BrzydULA - jedyne forum fanów serialu

Forum dyskusyjne miłośników serialu "BrzydULA"

Nie jesteś zalogowany.

#1 2011-07-06 01:05:11

root
Administrator
Zarejestrowany: 2009-01-14
Posty: 4798

9 KONKURS WAKACYJNY - BrzydUli i Prosto w serce

Tematy prac: Tym razem do wyboru z dziedziny Brzydula, jak i Prosto w serce, którego nowe odcinki zobaczymy we wrześniu.

Oczywiście opisujemy historie na bazie dwóch seriali
BrzydUla i Prosto w serce

Wakacje Last minute
Miss mokrego podkoszulka
Wampiry nie istnieją. Czyżby?
Udawana namiętność

Boks to boks - kulisy z ringu
Pamiętnik Cezarego - trzy dni kiedy byłem sławny
Jak kochać to nie pytać o nic?
Feliks modelem.

REGULAMIN KONKURSU

1. W konkursie może wziąć udział każdy użytkownik, który wyrazi taką chęć.
2. Zamieszczony utwór literacki nie ma maxymalnej liczby stron. (Z uwagi na rozpedy pisarskie autorow - sugeruje tylko, zeby zmiescic się w 7-11
Minimum stron też nie jest wymagane smile
3. Autor zobowiązany jest do przestrzegania zasad języka polskiego, ortografii, interpunkcji oraz stylistyki.
4. Prace może oceniać każdy użytkownik, nawet biorący udział w konkursie (nie można głosować na własną pracę)
5. Zwycięży Autor, którego praca otrzyma najwięcej punktów
6. Prace należy nadsyłać od 06.07.2011r do 20.08.2011r. do godz 22:00

Głosowanie zaczynamy 21.08 o godzinie 22:05 po wklejeniu wszystkich prac przez roota smile
7. Zakończenie głosowania 1 września 2011 o godzinie 22:00 Ogłoszenie wyników 15 minut później big_smile
8. Prace dotyczą serialu Brzydula i Prosto w serce ( opowiadanie może być napisane o jakiej się chce postaci byle była ona związana z serialem)
9. Temat prac znany.
10.  UWAGA ZMIANA REGULAMINU prace należy nadsyłać na e- mail roota mamtalent@o2.pl w temacie wpisujac login!
11. Po umieszczeniu opowiadania w temacie, niedopuszczalne są żadne jego zmiany
12. Głosować będziemy w osobnym temacie po zakończeniu terminu nadsyłania prac
GŁOSOWANIE

Glosujemy na trzy opowiadania. Najlepszemu waszym zdaniem dajecie 3pkt, za 2 miejsce 2, a za 3cie - 1pkt. Warunki głosowania przypomnimy w  temacie "głosowanie" smile
13. Nagrody - 100zł i truskawka w czekoladzie.
14.Forma głosowania -  Głosowanie otwarte
15. Przy nadsyłaniu prac proszę o podpis autora

*Nagrody
Zwycięzca tradycyjnie otrzyma truskawkę w czekoladzie.
http://4img.pl/images/hwi6rlc9cx2s46c9ojh.jpg
* Nagrody rzeczowe
100zł.

Nie będę się bawił w kamerki i pendrive. Każda kobieta potrzebuje pieniędzy na zakupy, zachcianki lub czesne big_smile
EDIT. Oczywiście nie wykluczam męskiego udziału wink

http://odziezdamska.blox.pl/resource/100zl_od_gwarka1.jpg
Głowna nagroda to gotówka. I to znaczna - dlatego, że konkurs trwa długo.

Offline

 

2011-07-06 01:05:11

Cindy
Najlepsza doradczyni na forum

#2 2011-08-22 22:41:08

root
Administrator
Zarejestrowany: 2009-01-14
Posty: 4798

Re: 9 KONKURS WAKACYJNY - BrzydUli i Prosto w serce

Autor nr 1

U D A W A N A    N A M I Ę T N O Ś Ć

Drżysz, chyba lekko drżysz.

Ja cóż, nie rozumiem nic.

Patrzysz niby wprost jednak, obok gdzieś.

Mówisz cicho coś, nie słyszę Cię.


Uciekała właśnie z Febo&Dobrzańskiego piekła. W tym momencie nie chciała mieć nic wspólnego z tymi ludźmi.

- Źli, zepsuci do szpiku kości – pomyślała, jednocześnie wycierając mokry od łez policzek.

Odkryła, że jej ukochany, Marek Dobrzański, oszukiwał ją celowo i z premedytacją. W jednej chwili załamał się jej świat. Straciła wszystko, co dawało jej nadzieję na przyszłość.

Uciekała, uciekała… chciała być jak najdalej od tego miejsca. Już po chwili znalazła się w parku. Ławka, drzewo, staw, a nawet kaczki, wszystko to przypominało jej ile dostała szczęścia.

Mimo że próbowała znienawidzić Marka Dobrzańskiego, to jednak nie potrafiła. W tym momencie kochała go tak samo jak jeszcze wczoraj.

Usłyszała w oddali swoje imię… Przyspieszyła kroku, by po chwili zniknąć w ulicznym tłumie. Nie była gotowa z nim teraz rozmawiać. Czuła się dotknięta i upokorzona. Nie chciała pokazywać mu jak bardzo jest słaba, jak cierpi.

***

Nie mogłem zbyt wiele chcieć,

nie proszę o więcej

lecz...


- Marek Dobrzański, młody, przystojny biznesmen, nieliczący się z uczuciami innych cynik – pomyślał, że gdyby ktoś zapytał o to kim jest, tak właśnie brzmiałaby jego odpowiedź.

- Rozkochałem, wykorzystałem, zraniłem… - Inaczej nie potrafił o tym myśleć.

Nie sądził, że plan uwiedzenia firmowej brzyduli zejdzie na taki tor. Gdyby nie uległ namowom Sebastiana wszystko byłoby inaczej, normalnie. Aby ratować jedną przyjaźń poświęcił drugą. Wydawać by się mogło, że nawet cenniejszą.

Ula Cieplak była najlepszą przyjaciółką Marka Dobrzańskiego. Była, bo teraz wszystko już stało się jasne. Wszelkie relacje między tych dwojgiem ludzi rozpadły się z chwilą, gdy Ula odkryła prawdę o ich „związku”.

- Ja jej nie zawiodłem, ja ją skrzywdziłem – wypominał sobie.

W pewien sposób zależało mu na niej. Jeszcze nie wiedział co to oznacza. Uważał, że po prostu bardzo ją lubi i szanuje. Czuł, że musi ratować wszystko co ma związek z tą uroczą dziewczyną.

Zerwał się z prezesowskiego fotela, zabrał marynarkę i już po chwili wybiegł z firmy. Szedł dobrze mu znaną alejką parkową. Dostrzegł ją. Szła powoli przed siebie.

- Ula – krzyknął. – Ula. – Nic. Po chwili kobieta zniknęła z zasięgu jego wzroku. Zrezygnowany wrócił do budynku.

***

Przez chwile popatrz jeszcze wstecz,

przez chwile choć zawahaj się.


Tydzień później…

- Ula, ja muszę z tobą porozmawiać – prosił dziewczynę, stojąc pod drzwiami jej domu.

- Chcę ci to wszystko wyjaśnić. Nie chcę cię stracić – krzyczał.

- Daj mi szansę. Porozmawiaj ze mną, no Ula.

Kobieta stała po drugiej stronie, uważnie wsłuchując się w słowa mężczyzny. Z czułością pogładziła drzwi, które stanowiły jedyną przeszkodę między nią a Markiem.

- Pamiętasz jak mi powiedziałaś, że jeżeli się kogoś kocha, to nie można tak po prostu przestać… - zatrzymał się na chwilę, by później dodać – A ty mnie przecież kochasz – powiedział to jednak prawie bezgłośnie.

W odpowiedzi usłyszał szczęk zamka. Po chwili drzwi się uchyliły, a w nich pojawiła się Ula z zaczerwienionymi i podpuchniętymi oczami.

- Wejdź, jestem sama. – Delikatnym gestem zaprosiła go do środka.

- Ula, ja chciałem ci wyjaśnić – zaczął.

- Napijesz się czegoś? – zdawała się nie słyszeć jego słów.

- Nie, Ula. – Złapał ją za rękę, a ona nerwowo wyrwała swoją dłoń z jego uścisku.

- Porozmawiajmy – poprosił.

- Proszę – pokazała mu  drzwi pokoju. Wydawała się nienaturalnie spokojna, wręcz ospała. Zaniepokoiło to Marka.

- Ula, pozwól, że ci to wszystko wyjaśnię. Ja sam nie wiem co czuję. Wiem, że Pauli nie kocham. Wiem też, że chcę cię mieć przy sobie. Nie mogę stracić takiej przyjaciółki. Z początku to był obmyślony plan z uwagi na ratowanie firmy, a potem… Potem pogrążałem się coraz bardziej. Dawałem ci nadzieję, choć wiem, że nie powinienem. Ale ty wyzwalasz we mnie takie uczucia, że nie wiem co się ze mną dzieje. Ula. – Zbliżył się do niej. – Uleńka, wybaczysz mi?

- Marek – zmrużyła oczy pod wpływem jego dotyku. – To za wcześnie, ja nie potrafię. Nie teraz. – Odsunęła się po chwili.

- Ula, jeśli jest coś, co mogę dla ciebie zrobić, to powiedz…

- Napijesz się herbaty? – zaproponowała.

