BrzydULA - jedyne forum fanów serialu

Forum dyskusyjne miłośników serialu "BrzydULA"

Nie jesteś zalogowany.

#1 2011-10-18 22:10:03

Strychnine
Szef nocnej zmiany
Od: Ravenclaw
Zarejestrowany: 2009-04-09
Posty: 12582
Serwis

How's That, House?

W związku z moją fazą na House'a, a konkretniej rzecz biorąc na Hugh Lauriego samego w sobie i w każdym wcieleniu, mój dawno niewidziany wen powrócił, mam nadzieję na dłużej, w pod nową postacią. Postanowiłam spróbować czegoś nowego... No i oto jest efekt mojej pracy. Na razie niewiele, bo chcę się najpierw zorientować, czy to w ogóle ma ręce i nogi. Liczę na konstruktywną krytykę, bo noszę się z zamiarem rozszerzenia ewentualnej docelowej grupy odbiorców, a wam i waszym opiniom ufam big_smile

Życzę miłego czytania smile

(Kurde, znowu czuję ten dreszczyk emocji big_smile Z twórczością BrzydUlową byłam obcykana, nie było takiego ryzyka przy dodawaniu czegoś nowego big_smile)


Chapter One:
Over the Puddle.

- Wilson, przypomnij mi, proszę, co my tutaj robimy?
- Zostaliśmy oddelegowani przez Cuddy do reprezentowania Princeton Plainsboro na międzynarodowej konferencji kardiologicznej.
- Wszystko pięknie, tylko jakiś taki cichy głosik z tyłu mojej głowy podpowiada mi, że ani ty, ani ja nie jesteśmy kardiologami. Chyba że o czymś nie wiem i po przedawkowaniu opioidów wylądowałem na kolejnej specjalizacji.
- Przypominam ci, że ten wyjazd to nie nagroda za dobre sprawowanie, a wręcz przeciwnie. A ja tu jestem tylko jako...
- Cerber? – wtrącił Gregory.
- Jako organ nadzorujący cię i pilnujący, żebyś uczestniczył we wszystkich najnudniejszych wykładach przez caluśki tydzień. Mam również pilnować, żebyś na żadnym z nich nie zasnął, a w razie gdyby ci się jednak ta sztuka udała, mam cię dźgać ołówkiem w każdą część twojego ciała, jaka mi się napatoczy. Nawet dostałem służbowy ołówek. – James poklepał się po piersi, gdzie w wewnętrznej kieszeni marynarki znajdowało się owo złowieszcze piśmiennicze narzędzie. – Oraz temperówkę.
- I to wszystko za zepsucie jednego defibrylatora...
- House... To był nowiuśki defibrylator podarowany nam przez fundację...
- No co? Czy to moja wina, że mikrofalówka w lekarskim się popsuła? – Greg przybrał na twarz wyraz głębokiego oburzenia z przebijającą się lekką nutką zdziwienia. – I skąd ja niby miałem wiedzieć, że podgrzewanie burrito na elektrodach popsuje całe urządzenie?
- I spali instalację elektryczną na całym piętrze.
- Instalacja, instalacja! – oburzył się House. – A co ze mną? Musiałem zjeść na wpół spalone, ale za to zimne w środku burrito. No, nareszcie!
Pracowniczka obsługi lotów przyniosła skonfiskowaną przy odprawie laskę Grega, który natychmiast wyrwał jej ją z rąk z siłą szarżującego nosorożca. Wilson odetchnął z ulgą, bo jego przyjaciel kategorycznie odmówił bycia przetransportowanym do samolotu przy pomocy wózka inwalidzkiego, zarzekając się, że to uwłaczałoby jego godności. Od momentu, kiedy zabrano mu laskę, cały ciężar swojego niemałego skądinąd ciała opierał na słaniającym się Jamesie. Kiedy laska została zwrócona właścicielowi, szef departamentu onkologii Princeton Plainsboro Teaching Hospital urósł o kilkanaście centymetrów, wracając do stanu wyjściowego.
- Witamy w Wielkiej Brytanii, panie House – rzekła inna pracowniczka lotniska, spoglądając w jego dokumenty.
- Doktorze House – prychnął Greg, prężąc się i pusząc z pychy wynikającej z wykonywania tak godnego podziwu zawodu. – Wilson, przypomnij mi, żebym zabrał Chase’a następnym razem, jak będę się wybierał do Królestwa na Opak. Nie rozumiem tego ich brytolskiego bełkotu.
- Chase jest Australijczykiem.
- Szwargocze podobnie, poza tym jego urok osobisty wyraża więcej niż słowa. Zakręci się, uśmiechnie, potrzepocze trochę tymi długimi, seksownymi rzęsami i wszyscy jedzą mu z ręki. Może dzięki niemu udałoby się nam uruchomić jakiś kanał przemytniczy.
Panowie odebrali swoje bagaże i wynajęli taksówkę. Nie obyło się oczywiście bez komentarzy Gregory’ego na temat kierunku poruszania się po drogach przez cywilizowanych ludzi w cywilizowanym, Nowym Świecie i zanim dotarli do hotelu taksówkarz, rodowity londyńczyk z matki Polki i ojca Hindusa, był już cały czerwony na twarzy z wściekłości i znajdował się dosłownie o krok – a może raczej o koniuszki palców u stóp – od wybuchnięcia i zbluzgania tego zarozumiałego jankesa na czym świat stoi.
