, w tej chwili.
- Ula – rozpoczął ostrożnie Marek odrywając się od niej – Bo wiesz, do rodziców jesteśmy zaproszeni na 19, pewnie trochę to potrwa, będzie późno. Więc tak sobie pomyślałem, że może nie musiałabyś wracać do Rysiowa, tylko mogłabyś przenocować u mnie – popatrzył na nią badawczo i nie widząc jak na razie sprzeciwu z jej strony kontynuował – A skoro już zostałabyś na noc, to mogłabyś zostać też na całą sobotę. Moglibyśmy gdzieś pójść… – znów się jej przyjrzał, chyba mógł mówić dalej – A skoro zostaniesz na sobotę, to mogłabyś…
- To mogłabym zostać też na niedzielę – dokończyła za niego.
- Właśnie. I na kolejną noc, aż do poniedziałku – zasugerował.
- Mogłabym – rzekła tajemniczo, nie mówiąc nic więcej.
- Ale… - rozpoczął spodziewając się, że na pewno będzie szukać jakiejś wymówki.
- Nie ma żadnego ale.
- Naprawdę? – chciał się upewnić, odpowiedziała mu tylko kokieteryjnym uśmiechem – W takim razie, skoro mamy dla siebie cały weekend, to moglibyśmy nawet gdzieś wyjechać, jeśli masz ochotę.
- Nieeee – powiedziała przeciągając ostatnią literę wyrazu i pokręciła głową odrzucając jego propozycję.
- To co chcesz robić?
- Coś wymyślimy. Na pewno nie będziemy się nudzić – zapewniła go i przysunęła się, aby go pocałować.
Tak jak miała nadzieję, odsunął od niej wizję spotkania z rodzicami. Zupełnie o tym zapomniała, a jedyną rzeczą, która chodziła jej teraz po głowie był zbliżający się wspólny weekend. Będzie musiała coś zaplanować na ten czas. W końcu to całe dwa dni. A może nic nie planować? Przecież w domu też można się skutecznie czymś zająć – przemknęło jej przez myśl.


A jednak ja nie wątpię, że się to światło na niebie zapali. Nic się nie spełni, co najpierw nie jest marzeniem.

Offline

 

Stopka forum

Powered by PunBB© Copyright 2002–2018 PunBB
statystyka