- Dobrze – zgodził się. Gdy dziewczyna wyszła do kuchni, Dobrzański rozglądał się po jej pokoju. Tak lubił tu przebywać. Miły, przytulny pokoik, który pasował do Uli. Zerknął na budzik, zdjęcie jej zmarłej mamy. Jego wzrok padł na niewielką szklaną fiolkę, która zawierała malutkie, pomarańczowe tabletki. Zerknął na etykietę. Nazwa była mu znajoma. W jednej chwili przypomniał sobie wypadek rodziców Febo, płacz i stan psychiczny jego matki. Wpadła w depresję. Brała dokładnie te same tabletki. Nie wspomina dobrze tego czasu. Z matką nie miał wówczas żadnego kontaktu. Była zupełnie nieobecna duchem. Teraz dopiero zrozumiał, co zrobił tej biednej dziewczynie. Tak bardzo żałował.

Ocknął się, gdy usłyszał, że dziewczyna zmierza już z herbatą do pokoju.

- Ulka, co to za tabletki? – naskoczył na nią.

- Grzebałeś w moich rzeczach? Jak mogłeś! – krzyczała, odstawiwszy kubek z gorącym napojem na biurko.

- Ja tylko…

- Nie tłumacz się. To tylko cię pogrąża. Nie wiesz co mi zrobiłeś, nigdy tego nie zrozumiesz – wysyczała przez zęby, próbując opanować targające nią emocje.

- Ula ja cię kocham, rozumiesz? – powiedział zdecydowanie i jednym szybkim r5uchem złączył ich usta. Oddała pocałunek na chwilę zatracając się w nim. Jednak nie trwało to długo. Ocknęła się i oderwała od ciała mężczyzny, wymierzając mu siarczysty policzek.

- Nigdy więcej tego nie rób. Nigdy więcej tego nie mów.

- Ale ja naprawdę cię… - próbował tłumaczyć.

- Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego – krzyknęła ze łzami w oczach. Wypchnęła go ze swojego pokoju, wskazując wyjście.

Wyszedł. Została sama.

Jednak w jej głowie dźwięczały jego słowa „Ula, ja cię kocham”.

- Koniec. On już dla mnie nie istnieje. – Miała nadzieję, że to było ich ostatnie spotkanie…   

Chyba czas juz wstać.

Zamknąć drzwi,

zniknąć we mgle.

Ty nie starasz się zatrzymać mnie.

No tak, taka właśnie była ta cała nasza przyjaźń.


***



Cztery lata później…



Urszula Cieplak zmieniła się. Nie tylko pod względem wyglądu, zmieniła także charakter. Nie była już szarą rysiowską myszką, a kobietą piękną i pewną siebie. Po ogromnym smutku przyszła kolej na żal, a teraz mogła spokojnie stwierdzić, że to co czuje do Dobrzańskiego to nienawiść w czystej postaci. Przez niego nie potrafiła ułożyć sobie życia. Wartości takie jak miłość i przyjaźń przestały być dla niej czymś priorytetowym. Obiecała sobie, że już nigdy nie pozwoli się skrzywdzić żadnemu facetowi.



Był późny wieczór, księżyc rozświetlał ulice. Piękna kobieta zmierzała właśnie do zaparkowanego, luksusowego samochodu nowopoznanego przyjaciela. Tak było każdej soboty. Ubierała się elegancko, niezbyt wyzywająco, jednak tak, aby przyciągać uwagę mężczyzn i udawała się na łowy.

- Hmm… ładnie pachniesz, kochanie – odezwał się znajomy – nieznajomy.

- To wanilia – odpowiedziała z chytrym uśmieszkiem.

Już po chwili popchnęła go na drzwi samochodu, aby mogła odwiązać mu krawat. Zaczęli całować się namiętnie. Mężczyzna jednym zwinnym ruchem sprawił, że teraz to ona opierała się o chłodną szybę auta i poddawała się jego pieszczotom. Jedną nogą objęła go w pasie, a on wsunął swoją dłoń pod jej spódniczkę. Kontynuowali swoją podróż po szczęście.

- Było cudownie, Tomku – powiedziała jeszcze rozmarzona wydarzeniami sprzed kilku minut.

- Bartek, mam na imię Bartek – poprawił ją. Siedzieli przytuleni na tylnym siedzeniu jakiegoś sportowego auta. Było im ciasno, ale i cudownie.

- Przepraszam – Ula zrobiła niewinną minkę i pocałowała mężczyznę. – Odwieziesz mnie do domu? – zapytała.

- Jasne.

Ula straciła wiarę w prawdziwą miłość. Kiedy dowiedziała się, że Marek ją oszukiwał, nie miała wątpliwości, że nie wszyscy są skazani na szczęście. Niektórym pisana był samotność, życie bez ukochanej osoby. A ona tak bardzo bała się zostać sama. Szukała więc miłości i akceptacji w inny sposób. I chociaż za każdym razem fizycznie uprawiała seks z innym facetem, mentalnie wtedy kochała się z Markiem.

Nadeszła kolejna sobota. Ula już gotowa do wyjścia, sprawdził czy taksówka, którą zamówiła kilka minut wcześniej już dotarła. Wsiadła do samochodu i podała kierowcy adres jednego z najlepszych klubów stolicy.

Uwielbiała miasto nocą. Było takie romantyczne, a ona już prawie zapomniała co to romantyzm. Miłostki jakie przeżywała na co dzień nie miały z tym pojęciem nic wspólnego. Z okien taksówki mogła obserwować ludzi, którzy spacerowali chodnikami. Najczęściej byli to zakochani, trzymający się za ręce. Odwróciła wzrok. Nie chciała patrzeć na szczęście innych.

Dotarła na miejsce. Wręczyła kierowcy banknot i ruszyła przed siebie. Weszła do klubu i od razu rozejrzała się po stolikach. Przy barze zauważyła mężczyznę w garniturze. Wystarczająco wysoki, brunet, pewnie przystojny. Obrała go za swój dzisiejszy cel.

- Może postawisz mi drinka? – zapytała chcąc zwrócić na siebie uwagę mężczyzny.

- Nie rozmawiam z nieznajomymi – próbował spłoszyć kolejną pannę która się do niego przystawiała.

- No nie bądź taki. Jestem Ula.  – Dźwignęła rękę w stronę jego twarzy, chcąc sprawić, żeby na nią spojrzał. Odwrócił się, a ona zalotnie przygryzła wargę.

- Znałem kiedyś taką jedną… Ulę. – Nagle posmutniał.

Mężczyzna ten był bardzo przystojny. Z, większym niż trzydniowy, zarostem wyglądał bardzo seksownie. Kilka zmarszczek wokół oczy i od jakiegoś czasu nieobcinane włosy dodawały mu uroku. W pomieszczeniu panował półmrok, zatem najlepiej widoczne były więc oczy. Ula znała te oczy. W każdym razie wydawało jej się, że gdzieś już takie widziała.

Nie minęło pół godziny a oni już wychodzili z budynku. I według stałego już dla niej scenariusza zaczęła go całować tuż przy jego samochodzie. Posmakowała jego ust. Chciała więcej. Ten facet ją rozpalał, chciał mu się oddać. Sama nie wiedziała dlaczego aż tak na nią działa. Rozbierał ją szybko, jednak Ula zatrzymała jego ręce.

- Zaczekaj – próbowała uspokoić swój oddech. – Nie chcę tu, nie tak. – Posmutniała. Nagle włączyły się wszystkie jej dotąd uśpione uczucia.

On spojrzał w jej oczy. Znał te oczy. Był pewien, że gdzieś już je widział. Wsiedli szybko do samochodu. Podjechali pod mieszkanie chłopaka. Szli ciemnym korytarzem, aż trafili do właściwych drzwi. Po przekroczeniu progu od razu zajęli się sobą. Poprowadził ją do sypialni. Zrywali z siebie ubrania, spragnieni dotyku. Gdy wreszcie stali się jednością, dziewczyna zmęczona przytuliła się do ciała mężczyzny, palcem wskazującym rysując kształty na jego klatce.

- Mmm… Marek – wyrwało się z jej ust. Natychmiast zorientowała się jaką gafę popełniła. Siadła na łóżku opierając się o zagłówek. – Przepraszam.

- Skąd wiesz jak mam na imię? – dopytywał, próbując ułożyć sobie wszystko w głowie.

- Marek to… O Boże, ty jesteś Markiem. Tym Markiem. Markiem Dobrzańskim. – każde słowo wypowiadała z coraz większym strachem.

- Ula, moja Ula, Uleńka – mówił z coraz większym uśmiechem. Zerwał się z łóżka, chcąc ją przytulić. Ona jednak odsunęła się.

- Nie to niemożliwe. – Niedowierzając, uciekła do łazienki. Marek w tym czasie analizował wszystko, co wie o Uli.

Rozmowa u niej w domu, była  ich ostatnią. Potem zniknęła, wyprowadziła się, zmieniła pracę. Nie chciała, aby ktoś z jej przeszłości ją szukał. Odcięła się od wszystkich, którzy mogli jej w jakiś sposób przypominać Marka.

- Ula? – zapukał do drzwi łazienki. Cisza. Postanowił otworzyć drzwi z zewnątrz. Wszedł. Stała przed lustrem, z rozmazanym makijażem. Gdy go zobaczyła, ogarnęła ją złość. Wybiegła w samym ręczniku do pokoju, zebrała swoje ubrania po czym prawie siłą wypchnęła Marka z łazienki. Ubrała się i wyszła już spokojniejsza.