- Witamy w hotelu...
- Macie w ofercie dziewczynki na telefon czy sam muszę się tym zająć? – wypalił House do lekko wystraszonej dziewczyny w hotelowej recepcji. – Może mi pani zapisać numer? Oczywiście nie do pani – dodał, czując na karku lodowate i ostre niczym wyjątkowo dorodne sople spojrzenie Wilsona. – Nie podejrzewałbym pani o nic takiego. Chociaż z takim tyłeczkiem... – dodał, przechylając się przez ladę, żeby przyjrzeć się trochę dokładniej wdziękom dziewczyny.
- Pan wybaczy!
- Bardzo panią przepraszam, kolega przyjechał tutaj na konsultację psychiatryczną – zaczął tłumaczyć James, spoglądając na nią zawstydzonym wzrokiem i uśmiechając się krzywo. – Beznadziejny przypadek, ale rodzina się uparła i nie zgadza się na uśpienie go. House! – syknął do przyjaciela, gdy siłą odciągnął go w stronę windy, dokonawszy rejestracji. – Nie wrócimy wcześniej, choćbyś narobił mi nie wiem jak niewiarygodnego kwasu.
- Nawet, jak będę się wszystkim przedstawiał jako James Wilson i narobię tego kwasu na twoje konto?
- Cuddy obiecała mi wysokie odszkodowanie za wszelkie straty, zarówno materialne, jak i moralne, jakie mogę ponieść przez najbliższy tydzień. Nie złamiesz mnie. I zajmuję łóżko od okna – dodał, kiedy popchnął drzwi do pokoju, który mieli dzielić razem przez całe siedem dni.  Westchnął ciężko i wszedł do środka. Podszedł do wybranego przez siebie posłania i położył na nim swój bagaż. Podczas gdy rozpinał suwak w swojej walizce, House rozglądał się z uwagą po pokoju z miną, po której można było wnioskować, że zastanawia się nad czymś usilnie. Po chwili namysłu podszedł do Wilsona i odchrząknął.
- Jestem kaleką.
- A ja mam kolekcję kapsli od piwa w pudełku po butach na najniższej półce szafy. Coś jeszcze w temacie „Kilka ciekawostek o...”?
- Jestem kaleką, a tu jest łazienka – Greg wskazał na drzwi, znajdujące się naprzeciw wybranego przez Jamesa łóżka.
- I w związku z tym...?
- W związku z tym albo zabierzesz swoje bambetle z tego wyra, albo sam cię z niego eksmituję. Chyba że wolisz, żebym w nocy wyrżnął zębami o ziemię, kulejąc przez cały pokój z pełnym pęcherzem. Albo po prostu lubisz zapach świeżego moczu na wykładzinie o poranku.
Wobec tak ciężkiej artylerii argumentów przyjaciela James był bezradny. Wzruszył tylko ramionami, westchnął, mruknął pod nosem coś na kształt „jak zwykle”, po czym zebrał swoje rzeczy i przełożył je na drugie łóżko. Gdy tylko to uczynił, House zwalił się w pełnym oporządzeniu na czystą pościel i założył nogę na nogę. Nie przyszło mu nawet do głowy, by zdjąć buty.
- Rozpakuj i moje rzeczy, skoro już jesteś przy szafie, co? – rzucił niedbale, kręcąc w powietrzu młynka swoją laską, raz czy dwa zaledwie o milimetry mijając lampkę nocną na szafce obok łóżka. – A ja w tym czasie sprawdzę hotelową ofertę kanałów dla dorosłych – dodał, sięgając po leżącego nieopodal pilota od telewizora.
- House, te kanały są płatne, wiesz o tym?
- Doskonale zdaję sobie z tego sprawę.
- Świetnie – uciął James, licząc, że w ten sposób rozwiązał problem. Greg nigdy nie należał do ludzi szczególnie rozrzutnych. Chyba że w grę wchodziło trwonienie cudzych pieniędzy, ale w tym wypadku nie było w okolicy żadnego frajera, którego mógłby w ten sposób wykorzystać. Tak się przynajmniej Jamesowi wydawało. – Idę wziąć prysznic. Ciepła woda jest wliczona w cenę pokoju, tego sobie żałować nie musisz. Mogę ci nawet pożyczyć mydło.
- Insynuujesz coś? – fuknął House, unosząc się na łóżku i opierając ciężar ciała na łokciach. – Twierdzisz, że jestem brudasem?
- Nie. Po prostu sądzę, iż ludzie, którzy przyjdą na jutrzejszą konferencję nie są, w przeciwieństwie do nas wszystkich w Princeton, przyzwyczajeni do twojego naturalnego smrodku.
Gdy tylko drzwi łazienki zamknęły się za Wilsonem w akompaniamencie cichego kliknięcia klucza, Gregory rzucił się w kierunku szafy i jął przeszukiwać kieszenie spodni przyjaciela. Nie minęło parę sekund, a znalazł to, czego chciał. Niewielki, plastikowy prostokącik, a jaka wielka moc. Na twarzy mężczyzny zajaśniał uśmiech. Wrócił na swoje łóżko i pogłośnił telewizor.