- Marek, to naprawdę ty. - powiedziała.

- Ula, powiedz mi, co się stało? Ty nie byłaś taka?

- Jaka?

- No, nie chodziłaś do łóżka z ledwo co poznanym facetem – zarzucił jej bezmyślność.

- Odkąd poznałam prawdę o twojej „miłości” – gorzko się zaśmiała – moje życie całkiem się zmieniło. Będzie lepiej jak już pójdę. Cześć. – odwróciła się w kierunki drzwi. Nie zdążyła nawet nacisnąć klamki, bo poczuła jak mężczyzna złapał ją za rękę i przyciągnął do siebie. Wpił się w jej usta zachłannie. Miażdżył jej wargi swoimi, przelewając w ten pocałunek całą miłość, jaką przez te wszystkie lata czuł do niej.

- Ula kocham cię, rozumiesz, zawsze cię kochałem.

- Marek, nie zawsze. Wiem dobrze…

- Jeżeli tylko zdołasz mi wybaczyć, jeśli zmienimy nasze życia, możemy być razem – zadeklarował.

- Marek, spróbuje się zmienić… Bo gdzieś tam w środku cię kocham. Tylko musisz na nowo obudzić to uczucie we mnie. – Ujął jej dłonie w swoje i lekko musnął jej usta.

Czasem musimy wiele wycierpieć, by los wynagrodził nam trud życia. Czasem udajemy namiętności, by czuć się choć trochę kochanymi. Czasem po prostu rodzimy się szczęściarzami. Czasem jednak to szczęście nigdy nie nadchodzi.



* wykorzystałam tekst piosenki Tomka Makowieckiego – Ostatnie wspólne zdjęcie

Offline

 

#3 2011-08-22 22:43:09

root
Administrator
Zarejestrowany: 2009-01-14
Posty: 4798

Re: 9 KONKURS WAKACYJNY - BrzydUli i Prosto w serce

Autor nr 2

Jak kochać to nie pytać o nic?

    Wszedł do domu, swe kroki kierując od razu w stronę sypialni. Teczkę i torbę podróżną cisnął w kąt i przysiadł na brzegu swojej połowy łóżka. Przymknął powieki, odchylił głowę do tyłu i z głośnym świstem wypuścił powietrze z płuc. Był zmęczony, był taki zmęczony… Jego myśli same powędrowały w kierunku wspomnień ostatnich wydarzeń.
    Urokliwy hotelik SPA niedaleko Poznania – to tam spędził ostatnie trzy dni. Bywał już w wielu pięknych miejscach: Malta, Cypr, Grecja, Włochy wraz z ze swą największą chlubą, Toskanią. Nigdzie jednak nie było mu tak dobrze, jak w tym cichym ośrodku nad malowniczym jeziorem. Nie chodziło o to gdzie był, nie. Chodziło o to, że był tam z nią, z jego słodką, nieśmiałą, małą dziewczynką, którą przecież tak bardzo krzywdzi. Jest draniem, okropnym tchórzem, który boi się powiedzieć prawdę w obawie przed… Sam już nie wiedział przed czym. Oszukiwał ją, swoją narzeczoną i jeszcze w dodatku przez bardzo długi czas też siebie. Czy może być coś gorszego niż żyć w kłamstwie z samym sobą? Zastanawiał się dlaczego nie potrafi powiedzieć swojemu przyjacielowi, że intryga, którą razem wymyślili już się dla niego nie liczy, że zaczął żywić do tej dziewczyny cieplejsze uczucia, inne, takie, jakich do tej pory nie znał. Ale na litość boską, jak miał to zrobić skoro nawet przed sobą nie potrafił się przyznać, że się zakochał?! Teraz już wiedział, czego chce. Musi wszystko wyjaśnić, ale trochę jeszcze poczeka. Byle do zarządu…
    Napłynęła kolejna fala zmęczenia, to wszystko, co się wydarzyło dało mu się porządnie we znaki. A ten dzień zaczął się tak pięknie. Obudził się wtulony w najdroższą mu istotę na świecie. Jego twarz spoczywała na jej rytmicznie unoszących się piersiach, czuł bicie jej serca. Nie spała, bo ze snu wyrwał go jej dotyk, delikatnie gładziła jego włosy. Uniósł się lekko i spojrzał w jej śmiejące się oczy, najpiękniejsze oczy, jakie kiedykolwiek widział. Zalała go niczym nieposkromiona czułość, musiał ją pocałować. Chciał jeszcze raz, zanim wrócą do tego świata, w którym funkcjonują na co dzień, zatopić się w jej słodkich pocałunkach, zatracić się z nią kompletnie, tak, jak jeszcze z nikim, aż do granic.
Odwiózł ją do domu i musieli się pożegnać. Na chwilę, bo zaraz mieli się znowu spotkać w pracy. Ale on nie chciał mówić „do zobaczenia”, nie chciał jej zostawiać. Musiał. Gdy odjeżdżał spod jej domu w jego brzuchu szalało stado motyli, a serce waliło jak młotem, mimo to czuł błogi spokój, taki, który jest w stanie cię przekonać, że nie może zdarzyć się nic złego. A jednak, to co działo się potem… Rozszalało się istne piekło, które rozpętała jego narzeczona. Nie wiedział, co ma robić, jak zareagować na to wszystko, czy ratować swój związek, czy od razu się przyznać do wszystkiego. Nie, nie może tego zrobić, za trzy dni zarząd, musi jeszcze wytrzymać. Paulina szalała, krzyczała. Biedna Ania niesłusznie oskarżona płakała, widział jej łzy, kiedy przechodził obok recepcji. Violetta wciąż podburzała Paule, a Ula… Ula… Widział, jak ją to boli, dobrze wiedział, czego oczekuje od niego, a mimo to był niewzruszony, udawał wesołość, żeby jej jeszcze bardziej nie martwić. Boże! Dziś trzy kobiety płakały przez jego lekkomyślność. Ty idioto, zrób coś! – krzyknął w duchu na siebie.
    Nagle jego rozmyślania zostały przerwane. Poczuł dotyk na swoich ramionach. Nawet nie zauważył, jak Paulina wdrapała się na łóżko i teraz, klęcząc za nim, gładziła jego plecy. Przybliżyła do niego swoją twarz i wprost do jego ucha wyszeptała:
- Marco, tęskniłam za tobą.
Słysząc jej słowa, westchnął kpiąco. Nie, nie było to reakcją na to, co usłyszał. On śmiał się z siebie, z swojej bezsilności. Co ma teraz jej odpowiedzieć? „Ja za tobą też, kocham cię”? Nie może. Skłamałby. Znowu. Nie powiedział więc nic, nawet nie odwrócił się do niej. Tymczasem ona już zaczęła ściągać z niego marynarkę. Chciała jego bliskości, a on nie mógł jej tego dać. Nie mógł i nie chciał. Coś się zmieniło, kiedyś było inaczej. Ze zdziwieniem stwierdził, że jej dotyk nie robi na nim już najmniejszego wrażenia. To nie była Ula, która rozpalała go jednym, niewinnym muśnięciem dłoni. Nie mógłby już być z żadną inną kobietą, żadnej innej się oddać, żadnej innej posiąść. Kocha Ulę i tylko jej chce. Ale przecież to jego narzeczona…
- Paula, jestem zmęczony.
- Pomogę ci się odprężyć.
Kobieta nie ustępowała. Całowała jego twarz, nie doczekawszy się żadnej odpowiedzi z jego strony na swoje pieszczoty. Kiedy pociągnęła go za sobą do tyłu, Marek poczuł, że musi zaprotestować, przerwać to. Natychmiast!
- Paulina, ja nie mogę.
- Stało się coś? – zapytała, patrząc na niego z wyrzutem.
- Nie – odpowiedział od razu, machinalnie. Od długiego czasu już nie opowiadał jej o tym, co się z nim dzieje, jak minął mu dzień, z przyzwyczajenia zaprzeczył. Ale potem nagle zmienił zdanie. Teraz albo nigdy. – Tak.
- Wciąż jesteś na mnie zły?
- Nie.
- To o co chodzi? – patrzyła na niego wyczekująco i podejrzliwie, a on uparcie milczał. Wbił wzrok w podłogę i zastanawiał się, co ma jej powiedzieć. Paulina czuła, jak napięcie w pokoju rośnie z każdą chwilą. Przeczuwała, co się za chwilę stanie, ale odpychała od siebie tę uporczywą myśl. Nie chce tego słyszeć, nie chce, żeby jej o tym powiedział. - Marek, co się stało? – zaczęła go ponaglać.
- Wszystko.
Odpowiadał spokojnie i po raz pierwszy tego wieczora spojrzał na nią. Nie miał zamiaru wrzeszczeć, nikogo obwiniać, robić wyrzutów, wygłaszać jakichś górnolotnych frazesów. Był spokojny i właśnie tak chciał przeprowadzić tę rozmowę. Paulina siedziała na łóżku i smutno na niego patrzyła. Próbowała zachować kamienną twarz, nie wybuchnąć, ale widział, że jej oczy są pełne smutku i utrapienia.
- Paulina, dlaczego ty mi zawsze wybaczasz?
- Słucham? – tego się nie spodziewała.
- Przecież ty wiesz, że każdego dnia kłamię ci prosto w twarz. Czemu nigdy nie pytasz: dlaczego? Chcesz tylko wiedzieć: kto tym razem i ewentualnie jak długo to trwało. Mówisz: przeproś a wybaczę. Dlaczego ty nigdy o nic nie pytasz?
Z każdym jego słowem w jej oczach gromadziło się coraz więcej łez. Nie pozwalała im popłynąć. Kobiety takie jak ona nie płaczą. Dlaczego nie pyta? Po co? Czy to by coś zmieniło?
- Kochać to nie pytać o nic, prawda? – zauważyła.
- W tym powiedzeniu nie chodzi o to, żeby ignorować to, co się widzi, żeby przemilczeć to. Ono mówi o tym, że kochać to nie musieć pytać. Jeżeli kochasz, to nie musisz pytać, bo wiesz. Nie potrzebujesz ani tłumaczeń, ani pozwoleń, ani próśb, bo i tak wiesz. Paulina…
Nie chciał jej krzywdzić, kilkoma słowami zburzyć całego jej świata. Ale czy nie krzywdzi jej bardziej będąc z nią mimo, że jej nie kocha? On wybawi ją od nieszczęścia rozstając się z nią, a potem uszczęśliwi ją ktoś inny. Ale czy na pewno? Czy nie próbuje tylko znaleźć dla siebie usprawiedliwienia?
- Paulina – kontynuował. – Ja już nie mogę udawać. Oboje dobrze wiemy, że to się nie uda. Ja też już za dużo pytam, przestałem cię rozumieć, a może nie chcę cię rozumieć, nie wiem. To jest moja wina, oczywiście, to ja wszystko popsułem. Ale teraz chcę, żeby było inaczej, chcę uratować coś, na czym mi zależy. Żałuję, że muszę zrobić to twoim kosztem, ale… - przerwał. Siedziała przed nim niewzruszona, jej oczy się szkliły, ale nic poza tym. Był zaskoczony, mówi jej takie rzeczy, a ona nic. – Nie zapytasz, o czym mówię?
- Ty rzeczywiście mnie nie rozumiesz. Ja nie muszę pytać, nigdy nie musiałam, bo zawsze wiedziałam. I teraz też wiem. Co ty myślisz, że nie czuję jak od kilku nocy przerzucasz się z boku na bok nie mogąc zasnąć? Że nie widzę, jak od kilku dni uśmiechasz się sam do siebie? Że nie zauważam tego jak reagujesz na każdą, nawet najmniejszą zmiankę o naszym ślubie? A teraz jeszcze ten wyjazd… Chcesz pytań? Dobrze. To powiedz mi tylko jedno: gdzie byłeś?
- W szwalniach, przecież wiesz.
- Dobrze, w takim razie inaczej. Z kim byłeś?
- Z Ulą – odpowiedział od razu, spokojnie. Poczuł ulgę. Już po wszystkim.
- Marek, dobrze wiesz, że nie o to pytam. Kim jest ta kobita?   
Milczał. Przez chwilę patrzyli tylko na siebie. Jego wzrok mówił wszystko. Po kilku pełnych napięcia minutach Paulina się roześmiała. Marek zdziwiony jej reakcją zmarszczył brwi.
- No chyba nie chcesz… Marek, ty chcesz mi powiedzieć, że przegrałam z Brzydulą?!
- Z Ulą! – krzyknął.
Zdenerwowało go to określenie, którym wszyscy nazywali Ulę, jego Ulę. Gdyby wiedzieli jak bardzo nie pasuje do niej to okropne przezwisko! Zauważył jednak, że Paulina nie najlepiej zareagowała na to, że ją poprawił. Ma rację, w tej chwili to chyba nie jest najważniejsze.
- Przepraszam.
Kobieta ukryła twarz w dłoniach. Mogła się spodziewać wszystkiego, ale nie tego. Brzydula?! Chociaż właściwie dlaczego ją tak to dziwi? Powinna to przewidzieć. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że ich znajomość wykracza poza relacje szef-pracownica. Spędzali ze sobą dużo czas, nie wiedzieć czemu zaprzyjaźnili się, a przecież tak bardzo się od siebie różnią! A może wcale nie… Marek zawsze stawał w jej obronie, chwalił. Powinna się zorientować, zrobić coś z tym, zapobiec. A teraz co?
- Paula, nie traktuj tego w kategorii przegranej, to nie są żadne zawody.
- Marek, czy ty słyszysz, co ty mówisz?! – wstała i zaczęła krzyczeć, nie mogła dłużej tego słuchać. – Brzydula?! Naprawdę?! Żadnej nie przepuścisz? Może ty się powinieneś leczyć!
- Paulina, to nie tak.
- Spałeś z nią?
- To nie jest ważne. Chodzi o to, że ona dla mnie… - nie pozwoliła mu dokończyć.
- Pytam, czy spałeś z nią?!
- Tak – przyznał po chwili, patrząc jej prosto w oczy. Ona tylko pokiwała głową. – Ale to nie o to chodzi, Paulina ja ją…
- Nie, Marek! Nic nie mów. Widzę, że żałujesz, że się tym zadręczasz, dlatego jestem gotowa ci to wybaczyć.
Robiła wszystko, żeby tylko tego nie usłyszeć. Próbowała go zagadać, doprowadzić do tego, żeby zrezygnował z zamiaru powiedzenia jej, że to nie tylko zwykła zdrada. Nie chciała słyszeć, że on tę Cieplak…
- Kocham ją.
Zabolało. Oj, zabolało. Zacisnęła powieki, spod których wymknęła się jedna nieposłuszna łza i spłynęła po jej pięknej twarzy.
- Paula, ja wiem, że nie ma dobrego sposobu, żeby to powiedzieć, dlatego po prostu powiem prawdę.
- Oooo – roześmiała się. – To coś nowego.
Wziął głęboki wdech i zaczął mówić.
- Popełniaj błędy i naprawiaj je, gdy dotkniesz dna odbijaj się. Wykorzystaj czas, drugiego już nie będziesz miał. Kojarzysz tę piosenkę?
- Yyyy… - popatrzyła na niego zmieszana. O co on ją pyta? Piosenkę? Ona teraz z ledwością może myśleć o czymkolwiek. Jedyną natrętną myślą krążącą w jej głowie jest to, że jej narzeczony ją zostawia, bo zakochał się. W kimś innym. W końcu odpowiedziała: - Nie.
- Nasz związek nie był błędem, przeżyliśmy razem wiele wspaniałych chwil. Pamiętasz? Ale było dużo błędów, które popełniliśmy w jego trakcie. Teraz musimy to wszystko naprawić. Nie potrafiliśmy się dopasować, jesteśmy zupełnie inni od siebie, lubimy inne rzeczy. Bylibyśmy nieszczęśliwi w małżeństwie. Już od dawna nie ma między nami tego, co było na początku. Teraz mijamy się prawie obojętnie. Z czasem zaczęlibyśmy się tylko tolerować, później z trudnością znosić, aż w końcu byśmy się znienawidzili. Unieszczęśliwialibyśmy się. I ja wiem, że ty w głębi duszy też zdajesz sobie z tego sprawę. Nie możemy wziąć ślubu tylko dlatego, że wydaje nam się, że tak należy. Bo wspólna firma, bo rodzice, bo katedra w Mediolanie… Nie możemy. Pomyśl tylko… Z czasem pewnie pojawiłyby się dzieci. Wyobrażasz to sobie? Jak mielibyśmy je wychowywać w domu bez miłości? Paulina, przyzwyczajenie nie wystarcza.
Kobieta słuchała go w skupieniu. Widziała, że jest mu trudno, mówiąc to wszystko nawet na nią nie patrzył. A ona nagle poczuła się pusta, ogarnęła ją tak przeraźliwa pustka, że nawet nie chciało jej się już płakać. On ma rację, od dawna między nimi się psuło. Ale czy to jest powód, żeby po siedmiu latach związku kończyć go na kilka tygodni przed ślubem? Czy to jest powód, żeby odchodzić do innej? Do tej drugiej… A może to ona, Paulina Febo, była zawsze tą drugą, tylko o tym nie wiedziała?
- Jesteś dla mnie kimś ważnym – Marek nie przestawał mówić. – Zależy mi na tobie… Nie, naprawdę – zapewnił, słysząc jej cichy, kpiący śmiech. – Nie myśl sobie, że nic do ciebie nie czuję, ale… Wybacz, że muszę to powiedzieć, ale nie kocham cię. Nigdy nikogo nie kochałem, żadnej kobiety. Tylko mi się wydawało, że tak. Potem pojawiła się Ula i zrozumiałem, że nie miałem bladego pojęcia o miłości. To jest tak jak… Yyyy… Tak jak z truskawkami!
Wbiła w niego swój zdziwiony wzrok, a on zaczął tłumaczyć:
- Masz ochotę na truskawki. Ale jest luty i nigdzie nie możesz ich dostać, więc kupujesz lody truskawkowe. I na chwilę udaje ci się zaspokoić swój apetyt, ale wiesz, że to nie to samo, co świeży owoc. Przychodzi wiosna i kupujesz pierwsze, wydaje ci się, że prawdziwe truskawki. Są duże i soczyście czerwone, po prostu piękne. Myślisz sobie:  to jest to. Tyle tylko, że to są owoce nienaturalne, sztucznie wyhodowane. W końcu próbujesz tych najprawdziwszych truskawek, które wyrosły w twoim własnym ogrodzie. Może nie są tak okazałe jak te wcześniejsze, ale gdy poczujesz ich smak, zaczynasz rozumieć, że to właśnie o nie ci chodziło. To właśnie za nimi tęskniłeś tak długo. Ja jadłem w swoim życiu dużo lodów truskawkowych, przyznaję, ale teraz trafiłem na najprawdziwszą truskawkę. Rozumiesz?
Pokiwała głową. Tak, rozumie. To ona jest tą wczesną truskawką, a tą prawdziwą… Ula. Wpatrywał się w nią, chyba czekał na jakąś reakcję z jej strony. Uśmiechnęła się do niego smutno. Zmienił się. Już od jakiegoś czasu to obserwowała, ale teraz zobaczyła to wyraźnie. Może to i dobrze. Może ona też powinna się zmienić? Nie pędzić tak do przodu, tylko po prostu pozwolić życiu płynąc? Może i ją spotka to, co jego. Kto wie? A jego nie może trzymać przy sobie na siłę. Nie miałoby to najmniejszego sensu… Spojrzała na swoją dłoń, gdzie na serdecznym palcu spoczywał pierścionek zaręczynowy, który dostała od niego. Ściągnęła go. Patrzyła jeszcze przez chwilę na połyskujący kamień, a potem wyciągnęła dłoń w stronę Marka, oddając mu go.
- Nie. Jest twój - wstał i podszedł do swojej już byłej narzeczonej.- Po rzeczy przyjdę później -pochylił się nad nią i pocałował w czoło. - Do widzenia.
Przekraczał już próg sypialni, kiedy nagle stanął, słysząc za sobą jej zupełnie wyprany z emocji głos.
- Jedziesz do niej – to było stwierdzenie, nie pytanie.
Spuścił głowę i po chwili milczenia odwrócił się do niej.
- Oszukiwałem nie tylko ciebie, ją też. Muszę teraz coś z tym zrobić, ratować to. Nie mogę pozwolić, żeby przez moją głupotę rozpadło się jeszcze to.
- A jeśli TO się nie uda? Skąd wiesz, że ona też… Że ona uwierzy, że będzie chciała… Że pozwoli ci…
- Kochać to nie pytać o nic, prawda? – powiedział, przypominając jej własne słowa. Przytaknęła mu skinieniem głowy.
- Jedź.
Pojechał.