- No to co mamy dzisiaj w programie? Innymi słowy, wykładu o jakiej tematyce nie mam zamiaru słuchać?
Wilson spojrzał na zegarek, a potem ze szczerym zainteresowaniem zaczął studiować program konferencji. Nie przyłożył nawet wielkiej uwagi do identyfikatora, który wręczył mu House. Chwilę wcześniej nie zarejestrował też momentu, w którym odebrał on przeznaczone dla nich plakietki z przygotowanego w tym celu stoiska.
- Za piętnaście minut – zaczął, bezmyślnie przypinając identyfikator do klapy marynarki – ma się zacząć wykład o nowych, mniej inwazyjnych metodach leczenia...
- Ty tak na serio? – spytał Greg, usilnie próbując wygrzebać coś ze swojego przepastnego, nieodłącznego plecaczka, w którym zawsze miał cały wachlarz wszelkiego rodzaju rozrywek. – Wcale nie oczekiwałem odpowiedzi na moje pytanie. To jest tak zwane pytanie retoryczne, mój drogi. Ej! – wykrzyknął, po czym, wyraźnie wzburzony, odwrócił plecaczek do góry dnem i wysypał całą jego zawartość na posadzkę, zwracając na siebie uwagę wszystkich dookoła. – Gdzie moja przenośna konsola?
- Skonfiskowana. I pozbieraj swoje zabawki, nie jesteśmy w piaskownicy. Zaraz nas stąd wyrzucą.
- Nie miałbym nic przeciwko – burknął House, klękając niezdarnie na podłodze i wrzucając do plecaka zeszyt z krzyżówkami, sudoku, kostkę Rubika i flakonik vicodinu. – Cholera jasna, ołówek też mi zabrałeś?! Przecież robiąc sudoku nikomu bym nie przeszkadzał.
- To jest wyraźne polecenie Cuddy. Masz tam siedzieć i nudzić się jak mops.
- Panie doktorze? Proszę pana?
Ktoś za ich plecami próbował zwrócić na siebie czyjąś uwagę. Kiedy obaj z zaciekawieniem odwrócili wzrok w stronę, z której dochodziło wołanie, okazało się, że co najmniej kilka par oczu wlepionych było w Jamesa, a zdziwienie na twarzach ich właścicieli powoli przechodziło w podejrzliwość.
- J-ja? – upewnił się Wilson, wskazując na siebie samego palcem i unosząc brwi z zaskoczenia.
- Tak, do pana mówię – rzekł obco brzmiącą angielszczyzną mężczyzna koło sześćdziesiątki, zbliżając się do nich powoli. House odsunął się od przyjaciela o parę milimetrów. – Jak się pan nazywa?
- James Wilson, jestem szefem departamentu onkologii w PPTH w New Jersey... A o co...?
- To dlaczego ma pan przypiętą do klapy plakietkę z napisem „Johannes Wagner”? Nie jest pan Niemcem, prawda?
- Nie, ale... – jęknął James, spoglądając na napis i próbując go odszyfrować do góry nogami. Podniósł wzrok i uśmiechnął się krzywo. House odsunął się o kilka centymetrów.
- Ten identyfikator należy do mnie, szanowny panie.
- Tak, ja przepraszam, zaszła pomyłka... – Kolejnych parę centymetrów. O kilka za dużo, by nie zostało to zauważone. James nagle przypomniał sobie o jego istnieniu i spojrzał w jego stronę, ciskając z oczu gromy.
- House!
- Ups – mruknął Greg, zasłaniając usta dłonią w ostentacyjnym wyrazie zaskoczenia. – Zostawiłem okulary do czytania w innych spodniach, a wasze nazwiska wyglądają podobnie. Te same inicjały, wiecie... To ty to wyjaśnij, a ja w tym czasie pójdę po coś do picia. Sayonara!
- House! Stój! – wrzasnął James, ale on oddalał się już tak szybko, jak tylko pozwalała mu na to boląca noga. Podczas gdy onkolog próbował wyjaśnić zaistniałą sytuację, odnaleźć plakietkę ze swoim nazwiskiem w stosie innych i za wszelką cenę udowodnić, że nie jest oszustem, House był już kilka kroków od wyjścia, zmierzając do nich z zamiarem ulotnienia się pierwszą przejeżdżającą nieopodal taksówką i wybrać się na wycieczkę po Londynie. Nie od parady włożył sporo wysiłku w to, by w niezauważony sposób gwizdnąć przyjacielowi kartę kredytową, kiedy ten brał prysznic poprzedniego wieczora. Zamierzał ją bowiem wykorzystać na wszystkie najgłupsze rzeczy, jakie by mu tylko przyszły do głowy i były możliwe do zrealizowania w tym wielkim mieście. Jego plan ucieczki wydawał się być doskonały. Nie przewidywał tylko jednej ewentualności. Że coś może pójść nie tak.