Offline

 

#4 2011-08-22 22:44:18

root
Administrator
Zarejestrowany: 2009-01-14
Posty: 4798

Re: 9 KONKURS WAKACYJNY - BrzydUli i Prosto w serce

Autor nr 3

Tytuł: Za późno


9. Z pogrzebu nie pamięta prawie nic; wie, że nigdy nie będzie
pamiętać nic ponad szloch ojca i widok Ali obejmującej jej ojca. I tak
jest dobrze, myśli. Nie chce tego pamiętać i jej życzenie się
spełnia.
Potem idą do domu, który już nie jest domem, nie do końca, piją
herbatę, która wcale nie jest lekiem na całe zło, i udają, że będą
potrafili żyć dalej. Nikt się nie uśmiecha, wszyscy siedzą przy stole
z pogrzebowymi minami, och, jak to słowo tu teraz pasuje. Pogrzebali ich
mały promyk słońca i coś się skończyło. A może nawet coś się
zaczęło, tylko żadne z nich jeszcze o tym nie wie.

3. Czasem myśli, że to wszystko mogłoby skończyć się inaczej.
Mogłaby wrócić, ale tak naprawdę, przeprosiłaby go i wszystko byłoby
tak jak by mogło być. Ale jak może coś naprawić, skoro sama nie umie
zebrać się w garść?
Jest za późno, za późno, powtarza jak refren i wie, że to jedyne, w co
w tym momencie może uwierzyć, tylko tego może się trzymać, bo jeśli
znów zacznie myśleć o nim, to oszaleje, a wtedy już nie naprawi
niczego.
I ma tego wszystkiego dość, dość tego, że nie może uciec, że nie
jest na tyle silna, żeby uciec i z każdym dniem coraz bardziej tego nie
potrafi, nie potrafi się spakować, potrafi tylko siedzieć z kieliszkiem
wina i udawać, że wszystko jeszcze można naprawić.

13. Ula nie jest przygotowana na takie spotkanie, czuje bliskość jego
ciała przy swoim i czuje, że w tej chwili nie mogłaby być bardziej
szczęśliwa. W końcu on ją odsuwa i pyta:
– To naprawdę ty? – Ona podnosi na niego wzrok i nie jest w stanie
wykrztusić z siebie słowa. Patrzy na tę twarz, którą tak kochała i
nadal kocha, przez głowę przebiegają jej setki myśli, ale w końcu się
odzywa, lekko zachrypniętym głosem:
– Tak. Wróciłam. – I wie, że on nie potrzebuje żadnych innych
wyjaśnień. Te dwa słowa tłumaczą wszystko. – Jak się masz?
– Ula... Ja... ja nie wiem, co powiedzieć. Nie spodziewałem się, że
wrócisz... Ja... Ula, przepraszam.
– Nie przepraszaj, że jesteś szczęśliwy. To twoje dziecko, prawda?
– pyta, chociaż zna odpowiedź.
– Tak, ale gdybym wiedział... – teraz już szepce, jakby w obawie, że
ktoś może ich usłyszeć. – Ula, gdybym wiedział, że wrócisz,
nigdy... Ja naprawdę nigdy... Poczekałbym nawet i dwadzieścia lat, ale
nie wiedziałem, słyszysz? Nie wiedziałem... – Przytula ją jeszcze raz
tak mocno, że prawie brakuje jej tchu. W uszach dzwoni jej za późno,
za późno
, zawsze jest za późno.
– Nic się nie stało – mówi, chociaż wie, że to największe
kłamstwo, jakie tego dnia wypowie. – Nie sądziłam, że kiedykolwiek
wrócę. Byłam tam szczęśliwa, ale... Ale moja siostra zmarła dwa dni
temu. Przyleciałam na pogrzeb.
– Tak mi przykro... Nie wiedziałem. Przyszedłbym. Przecież wiesz, że
bym przyszedł.
– Wiem, Marek. – Po raz pierwszy od roku wymawia jego imię na głos i
czuje się, jakby nic się nie zmieniło, chociaż zmieniło się wszystko.
– Kim ona jest?
– Witam – mówi Paulina, wychodząc w końcu z gabinetu. – Miło
znów panią widzieć – mówi, chociaż jej wzrok mówi co
innego.

4. A on jej wcale nie pomaga, nie zabiera kieliszków, nie chowa butelek,
tylko coraz dłużej i dłuzej zostaje w pracy, bo nie może już patrzeć
na tę kobietę, którą może i nawet kiedyś kochał, a może tylko mu
się wydawało. I tak jest dobrze, myśli on, nic nie trzeba zmieniać.
Skoro ona zdecydowała, że chce być ze mną, to niech zostanie. Niech
się stoczy, niech się rozpije, ale do niego jej nie wypuszczę. Nigdy.
Więc nie zabiera kieliszków, nie chowa butelek. Tak jest dobrze.

11. Wsiada do autobusu tak jak stoi, w czarnej pogrzebowej sukience, z
torebką i smutnym uśmiechem na twarzy. W drodze rozmyśla nad tym, czy
bardzo się zmienił. A może nie zmienił się wcale; to takie typowe dla
niego. Jest pewna, że ją pamięta, ale czy jest w stanie jej wybaczyć?
Tego nie wie. Ona wybaczyła mu dawno temu. Duma nie pozwoliła jej tego
powiedzieć. Może jeszcze nie jest za późno. Może wszystko da się
naprawić, tak jak da się skleić stłuczoną filiżankę. Rysa zawsze
zostaje, ale filiżanka jest cała. Może z nami będzie tak samo, myśli.

1. Wyjechała, bo tego chciała. Wtedy była taka pewna siebie, taka pewna
tego, że miłość przychodzi z czasem i wszystkie bajki dobrze się
kończą. Życie ją rozczarowało, bo tak jest zawsze: kiedy mamy na coś
nadzieję, to nigdy się nie udaje.
I nagle okazuje się, że czasami wystarczy jedna błędna decyzja, żeby
spieprzyć sobie życie.

8. Kiedy przekracza progi miejsca, w którym spędziła swoje dzieciństwo,
nikt jej nie wita na progu. W domu nigdy nie było cicho, a teraz nie
słychać nawet szeptu, zupełnie jakby dom wymarł. Słyszy jakiś hałas
i gwałtownie się obraca. Widzi ojca, który wydaje się jej nagle
dwadzieścia lat starszy, który powłóczy nogami i zdaje się jej nie
zauważać. A chwilę potem tuli go w ramionach, szepce, że już
wróciła, i zaraz zrobi herbatę, bo herbata jest lekiem na całe zło
tego świata. Chwilę później pojawia się Jasiek, zmęczony, niewyspany
i z zaczerwienionymi oczami.
A potem dowiaduje się jak to było naprawdę. Betty, jej mała Betty,
którą przewijała, kiedy była mała, której śpiewała kołysanki, nie
żyje. Wpadła pod samochód, tuż obok domu. Od wczoraj jej małe serce
przestało bić. Pogrzeb odbędzie się dzisiaj, dobrze, że zdążyłaś,
Ula, dobrze, że zdążyłaś.
Ula chciała wrócić do domu, ale w domu coś umarło, dom został
pozbawiony jednego elementu i nagle układanka zaczyna się sypać. Nic
już nie będzie takie samo i nagle ona czuje, że teraz jej miejsce jest
tutaj i nigdy nie było inaczej, nie powinna w ogóle wyjeżdżać, bo
może wtedy to by się nie stało i to wszystko jej wina. I ma teraz
ochotę się upić, tak, żeby następnego dnia nic nie pamiętać, tak,
żeby potem się okazało, że to wszystko był sen.
Nie tak wyobrażała sobie powrót do domu; wszyscy siedzą w kuchni i
piją herbatę pomieszaną ze łzami i udają, że się cieszą, że Ula
wróciła, bo może to zapełni jakoś tą pustkę, która od wczoraj
zapanowała w domu. Ula zawsze rozwiązuje każdy problem i naiwnie
wierzą, że z tym też sobie poradzi; wolą wierzyć w to niż zmierzyć
się z prawdą.

2. Kiedy siedzi przy stole, z kieliszkiem wina w ręku, nie patrzy nawet na
zegarek, nie chce wiedzieć, ile czasu on spędził u tamtej, bo to nie ma
znaczenia, nagle nic już nie ma znaczenia, tylko ona i wino i jedna
decyzja, której nie powinna była podejmować. Ma ochotę cisnąć czymś
o podłogę, wyrzucić z siebie cały ten ból i żal, chce, żeby to
wszystko się skończyło raz na zawsze. Ale wie też, że sama będzie
musiała to posprzątać, a pokusa zrobienia czegoś głupiego z odłamkiem
szkła jest zbyt wielka, żeby mogła sobie na to pozwolić. Więc płacze
nad swoją bezradnością i tchórzostwem, bo nie jest w stanie się z tego
wyrwać. Słyszy trzask zamykanych drzwi, pospiesznie ociera łzy,
odpowiada na pytania, na które odpowiada codziennie i widzi, jaka jest
żałosna i słaba, bo nie potrafi po prostu wyjść, zostawić go tam
samego, niech sczeźnie, wsiąść do taksówki, pojechać na lotnisko i
czekać tak długo, aż nadleci jej samolot.
Ale tego nie zrobi, bo znów on po nią przyjejdzie, powie, że nic się
nie stało i kochanie, wracajmy do domu, jest późno, a samolotu nigdy nie
ma o tej porze, pamiętasz? A ona pokiwa głową i powie, że przeprasza i
następnego dnia wróci do swojego kieliszka wina i dobrze wie jak to
wszystko się skończy.

10. Ula wychodzi z kuchni, nie mogąc patrzeć na dwie zakochane pary i
nagle ma do nich wielki żal, że nawet w takim dniu potrafią być
szczęśliwi, chociaż tak smutno szczęśliwi. Czuje się taka samotna i
bezradna, że ma ochotę umrzeć. A potem przychodzi jej do głowy, że nie
odwiedziła jeszcze Jego. Przystaje, porażona tą myślą. Przecież
chciała tego, prawda? Rozliczyć się z przeszłością. Naprawić.
Czuje instynktownie, że powinna dzisiaj zostać z rodzina, ale wie, że
doskonale sobie bez niej poradzą. Pojedzie tam i wszystko będzie jasne.
Minął tylko rok, to przecież nie tak dużo.

6. Nadchodzi dzień, w którym coś się zmienia. Ona wstaje z łóżka i
widzi za oknem tęczę. Uśmiecha się, po raz pierwszy od wielu dni,
uśmiecha się tak naprawdę, mimo pulsującego bólu głowy, i myśli, że
to dobry dzień na zmiany.
I wtedy dzwoni telefon. Ula odbiera z uśmiechem, ale dobry nastrój szybko
ją opuszcza. Słuchawka wypada jej z ręki.
Nie wyciąga już butelki rano tak jak to miała w zwyczaju, nie, teraz
wstaje, ubiera się i w końcu się pakuje. On wyszedł, więc jej nie
zatrzyma. I wie, że tym razem zdąży na samolot. Nie zostawia nawet
kartki; wie, że on zrozumie, że musiała to zrobić. Zrozumie, myśli,
ale nie wybaczy. Nie ma odwrotu, ale może jest nadzieja.

12. Nikt jej nie poznaje. Czyżby aż tak się zmieniła? Niepostrzeżenie
dostaje się na piąte piętro, ale zatrzymuje ją płacz dziecka.
Zasłania dłonią usta i przysiada na opustoszałym biurku sekretarki
przed Jego gabinetem.
Ma dziecko. Ta myśl wbija się w jej serce jak nóż. Za późno, za
późno, powtarza sobie.
Nagle płacz przycicha i Ula słyszy jakieś poruszenie w gabinecie. A
potem wychodzi z niego Marek. Rozgląda się wokoło i widzi ją,
siedzącą na biurku w czarnej sukience, zalaną łzami.
Podchodzi i przytula ją mocno, nie pytając o nic; w tej chwili nie trzeba
słów, bo on wszystko rozumie. Łzy moczą mu koszulę, ale nie zwraca na
to uwagi, w tej chwili nic nie jest ważne, tylko to, że znów trzyma ją
w ramiona, znów czuje jej zapach, to nic, że ta chwila będzie trwała
tak krótko.

18. Dziewięć miesięcy później rodzi śliczną córeczkę.
Nikogo nie dziwi, że daje jej na imię Beatka.

5. Ich zbliżenia są krótkie i mocne jak pchnięcie nożem. Po wszystkim
on odwraca się i zasypia, a ona patrzy w sufit i myśli, że to nie tak
miało wyglądać, zupełnie nie tak. Zresztą tak naprawdę wcale nie jest
tak źle – tylko tak beznamiętnie. Czuje się trochę jak kukiełka,
którą ktoś pociąga za sznurki. Robi to, co musi. Jakby udawała – a
może naprawdę tak jest. Może to wszystko jest tylko kiepskim filmem, a
ona równie kiepską aktorką. Może jej rola kiedyś się skończy.

15. – Gratulacje z powodu ślubu. – Paulina uśmiecha się z
satysfakcją, nie zważając na Marka, którego twarz jest pełna bólu.
– Życzę wiele szczęścia na nowej drodze życia.
– Dziękuję – ponownie odzywa się Paulina. – Nazwaliśmy ją
Karolina.
– Ładne imię. My też chcieliśmy tak nazwać swoją córkę,
pamiętasz, Marek? A może już zapomniałeś, to takie dla ciebie typowe.
– Nie dziwi się, kiedy Paulina ją policzkuje. Obrączka zostawia na jej
policzku czerwony ślad, który piecze, ale Ula nie czuje bólu.
Marek blednie i przeskakuje wzrokiem od jednej kobiety, którą kocha, do
drugiej, jakby nie rozumiejąc, co się dzieje.
– Jak śmiesz? – krzyczy Paulina.
– Nie przypominam sobie, żebyśmy przechodziły na ty – zauważa zimno
Ula i wstaje w końcu z biurka. Paulina płonie rumieńcem i zaciska ręce.
– Wybaczcie, ale chyba się już pożegnam. Pora na mnie. Ach,
zapomniałabym o czymś.

17. Gdy wychodzi z firmy, zanosi się śmiechem tak głośnym, że ludzie
oglądają się za nią na ulicy, ale nie zwraca na nich uwagi. Już nie.
Nie chce się zastanawiać nad tym, czy przegrała, czy wygrała swoje
życie, nie chce, bo oszaleje, a wtedy nie naprawi już niczego.
Wie tylko, że nie musi już niczego udawać.

16. Przyciąga do siebie Marka i całuje go mocno, a on się nie opiera,
nawet ze świadomością, że tuż obok stoi jego żona, która jest zbyt
zszokowana, żeby cokolwiek powiedzieć czy zrobić. Potem odrywa się od
niego, poprawia na sobie sukienkę, bierze torebkę i wychodzi, po drodze
wpadając na młodą dziewczynę, młodszą od niej, ubraną w dopasowaną
spódniczkę i elegancki żakiet. Nosi okulary w czerwonych oprawkach, a
włosy ma spięte z tyłu w kok. Dziewczyna zajmuje miejsce przy biurku.
Ula rzuca jeszcze przez ramię:
– Nic się nie zmieniłeś, Marek.
Och tak, nic się nie zmieniło. Zupełnie nic.

14. Ula bierze głęboki wdech, ale to nie pomaga się uporać z tym, co
widzi. Paulina, niegdyś piękna, perfekcyjnie umalowana i uczesana, teraz
jest ubrana w zwykły sweter i luźne spodnie. Które ukrywają jeszcze
nadmiar kilogramów po ciąży. Wygląda niezwykle blado i ma cienie pod
powiekami, jakby nie przespała kilku nocy. Włosy ma związane w kucyk, z
którego wysuwa się kilka pasemek. To nie jest Paulina, jaką zna Ula. Z
dawnej Pauliny pozostało tylko zimne spojrzenie. Ula widzi w jej słodkie
zmęczenie, takie, jakie jest dane tylko matkom. I nie wie teraz, czym
powinna być bardziej zszokowana: że to Paulina, że ciąża, że Marek
ją kocha czy że tak szybko. Minął zaledwie rok, kalkuluje szybko. Rok.
Więc Marek szybko się pocieszył, myśli.
– Przykro mi powiedzieć, że nie mogę odwdzięczyć się tym samym –
mówi, wiedząc, że teraz nie ma już nic do stracenia. Może powiedzieć
wszystko i po prostu sobie pójść, nigdy tu nie wracając. Słyszy, jak
Paulina gwałtownie wciąga powietrze i patrzy oskarżycielskim wzrokiem na
Marka, jakby próbując powiedzieć telepatycznie: „Obroń mnie!”
A potem Ula dostrzega na jej ręce obrączkę. Zwykłą, złotą
obrączkę.