FOM SEMUMIUWW AfF FSiJPH SNiSUM&UwS GNAJ DORIS MDUC

This is my timey-wimey detector. It goes ding when there’s stuff. - The Doctor

Offline

 

2011-10-18 22:10:03

Cindy
Najlepsza doradczyni na forum

#2 2011-10-18 23:31:20

Papuka
Wesołych Świąt!!!
Od: 100lica/Piaseczno
Zarejestrowany: 2009-04-08
Posty: 32911

Re: How's That, House?

Strychnine napisał:

W związku z moją fazą na House'a, a konkretniej rzecz biorąc na Hugh Lauriego samego w sobie i w każdym wcieleniu, mój dawno niewidziany wen powrócił, mam nadzieję na dłużej, w pod nową postacią. Postanowiłam spróbować czegoś nowego... No i oto jest efekt mojej pracy. Na razie niewiele, bo chcę się najpierw zorientować, czy to w ogóle ma ręce i nogi. Liczę na konstruktywną krytykę, bo noszę się z zamiarem rozszerzenia ewentualnej docelowej grupy odbiorców, a wam i waszym opiniom ufam big_smile

WIEDZIAŁAM!!!




Chapter One:
Over the Puddle.


Strychnine napisał:

- Wszystko pięknie, tylko jakiś taki cichy głosik z tyłu mojej głowy podpowiada mi, że ani ty, ani ja nie jesteśmy kardiologami. Chyba że o czymś nie wiem i po przedawkowaniu opioidów wylądowałem na kolejnej specjalizacji.

Tak po przedawkowaniu wikodyny Grzegorz mógł zrobić dowolną specjalizacjębig_smile

Strychnine napisał:

Nawet dostałem służbowy ołówek. – James poklepał się po piersi, gdzie w wewnętrznej kieszeni marynarki znajdowało się owo złowieszcze piśmiennicze narzędzie. – Oraz temperówkę.

buaaaahahahaha wyobraziłam sobie Wilsona z ołówkiem big_smile

Strychnine napisał:

- I to wszystko za zepsucie jednego defibrylatora...
(...)
- No co? Czy to moja wina, że mikrofalówka w lekarskim się popsuła?

buaaahahahahaha



Strychnine napisał:

rodowity londyńczyk z matki Polki i ojca Hindusa, był już cały czerwony na twarzy z wściekłości i znajdował się dosłownie o krok – a może raczej o koniuszki palców u stóp – od wybuchnięcia i zbluzgania tego zarozumiałego jankesa na czym świat stoi.

rodowity londyńczyk lx

Strychnine napisał:

- Witamy w hotelu...
- Macie w ofercie dziewczynki na telefon czy sam muszę się tym zająć? – wypalił House do lekko wystraszonej dziewczyny w hotelowej recepcji. – Może mi pani zapisać numer?

Cały Grzegorz ^^

Strychnine napisał:

- Bardzo panią przepraszam, kolega przyjechał tutaj na konsultację psychiatryczną – zaczął tłumaczyć James, spoglądając na nią zawstydzonym wzrokiem i uśmiechając się krzywo. – Beznadziejny przypadek, ale rodzina się uparła i nie zgadza się na uśpienie go.

Wilson to potrafi z każdej sytuacji wyjśćbig_smile

Strychnine napisał:

House rozglądał się z uwagą po pokoju z miną, po której można było wnioskować, że zastanawia się nad czymś usilnie. Po chwili namysłu podszedł do Wilsona i odchrząknął.
- Jestem kaleką.

Mina z cyklu, myślę co tu nabroić? big_smile

Strychnine napisał:

- Jestem kaleką, a tu jest łazienka – Greg wskazał na drzwi, znajdujące się naprzeciw wybranego przez Jamesa łóżka.
- I w związku z tym...?
- W związku z tym albo zabierzesz swoje bambetle z tego wyra, albo sam cię z niego eksmituję. Chyba że wolisz, żebym w nocy wyrżnął zębami o ziemię, kulejąc przez cały pokój z pełnym pęcherzem. Albo po prostu lubisz zapach świeżego moczu na wykładzinie o poranku.

Dałabym sobie głowę obciąć, że Grześ zrobiłby tak celowo big_smile



Strychnine napisał:

Gregory rzucił się w kierunku szafy i jął przeszukiwać kieszenie spodni przyjaciela. Nie minęło parę sekund, a znalazł to, czego chciał.

hahahahaha


Strychnine napisał:

Ej! – wykrzyknął, po czym, wyraźnie wzburzony, odwrócił plecaczek do góry dnem i wysypał całą jego zawartość na posadzkę, zwracając na siebie uwagę wszystkich dookoła. – Gdzie moja przenośna konsola?
- Skonfiskowana. I pozbieraj swoje zabawki, nie jesteśmy w piaskownicy. Zaraz nas stąd wyrzucą.

W tym momencie aż prosi się aby Grześ zaczął tłuc laską o podłogę i skandować, że chce swoją konsolę big_smile

Strychnine napisał:

- Nie miałbym nic przeciwko – burknął House, klękając niezdarnie na podłodze i wrzucając do plecaka zeszyt z krzyżówkami, sudoku, kostkę Rubika i flakonik vicodinu. – Cholera jasna, ołówek też mi zabrałeś?! Przecież robiąc sudoku nikomu bym nie przeszkadzał.

suDokó??

Strychnine napisał:

- Tak, do pana mówię – rzekł obco brzmiącą angielszczyzną mężczyzna koło sześćdziesiątki, zbliżając się do nich powoli. House odsunął się od przyjaciela o parę milimetrów. (...)
House odsunął się o kilka centymetrów.

padłam big_smile


Strychnine napisał:

- Ups – mruknął Greg, zasłaniając usta dłonią w ostentacyjnym wyrazie zaskoczenia.

buuuuaaaahahahahaha

Strychnine napisał:

Jego plan ucieczki wydawał się być doskonały. Nie przewidywał tylko jednej ewentualności. Że coś może pójść nie tak.

Dokó I loBe you big_smile

Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!


"rżnęli się jak dwie oszalałe siekiery" by słonió big_smile
"Na końcu świata, pośród oceanu niezapominajek, dwie dusze odnalazły się nawzajem." by Mlawer...
"Hold me close and hold me fast The magic spell you cast This is la vie en rose" "La vie en rose"

Offline

 

#3 2011-10-19 11:01:03

MEG1984
Prawie jak Papuka
Od: zachodniopomorskie
Zarejestrowany: 2009-12-02
Posty: 6290

Re: How's That, House?

Strychnine wiedziałam, że twoje dołączenie do grona fanek Grega House’a będzie znamienne w skutkach big_smile Jak widać się nie pomyliłam. Dawno nie czytałam nic co by mnie doprowadziło do takiego ataku śmiechu. To opowiadanie świetnie się sprawdzi jako sposób na jesienną chandrę.
Poza tym bardzo mi się podoba, że to opowiadanie jest takie house’owe. Postaci są jakby żywcem wyjęte z serialu. Przypomniał mi się odcinek w czasie którego Wilson i House byli na konferencji i oczywiście mieszkali w jednym pokoju. Ciekawe czy u Ciebie też Greg uśpi przyjaciela i zabierze mu spodnie, czy też wymyśli coś jeszcze ciekawszego big_smile

Strychnine napisał:

Jego plan ucieczki wydawał się być doskonały. Nie przewidywał tylko jednej ewentualności. Że coś może pójść nie tak.

Cóż jedno Gregowi można przyznać – lubi stawiać na swoim i doskonale potrafi manipulować ludźmi by zawsze wyszło na jego. Strasznie jestem ciekawa co też mogło nie pójść po myśli House’a i co się wydarzy podczas pobytu w Londynie. Wiem, że na pewno będzie ciekawie.

Papuka napisał:

Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!
Ja chcę więcej!

Popieram!

Pozdrawiam i życzę żeby wen Cię nie opuszczał kiss


Kiedy rodzi się człowiek z nieba spada dusza i  rozpada się na dwie części.
Jedna z nich trafia do kobiety, druga do mężczyzny.
Życie polega na odnalezieniu tej drugiej połowy, połowy swojej duszy, połowy samego siebie...
I believe in SH. I AM SHERLOCKED.

Offline

 

#4 2011-10-19 22:49:24

Beja
Kochanka Marka
Zarejestrowany: 2009-06-12
Posty: 4427

Re: How's That, House?