7. Do domu. Te dwa słowa kołaczą się po jej głowie, gdy wsiada do
samolotu i nikt jej nie zatrzymuje z wyznaniem miłości na ustach i wtedy
dopiero czuje, że dobrze zrobiła. Do domu, wraca do domu i wszystko się
jakoś ułoży, niech ją tam przeklną, ale w domu wszystko się ułoży.

Offline

 

#5 2011-08-22 22:46:30

root
Administrator
Zarejestrowany: 2009-01-14
Posty: 4798

Re: 9 KONKURS WAKACYJNY - BrzydUli i Prosto w serce

Autor nr 4

Było dużo różnych wersji, żadna nie przypadła mi jakoś szczególnie do gustu. Wyszedł dziwny zlepek, który jest po porostu dziwny. Może być różnie, lepiej go potraktować z przymrużeniem oka, bo autor nie potrafił się zdecydować. Narracja jest jaka jest. Miała być inna. Opo przybrało swą formę dopiero dzisiaj. Dopiero dzisiaj zaczęłam pisać.


Wkacjelastminute
Last road – ciemniej niż w Pomiechówku


Dawno, dawno temu. Za górami, za lasami, za łąkami i polami. W samochodzie na pustej drodze siedziało czworo ludzi w niemałej trwodze…

W małym pokoiku na poddaszu na małym łóżeczku leżał pięcioletni chłopiec, a obok niego siedział jego ojciec, trzymając w ręku książkę.
- Nie, nie – powiedział maluch, próbując wyperswadować swojemu tacie chęć przeczytania po raz setny tej samej bajki. – To jest nudne. Ja chcę coś innego – powiedział.
[i]Na co ja się zgodziłem?! Że też jej się udało mnie przekonać do tej akcji. Jeszcze sześć lat temu ją popierałem. Dzisiaj już nie jestem taki pewien. Tak, wtedy byłem bezdzietnym kawalerem. Warto podkreślić, że jako tak długoletni kawaler dzieci nie miałem. Udało mi się.

- Opowiedz mi coś – zakomenderował chłopiec, marszcząc przy tym groźnie brwi.
- Ale co?! – jęknął tata postawiony pod bramką. – A może… Opowiem ci o naszych pierwszych wakacjach.
- Moich?
- Nie, moich i mamy. I jeszcze… Ale to później. A więc. Dawno, dawno temu… Znaczy, nie tak dawno.
[/i]

- Kochanie, wróciłem! – zawołał od progu Dobrzański.  Rzucił teczkę na najbliższą półkę i szybkim krokiem skierował się do salonu. Brakowało mu tylko psa, który przyniósłby mu kapcie. Gdyby tak było, scena ta niczym nie różniłaby się od hollywoodzkiego ujęcia powrotu pracującego męża do domu.
Szybkim korkiem wszedł do kuchni, chcąc ucałować żonę na powitanie. No cóż… Tu znowu pojawiał się problem. Przed chwilą nie było psa, teraz nie ma żony ubranej w fartuszek i wyciągającej z piekarnika ciasto, bądź pieczeń.
- Tu jestem! – usłyszał głos dochodzący z łazienki.
- O! To dobrze, że nigdzie nie wyszłaś – ucieszył się, widząc żonę, która wkładała właśnie brudne ubrania do pralki… Znaczy ucieszył się, że widzi żonę, a nie, że ona robi pranie.  Popierał sufrażystki, ale ich skrajny odłam, feministki, już tak do niego nie przemawiał. – Muszę ci coś powiedzieć… Ja wiem, że nie byłaś zadowolona z faktu, że nie mieliśmy podróży poślubnej, ale firma, pokaz… Mi szczerze powiedziawszy, wystarczyła noc poślubna, ale ja nie o tym – szybko wrócił do poprzedniego wątku, widząc karcące spojrzenie żony. – A więc, jedziemy na wakacje – oznajmił. – Nad polskie morze. Ono ma swój urok… Kiedy nie pada, oczywiście – dodał.
- A że zawsze pada…
- Oj, nie marudź. Powiedz, że się cieszysz.
- Cieszę się, oczywiście, że się cieszę – odpowiedziała z uśmiechem. – Z tobą mogę jechać wszędzie – wymruczała, wpatrując się w jego twarz z miłością. Pocałowała go delikatnie na potwierdzenie swych słów.
- To dobrze, że się cieszysz, że jedziesz ze mną, bo pojawia się tu mały… Maleńki problemik. Olszańscy jadą z nami – oznajmił na wydechu.
- No cóż… Miałam zamiar potraktować te wakacje, jak podróż poślubną…
- Ale fakt, faktem jedziesz ze mną, nie? – spytał niepewnym głosem Dobrzański, próbując znaleźć na poczekaniu jakiś pozytyw.
- Tak, tak. I z Sebastianem i z Violettą – odpowiedziała, wychodząc z łazienki. Markowi nie udało się nic wyczytać z jej twarzy. Blefuje. Nie obraziła się, pomyślał.

- Powiedz mi, mój jakże kochany mężu, dlaczego jedziemy jednym autem? – pytała Violetta Olszańska z niezadowoleniem w głosie. Stanowczo wolała ich samochód. Był wygodniejszy, a poza tym pragnęła spędzić wakacje z ukochanym. A tymczasem nie spędzi nawet jednej minuty z nim sam na sam, bowiem małżonek wpadł na genialny pomysł wyjazdu z ich najbliższymi przyjaciółmi. Lubiła ich, to prawda, ale kochała Sebastiana, więc miała stanowczo inne plany. Jednakże jej mąż był wyjątkowo zżyty z niejakim Markiem D.
- Choćby dlatego, że oszczędzimy na paliwie. Wszystko drożeje, mamy kryzys. Trzeba będzie przerobić nasze auto na gaz, jak tak dalej pójdzie – wymamrotał Olszański, kręcąc głową.
- Kabriolet na gaz? Pff…

- Jak nazwać inaczej nieszczęście? – spytała Violetta.
- Szczere pole – mruknął Marek.
- Awaria silnika na nieuczęszczanej drodze – dodał Sebastian.
- Brak zasięgu – podsumowała Ula.
- No cóż… Niby racja. Ale chodziło mi coś w stylu klęski, katastrofy, pecha bądź jak tez usłyszałam kiedyś, padaki.
- Violka, nie kop leżącego – wymamrotał prezes, załamując ręce. Poczuł na ramieniu dłoń swojej zony. Ula usilnie próbowała się nie załamywać, ale powoli zapadał zmierzch i robiło się coraz zimniej, a w aucie mogli liczyć tylko na jeden koc i dwie kurtki, które Cieplakówna zapakowała w razie, gdyby pogoda mogła się zepsuć. Beztroskie małżeństwo Olszańskich miało przy sobie tylko bardzo letnią odzież, bo pakowała ich Violetta. Mimo wszystko więc entuzjazm Uli powoli malał.
- A mówiłam, że trzeba było jechać dwoma autami albo naszym…
- Dwuosobowym? – jęknął Sebastian. – A Ula i Marek na dachu czy w bagażniku? – spytał z irytacją w głosie. – Nie, po co ja pytam? Przecież w bagażniku byłyby nasze torby, więc problem się sam rozwiązuje.
- Ale nam by było teraz wygodniej – mruknęła cicho Viola.
- Ale nie jest! – Olszański niemal wrzasnął.
- Uspokójcie się, trzeba coś wymyślić… - zaproponowała Ula, nie zwracając uwagi na swojego męża, który opadł bezwiednie na kierownicę i nawet nie drgnął, kiedy omyłkowo wcisnął klakson.
- O patrzcie! – wrzasnął nagle Sebastian, robiąc więcej rabanu niż chwilę wcześniej sygnał dźwiękowy samochodu Dobrzańskiego.  – Violka, wyskakuj z auta i łap stopa – zakomenderował, wypychając na siłę swoją żonę przez uchylone do tej pory drzwi. Gdzieś w oddali bowiem zobaczył dwa jasne punkciki. – A ty, Cieplak, co siedzisz i udajesz greka? Dołączaj do Violi – ponaglił. Ula posłała mu kpiące spojrzenie.
- Sebastian, a właściwie Olszański, zamknij się – warknęła i wychyliła się przez okno. – Viola, wróć do auta – poprosiła, patrząc na zdezorientowaną Kubasińską. – A dla twojej wiadomości, kolego mojego męża, to świetliki – powiedziała z ironicznym uśmiechem.
- Och… Ulka, wkurzasz się, bo nagle zacząłem doceniać twoje walory… No cóż… Metamorfozę miałaś lepszą niż Kopciuszek.
- Seba! – jęknął Dobrzański. – Ile razy mam ci…
- Och! Dobra, już dobra. To co robimy? – spytał zmieniając temat, bo Viola posłała mu karcące spojrzenie.