Ależ ja dawno nie czytałam niczego twojego autorstwa! tongue

Podobało mi się, momentami mega śmiesznie big_smile
Ale szczerze, to mam wrażenie, że to jest bardziej napisane w twoim stylu niż w stylu House'a, jeśli mnie rozumiesz. Niektóre kwestie brzmiały sztucznie, choć inne były świetne. Miałam wrażenie, że czytam kolejne brzydulowe opo...

Jednak z chęcią przeczytam, co się działo dalej wink

Offline

 

#5 2011-10-19 23:08:04

Strychnine
Szef nocnej zmiany
Od: Ravenclaw
Zarejestrowany: 2009-04-09
Posty: 12582
Serwis

Re: How's That, House?

Chcąc, nie chcąc, wszystko, co napiszę zawsze będzie w moim stylu big_smile Ale dziękuję za szczerą opinię smile

Papó mnie pogania, nie wiem, czy słusznie, bo do tego rozdziału nie jestem już tak przekonana, jak do pierwszego. Ale jest za to trochę dłuższy big_smile I zaznaczam, sama nie wiem, w jaką stronę to zmierza big_smile To opowiadanie żyje własnym życiem big_smile


Chapter Two:
The Outcast

- House, wracaj tu!
Greg wcale nie zamierzał udawać, że nie słyszy. Przeciwnie, wolał dobitnie pokazać, że słyszy wszystko głośno i wyraźnie, ale nic sobie z tego nie robi. Wciąż konsekwentnie i z determinacją pruł i przeciskał się przez tłum lekarzy z różnych stron świata, raz po raz odwracając głowę w kierunku, z którego dochodziły odgłosy pościgu, nie zważając na różne stopnie zdziwienia wyrażane przez okrzyki, bluzgi i wszelkiego rodzaju inne dźwięki, jakie wydać może z siebie ludzkie ciało, gdy się je znienacka staranuje. Był już w połowie drogi do upragnionego wyjścia, kiedy usłyszał, że głosy, które podnosiły się znacząco, gdy chwilę wcześniej brutalnie przemieszczał się obok ich właścicieli, zaczęły wchodzić na wyższe rejestry po raz kolejny, najwyraźniej z przyczyny odmiennej od wysokiego faceta czerpiącego wielką satysfakcję z następowania laską na palce u stóp obcych ludzi. House próbował przyspieszyć, ale ta nowa fala protestów i przepychanek była już coraz bliżej.
- Gregory House, jeśli natychmiast się nie zatrzymasz, osobiście załatwię ci miliard dodatkowych godzin w przychodni!
Zdezorientowani zaistniałą sytuacją postronni obserwatorzy nagle zrozumieli, że najprawdopodobniej dzieje się coś, co dziać się nie powinno. Nie byli w stanie ocenić, w czym tkwił problem, ale coś w dzikim wyrazie twarzy diagnosty z New Jersey sprawiło, że uznali go za wybitnie podejrzanego, w wyniku czego zdecydowali się wziąć sprawy w swoje ręce i zatrzymać go za wszelką cenę, by dowiedzieć się, skąd to całe zamieszanie. Nikt przecież nie ucieka bez powodu. Na pewno ma coś na sumieniu. W jednej chwili gonitwa jednego onkologa za jednym nefrologiem przeistoczyła się w istną nagonkę całego tłumu lekarzy różnych specjalizacji za jednym, nie w pełni sprawnym fizycznie osobnikiem tego gatunku. Właśnie tego House nie przewidział. Psychologii tłumu. Pluł sobie w brodę, bo przecież na ludziach znał się jak mało kto, ale było już za późno, by cokolwiek zmienić. Spalił za sobą wszystkie mosty. Przecież nie zatrzyma się teraz ot tak i nie powie, że znudziła mu się ta zabawa. Albo nie zacznie udawać głupka, który nie wie, o co w tym wszystkim chodzi. Podjął decyzję o ucieczce i tego musiał się trzymać.
Greg dopadł stolika, przy którym dokonywało się rejestracji i jednym sprawnym ruchem przewrócił go tuż pod nogi ścigającego go tłumu, zrzucając wszystko, co się na nim znajdowało. Szarżujący z pierwszych szeregów zaczęli się ślizgać na długopisach, kartkach i identyfikatorach, w efekcie domina przewracając kolejne rzędy podążające tuż za nimi. Krzyk Wilsona zniknął gdzieś w ferworze walki, więc Greg znowu pruł naprzód, będąc pewnym swojego zwycięstwa. Na ułamek sekundy odwrócił głowę, by triumfalnie spojrzeć na swoje dzieło w postaci kotłujących się na podłodze medyków z całego świata, kiedy nagle jego ciało napotkało opór. Nie była to ściana, tylko coś znacznie mniejszego i bardziej miękkiego. Oraz zdecydowanie zbyt mokrego.
Nawet nie zauważył chwili, w której wylądował na podłodze, mokry, klejący i otoczony zewsząd rozwścieczonymi kolegami po fachu. To ostatnie zarejestrował dopiero po kilku chwilach, wydedukował więc, że na krótką chwilę, nie dłuższą niż czas potrzebny na mrugnięcie okiem, stracił przytomność. Tuż nad jego głową nagle pojawiła się czerwona z wściekłości i wstydu twarz Jamesa.
- Tym razem przegiąłeś. Co to, do cholery, miało znaczyć, House?! – wrzasnął głośniej, niż było to konieczne z racji niewielkiej odległości jego aparatu mowy od narządu słuchu przyjaciela. – Zdemolowałeś cały korytarz! – W chwili, gdy Wilson wypowiadał ostatnie słowo, na jego głowę sfrunęła jakaś naddarta kartka, prawdopodobnie formularz rejestracyjny jednego z uczestników. – I prawie zabiłeś tę biedną dziewczynę!
Greg uniósł głowę i poznał wreszcie powód, dla którego wywinął pięknego orła na oczach tego szlachetnego gremium lekarskiego. Dosłownie pół metra od niego zbierała się niezdarnie z podłogi młoda dziewczyna w uniformie, która odpowiedzialna była za rozdawanie programów konferencji i ulotek informacyjnych. Obok niej leżał na podłodze plastikowy kubek, pusty, bo jego zawartość – bardzo słodki i bardzo lepiący napój gazowany – znajdował się na dziewczynie, na House’ie, na podłodze, słowem wszędzie, tylko nie tam, gdzie znajdować się powinien.
- Dziewczyno, zdajesz sobie sprawę, co zrobiłaś? – prychnął House w kierunku przerażonego dziewczęcia. – Właśnie nikczemnie udaremniłaś mój genialny plan ucieczki. Szczerze gratuluję, nic dziwnego, że zajmujesz się rozdawaniem ulotek, do tego nie trzeba zbyt wiele inteligencji...
- House, opanuj się – skarcił go James, spoglądając ze współczuciem na dziewczynę, która przez łzy wymamrotała jakieś przeprosiny. – Przepraszam wszystkich państwa za zamieszanie – zwrócił się do otaczającego ich tłumu. – Proszę mi wybaczyć, ten człowiek nie jest wariatem, tylko wybitnym diagnostą, któremu czasem coś odbija. Uroki geniuszu, rozumieją państwo... A z tobą – syknął ledwie słyszalnie prosto w ucho sprawcy całego tego wydarzenia – policzę się później. A teraz wstaniesz, przeprosisz panią za swoje zachowanie i pójdziesz na wykład jak grzeczny chłopiec.
- Ale...
- Bez dyskusji!
- Ale ja się cały lepię!
- Było patrzeć, gdzie leziesz!
- Muszę się przebrać!
- Myślałby kto, że z ciebie taki czyścioch! Wstawaj, no już!
W związku z brakiem reakcji ze strony przyjaciela Wilson był zmuszony sam podjąć pewne kroki. Wstał, chwycił drugi koniec laski, którą kurczowo trzymał Greg, zaparł się nogami o ziemię i z całych sił pociągnął. Nie zdołał wymusić na House’ie zmiany pozycji z horyzontalnej na wertykalną. Jedynym efektem, jaki osiągnął, było przesunięcie się jego stuosiemdziesięciopięciocentymetrowego ciała o kilka milimetrów. Uścisk na drugim końcu laski jednak nie zelżał ani o krztynę, co James wziął za dobrą monetę. Postanowił, że choćby miał go w ten sposób dotransportować aż do sali wykładowej, zrobi to, centymetr po centymetrze ciągnąć go po podłodze.
- Ratunku, ten wariat chce pozbawić kalekę laski! – wrzasnął House, ale nikt nie zwrócił na jego lament większej uwagi. Wszyscy byli zdegustowani jego zachowaniem i nie mieli najmniejszego zamiaru w jakikolwiek sposób mu pomagać.
- Byłoby łatwiej, gdybyś po prostu przestał zachowywać się jak dziecko!
- Mamuuusiuuu!
- House, cholera jasna, trochę godności!
Na te słowa Gregory wreszcie zareagował. Jęcząc i skomląc ostentacyjnie podniósł zadek z podłogi, po czym zaczął oceniać stan swojego ubrania. Ku swojej wściekłości stwierdził, że słodki napój nie ominął jego spodni na wysokości krocza.
- No pięknie. Przecież nie mogę tak się ludziom pokazać.
- Ci ludzie tutaj widzieli już znacznie więcej z twojego repertuaru. Popisałeś się, nie ma co. A teraz do środka.

- Nie śpij.
- Toż ja przecież nie śpię. Czuwam z zamkniętymi oczami. To chyba jeszcze nie zbrodnia.
- Nie, ale jest to wystarczający pretekst do dźgnięcia cię ołówkiem między żebra.
- Co miałeś z anatomii na studiach, co? – żachnął się House. – Oczy, o ile mi wiadomo, nie są narządem słuchu – dodał, po czym założył sobie ręce na piersi i zapadł się głębiej w fotel. – I przestań już wreszcie nawijać jak przekupa na straganie, zagłuszasz mi ten wciągający wywód.
- Wykład skończył się trzy minuty temu.
- Poważnie? – wykrzyknął Greg, czym ponownie zwrócił na siebie uwagę dużej części sali. – Tak się nad nim zadumałem, że nawet tego nie zauważyłem. Szkoda, głos tego pana z Australii przypominał mi dom... – Chlipnął i donośnie pociągnął nosem. Na mównicę wszedł jeden z gospodarzy konferencji, który przedstawił się wcześniej jako doktor Robinson. Zastukał palcem w mikrofon na pulpicie, odchrząknął i przemówił jowialnie.
- Szanowne koleżanki i drodzy koledzy! Mam zaszczyt zaprosić teraz na mównicę wielką nadzieję brytyjskiej oraz, miejmy nadzieję, europejskiej, a może nawet światowej medycyny...
- ... ale żeby dorównać ufoludkom będzie musiała jeszcze trochę popracować...
- ... naszą świeżo upieczoną absolwentkę wydziału medycyny na Uniwersytecie Londyńskim, panią Catherine Johnson, która przedstawi nam wynik swojej niezwykle ciekawej pracy badawczej na temat...
- To nie będzie przerwy na siku? – rzucił do Wilsona House teatralnym szeptem. – Zapowiada się fascynująco...
- Nawet nie próbuj odpływać w krainę marzeń, bo nie zawaham się tego użyć – ostrzegł go przyjaciel, wymachując mu ołówkiem przed oczami. Włożył wiele wysiłku, by zaostrzyć go do granic możliwości. Ale groźba ta okazała się zbędna. House już na wstępie miał przeczucie, że coś będzie się działo.
Catherine od początku nie radziła sobie najlepiej. Najpierw wchodząc na podest upuściła wszystkie notatki, które rozsypały się po podłodze. Na jej czole pojawiły się kropelki nerwowego potu, gdy próbowała ułożyć papiery w kolejności chronologicznej. Potem miała problem natury technicznej, ponieważ rzutnik odmówił posłuszeństwa. Kiedy jednak udało jej się wszystko włączyć, przeszła do odczytywania refertu. Na początku wszystko szło całkiem nieźle, aż do momentu, kiedy doszła do omawiania statystyk. Wtedy już nie tylko Greg zaczął przyglądać się jej z uwagą.
- Na następnym slajdzie zobaczą państwo dane dotyczące Europy... A nie, to akurat jest Azja... Gdzieś mi się ten slajd zapodział... albo zapomniałam go załadować, proszę mi wybaczyć – uśmiechnęła się krzywo zażenowana wielka nadzieja medycznego świata. – Nie wiem, jak to się mogło stać... – Patrzyła tępo na ekran, jakby pierwszy raz w życiu widziała wykres, który się na nim pokazał.
- Co stres może zrobić z człowiekiem – szepnął ktoś do sąsiada dwa rzędy od House’a i Wilsona. – Ta dziewczyna to podobno jakiś geniusz, tak przynajmniej twierdzi Robinson. Niesłychane, tak pogubić się we własnej prezentacji.
- Taa... – szepnął do siebie Greg tak, że nawet siedzący tuż obok James tego nie usłyszał. Od kilkunastu minut wzrok miał jednak skierowany w zupełnie inne miejsce.
- Jestem pewny, że doktor Johnson jest w stanie przytoczyć rzeczoną statystykę z pamięci, prawda? – wtrącił nagle doktor Robinson, trzęsąc się na całym ciele. Nie wiadomo było tylko, czy to wściekłość, czy jakiś atak.
Catherine natychmiast przestała majstrować przy prezentacji multimedialnej i z paniką w oczach spojrzała na swojego mentora. Ona również cała się trzęsła.
- Tam było mnóstwo cyferek... – wypaliła.
- Nie chodzi o dokładne dane, ale o tendencje, jakie tam zachodzą. Tendencje.
- A ja mam pytanie.
- House, zamknij się... – Ale ręka Grega już wystrzeliła w powietrze jak rakieta.
- Tak, prosimy! – krzyknął Robinson, węsząc szansę na wyjście z twarzą z tej żenującej sytuacji. – Pan ma pytanie, tak, panie...?
- Eric Foreman, Princeton Plainsboro. Tak naprawdę to nie pytanie, a raczej sugestia. Sugerowałbym bowiem, żeby następnym razem, jak ukradnie pani komuś czyjąś pracę naukową, najpierw ją pani chociaż raz przeczytała. Tak na wszelki wypadek, żeby choć trochę orientować się w temacie.
Wbrew pozorom wypowiedź Grega nie wywołała fali oburzonych głosów w obronie młodej lekarki, a wręcz przeciwnie. Przez salę przetoczyło się przytakiwanie i pomruki wyrażające aprobatę dla słów Erica Foremana. Catherine milczała, sparaliżowana strachem.
- To zrozumiałe, że nie chce pani nic powiedzieć. W końcu przyznanie się do oszustwa, w dodatku oszustwa tych rozmiarów, zniszczyłoby pani karierę zawodową. Chociaż... – dodał, przybierając na twarz prawie współczującą minę – mam wrażenie, że pani kariera już jest zniszczona.
- House, wystarczy. Osiągnąłeś swój cel. – W głosie Jamesa nie było jednak śladu irytacji. Był w szoku. Czegoś takiego nikt się nie spodziewał.
Jakby w ostentacyjnym geście niezadowolenia wobec poczynań młodej pani doktor większość słuchaczy zaczęła podnosić się z miejsc i zmierzać w stronę wyjścia. Wszyscy przekrzykiwali się, wymieniali złośliwe uwagi i wyrażające zdumienie komentarze na temat zaistniałej sytuacji. Niektórzy posunęli się nawet do cmokania z dezaprobatą. Nikt nie zauważył nawet, że Robinson wyskoczył na podest i machając rękami jak szalony zaczął przekrzykiwać tłum.
- Proszę państwa, proszę o spokój! To wszystko na pewno da się jakoś wyjaśnić! Proszę, aby państwo wrócili na swoje miejsca! Ja to zaraz... wszystko...
Nikt go jednak nie słuchał. Nikt też nie zauważył, jak nagle oczy zaszły mu mgłą, złapał się za pierś i osunął się na podłogę.
Co z tego, że na jeden metr kwadratowy sali przypadało około dwóch i pół lekarza, skoro żaden z nich niczego nie zauważył? Wszyscy byli zajęci złorzeczeniem i narzekaniem oraz przemieszczaniem się w kierunku wyjścia w celu nabycia kawy i przeczekania tej godziny do następnego wykładu w innym miejscu. Prawie wszyscy.
- Czy jest na sali lekarz? – krzyknął wreszcie House, nie ruszając się jednak ze swojego miejsca. Zarzucił nogi na oparcie krzesła z poprzedniego rzędu, po czym wyjął ze swojego plecaczka paczkę czipsów. – Facet chyba ma atak serca! Hola, a ty dokąd? – warknął na Wilsona, który bezskutecznie próbował przedrzeć się przez barykadę house’owych nóg, za co dostało mu się laską po łydkach. – Siedź na tyłku, panuję nad sytuacją.
- Ten człowiek potrzebuje pomocy!
- W tym budynku jest kilkuset kardiologów.
- Którzy najwyraźniej są idiotami!
- Jedno drugiego bynajmniej nie wyklucza.
- House – jęknął w końcu bezradnie Wilson, ale Greg pozostawał nieugięty.
- Rozluźnij poślady i patrz tam. – Kiwnął nieznacznie głową w kierunku, gdzie na podłodze umierał właśnie doktor Robinson. Ale nie umierał już w samotności. W gruncie rzeczy wcale jeszcze nie umierał – był właśnie poddawany resuscytacji.
- Co do...? – Na krótką chwilę zaskoczenie odebrało Jamesowi mowę. – Skąd wiedziałeś...?
- Czy to normalne, że dziewczyna od rozdawania ulotek kuli się gdzieś na schodach z notesem na kolanach przez wszystkie nudne wykłady i notuje tak zawzięcie, że aż jej się ołówek dymi?
Faktycznie, pierwszej pomocy gospodarzowi konwencji kardiologicznej udzielał nie kto inny, jak autorka słodkich, lepkich plam na odzieży Gregory’ego House’a. A jej działania wyglądały na przemyślane i doskonale wytrenowane.
- Najwyraźniej nie jest taka głupia, jak ją wstępnie oceniłeś – stwierdził James, spoglądając na przyjaciela, który wcale nie wyglądał na zmartwionego albo złego na siebie za zły osąd. Przeciwnie, wyglądał na zaciekawionego. – Po karetkę chyba mogę zadzwonić, co?
Greg kiwnął głową na znak zgody.