- Zachciało się wam wakacji last minute. I macie, co chcieliście. Czekamy na naszą ostatnią minutę w tym lesie. Tu jest ciemniej niż w Pomiechówku – mamrotała Violetta.
- Nie marudź. Zbieraj chrust – ponaglił Olszański, schylając się po małą gałązkę, która po chwili dołączyła reszty, którą trzymał na rękach. – Dobrze, że Ula była w harcerstwie, bo inaczej nie byłoby nawet ognia. Mamy jeszcze batoniki…
- I pomidory – dodała Violetta. – Ale za mało. Taki stres, taki stres!... Słyszałeś?! – spytała, bo usłyszała coś nagle w krzakach.
- Violka! Nie panikuj, to tylko wiewiórka albo lis – zbagatelizował sprawę Sebastian.
- Ale… - No cóż, za późno już było na „ale”.

- Marek, przepraszam, że to powiem, ale kto ci kazał jechać ta drogą? Tu nikt nie jeździ – wymamrotała Ula.
- Nawigacja, ale zepsuła się jakieś pięćdziesiąt kilometrów temu, więc nie wiem, czy nie należało gdzieś skręcić – odpowiedział, dokładając kolejną gałąź do ogniska.
- To i tak lepiej, niż gdyby Violka była nawigatorem. Miała takie zamiary – odparła Ula, siadając koło swojego męża na kocu.  Już dawno zrobiło się ciemno. Chcieli przeczekać noc i rano ruszyć na poszukiwanie zasięgu, telefonu bądź jakiegoś przydrożnego warsztatu. Na razie próbowali się nie załamywać.
- A co jeśli jutro nic nie znajdziemy? Przecież to jakaś głusza. Ja nie wiedziałam, że są takie miejsca w Polsce – wymamrotała Cieplakówna, opierając się na ramieniu Marka. – Wiesz, ja już wolę to nasze zimne morze od tego czegoś tutaj – powiedziała.
- Ja wolałbym hotel. W końcu to miał być nasz miesiąc miodowy, prawda? – zamruczał jej do ucha. Delikatnie odgarnął jej włosy z twarzy i złożył delikatny pocałunek na jej ustach, którego ona nie omieszkała nie odwzajemnić. Niestety, nie dane im było zanurzyć się w marzeniach o miesiącu miodowym.
- Odyniec! – wrzasnął Olszański, wypadając z lasu. Za nim biegła umorusana Violetta. Najwidoczniej zahaczyła gdzieś po drodze o gałąź… Gałęzie.
- Dzik! – krzyczała Kubasińska. – Locha!
- Ja mówiłam, że to zły pomysł brać ich na wakacje, a co dopiero po chrust wysyłać – wymamrotała Cieplakówna szybko, podnosząc się błyskawicznie z małej kłody znalezionej w lesie. Pociągnęła za sobą Marka, z którego twarzy można było wyczytać „Zachciało nam się kurde ogniska!”

- Poszła? Poszedł? – pytała przerażona Kubasińska, trzymając się kurczowo ramienia swojego męża.
- Ała! Viola, tipsy mi się wbijają… - jęknął po raz wtóry kadrowy. Jednak jego słowa zdały się na nic. W tym momencie Kubasińska nie miała zamiaru odpuścić. Wyglądała jak przerażona tchórzofretka.
- Nie, nie poszła – odburknęła Ula. – Gdzie wy żeście ją znaleźli?!
- No, gdzie, gdzie. W lesie. Widzisz tu coś innego? - odburknęła Violetta. 
- To nockę mamy z głowy – stwierdził Dobrzański. – A miało być tak pięknie.

- Ula, obudź się – Cieplakówna poczuła na twarzy dłoń Marka. Powoli otworzyła oczy. Nie dotarła do niej jeszcze wczorajsza rzeczywistość.
- Mmm… Nie, ja chcę spać – wymruczała.
- No tak. Tylko ktoś musi wyjść i sprawdzić, czy dzik sobie poszedł – padła stawiająca na nogi odpowiedź. Cieplakówna otworzyła szeroko oczy.  Już wiedziała gdzie jest, z kim jest i co jest nie tak.
- I to mam być ja, że mnie budzicie? – spytała przerażona.
- Nie, żartowałem – odparł Dobrzański. – Zagraliśmy z Sebastianem w papier, kamień, nożyce i wyszło na to, że w aucie zostaje prawdziwy mężczyzna, który was obroni, jakby co.
- Pff… - fuknął kadrowy? – A ja niby to co?
- Jeszcze nie znaleziono takiego słowa, które by cię określało – odpowiedział Dobrzański. – No, dawaj stary – zarządził prezes, po czym Olszański niepewnie otworzył drzwi i wystawił jedną nogę na jezdnię. Chwilę potem znalazła się tam tez jego głowa.
- Juhu! Dziczku! Jesteś tu?! – padło pytanie, na które nie było odpowiedzi. – Nic tu nie ma, Marek – oznajmił Olszański. – Zostawił tylko… No cóż… Ponawoził trochę – zacmokał zniesmaczony kadrowy. – Możecie wyjść. Viola, ty również – powiedział, bo wystraszona Kubasińska skuliła się na tylnym siedzeniu i próbowała się czegoś złapać, by jej mąż nie miał jej zamiaru wyciągnąć na siłę. Nie udało jej się. Po chwili dołączyła do wszystkich na zewnątrz.
- No cóż… Co teraz?

- Matylda! Matylda! Przywiozłem ci tu kolejnych wczasowiczów! – dało się słyszeć w mały gospodarstwie. – Proszę, państwa miastowych, to je Matyldzia – poczciwy staruszek wskazał ręką na poczciwą staruszkę, która wyszła z małego domku, stojącego pośrodku lasu. Nie szło, nie zauważyć, że wokół takich chatek jest więcej – Matyldzia, to są państwo miastowi – powiedział swym nazbyt donośnym głosem Kazimierz, jak się przedstawił.
- Matylda Kremska – odparła kobieta, podając rękę każdemu z gości.
Dobrzański spojrzał na swoją żonę. Olszański zrobił to samo. Już mieli zamiar uciekać do samochodu, który został zholowany przez małą furmanką. Ula i Violetta spojrzały po sobie i błyskawicznie pokręciły głowami.
- Zostajemy – powiedział Ula.
- Ano, bo gdzie wy byście poszli? Do lasu znowu się spotkać z dzikiem? – zachichotał staruszek. – Oj, Matyldziu, wystraszeni oni, jak nikt inny. A najbardziej te dwa ponoć chłopy – powiedział. Kręcąc głową.
- A kto by się nie bał tego naszego leśnego trójkąta bermudzkiego? – zapytała.
- Fakt faktem, samochody to się tu psują ze dwa razy na dzień, więc robię zawsze objazd po lesie, żeby kogo wilki nie zjadły. Wyście mieli szczęście. Spotkaliście tylko Kinię. Małe to to, ale cieka jak szalone. Musicie szybko biegać, skoro żeście zwiali – oznajmił z niemałą radością. – Ale warsztat samochodowy to dochodowy interes jest tutaj. Zresztą, agroturystyka też, a i owszem – powiedział.
- Można się domyślić – mruknął Dobrzański, zastanawiając się, którędy jechało to drugie auto, które ponoć razem z nimi wyrobiło dzienną norm, że go nie zauważyli. A ich furmanki to się ta moc w ogóle nie trzyma pewnie. Dziwne czemu.
- Uwierzysz, że oni stali od naszego domku jakieś pół kilometra, ale żadne się nie ruszyło, żeby się przejść? Obejrzeć okolice?
- No cóż… Toż to miastowi – podsumowała małomówna Matyldzia.
- Myśmy się naoglądali aż za wiele – odparł Sebastian.
- Łot! Przecie widzę. Nie wpychałby swojej żonki pod samochód, gdyby nie był tak wystraszony.  Zresztą, żonka i bez tego by skoczyła – stwierdził uradowany. – A ja bym i tak się zatrzymał.
- Dobrze, bez zbędnej paplaniny – zarządził zirytowany Olszański.
- Łot… Od tej srebrnej furmanki jakiś tysiąc… Bo toć jakiś drogawy sprzęcior.  A od noclegu… Matyldzia, co proponujesz?
- Ile nocek? – spytała szybko.
- A ile potrwa naprawa samochodu? – spytała Ula.
- Jak dla was po przegonieniu przez loszkę, to ze trzy dni – powiedział staruszek.
- Hmm… Razem z jakieś trzy tysiączki – powiedziała Matylda po zastanowieniu. – Płacicie kartą, czekiem czy gotówką? – padło pytanie.

- Tato, a puenta albo morał tej bajki? – spytał chłopiec. – Mama zawsze ma.
- Zawsze rób przegląd przed dłuższą jazdą – odparł mężczyzna. [i]No cóż, to jest morał. A puenta jest inna. Dziewięć miesięcy później urodziłeś się ty, ale tego nie musisz wiedzieć.
– No, teraz musisz już zasnąć.
- Dobrze, tato. I wiesz co?
- Tak?
- Jak będę duży, to też chcę przeżyć taką przygodę – odpowiedział chłopak.
- Wydaje mi się, że nie chcesz – odparł ojciec, głaskając synka po głowie.
- Chcę! – krzyknął chłopiec.
- No dobrze… - Tylko nie puentuj tak jak tatuś. Przynajmniej nie przed ślubem. – A teraz śpij.
[/i]

Offline

 

Stopka forum

Powered by PunBB© Copyright 2002–2018 PunBB
statystyka