- Kimże tyś jest, o, dziewczę z ulotkami? – zapytał zakrawającym o patos tonem House, gdy karetka odjechała już spod centrum konferencyjnego. – I dlaczego dziewczyna z wykształceniem medycznym para się takim zajęciem?
- To aż tak widać? – burknęła dziewczyna, nie śmiejąc spojrzeć swojemu rozmówcy w oczy. Najwyraźniej wciąż było jej głupio za ten incydent z napojem gazowanym.
- O rany – zirytował się Gregory – nie wymordowałaś mi trzech pokoleń rodziny, to tylko plamy na ubraniu. Możesz ze mną rozmawiać normalnie.
Dziewczyna podniosła wzrok i wzięła do ręki wyciągnięty w jej stronę parujący kubek. Uśmiechnęła się lekko.
- Dzięki – rzekła do Wilsona, biorąc od niego kawę. – Nazywam się Nicole Westwood, niedawno ukończyłam medycynę. Ale nie pracuję w zawodzie, bo z ostatniej posady zostałam zwolniona dyscyplinarnie, z wpisem do akt. Żaden szpital akademicki nie chce mnie przyjąć, nie mogę zrobić specjalizacji. A z czegoś żyć muszę. No i przynajmniej kręcąc się po takich konferencjach wciąż mam chociaż pośredni kontakt z zawodem. Przepraszam bardzo – rzekła w końcu, jakby ją olśniło – ja tu opowiadam historię mojego życia, a nawet nie wiem, z kim mam przyjemność.
- James Wilson, szef departamentu onkologii w PPTH w New Jersey, miło mi – powiedział Wilson, wyciągając do dziewczyny rękę.
- Princeton Plainsboro?
- Taak...
- A to nie tam przypadkiem praktykuje doktor Gregory House? Ten genialny...
- O nie! – żachnął się Greg, unosząc ręce w obronnym geście. – Żadnych autografów nie będzie, nie ma mowy!
- To pan? – zdziwiła się Nicole. – Cóż, bardzo mi miło... – rzekła, podając mu rękę.
- Mnie również miło tak, że aż nie umiem tego wyrazić.
- Nie tak go sobie wyobrażałaś, co? – spytał z uśmiechem Wilson, a Nicole przytaknęła.
- Mówią o panu „wizjoner”, „wielki talent”, wręcz „geniusz”. Myślałam, że jest pan bardziej...
- Czysty? – podpowiedział James.
- Wyniosły. I bardziej sztywny.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo sztywny potrafię być – odparł House, zanim przyjaciel zdołał go powstrzymać. – Ale to jest przeżycie tylko dla wybranych.
I w tym momencie rozmowa przestała się kleić. Nicole wbiła wzrok w niezwykle ciekawe pęknięcie w płycie chodnikowej, co House wykorzystał, żeby skinąć na przyjaciela, żeby już sobie poszli. W związku z zaistniałą sytuacją ostatni wykład został przesunięty na następny dzień, a w hotelowym telewizorze było jeszcze sporo płatnych kanałów, z którymi chciał się dogłębnie zapoznać.
- No, to... miło było poznać – pożegnał się koślawo Wilson. Greg tylko chrząknął i ruszył w kierunku postoju taksówek.– Nie powiesz mi, że cię nie zaciekawiła! – wypalił James, kiedy dogonił przyjaciela i wsiadł za nim do samochodu.
- Była ciekawa, ale wiem już o niej wszystko.
- Nie, nie wiesz – zaprzeczył James. –  Na przykład tego, za co dostała dyscyplinarkę. Przecież ty lubisz odmieńców łamiących przepisy.
- Ciekawsze jest to dlaczego ja jeszcze nie dostałem dyscyplinarki, choć zasłużyłem na to z milion razy. Ale Cuddy chyba po prostu za bardzo mnie kocha. Daj już sobie z tym spokój, dobra? – uciął zirytowanym tonem. Nagle w kieszeni jego spodni rozbrzmiał bardzo charakterystyczny dźwięk. – Drugi dzień nas nie ma, a oni już tracą jakiegoś pacjenta? – zapytał sam siebie, bez większego entuzjazmu wyłuskując komórkę z kieszeni. – Nie szkoda wam pieniędzy na połączenia międzynarodowe?
- Mamy mały problem – rozbrzmiał w słuchawce głos Foremana. – Facetowi wysiada pikawa, a my nie wiemy dlaczego.
- Jak dzieci we mgle. Wyślij mi mailem wszelkie wyniki, zdjęcia, wszystko co macie – zakończył brutalnie rozmowę, po czym kazał kierowcy zawrócić.
- O co chodzi? – spytał Wilson, ale za odpowiedź musiało starczyć obserwowanie House’a, jak otwiera okno, wystawia przez nie głowę i krzyczy ile sił w płucach:
- Ej, ty tam, od ulotek! Czekaj!
- Nicole – podpowiedział mu przyjaciel.
- Taa, Nicole! – Dziewczyna odwróciła się, zatrzymała i pozwoliła, żeby taksówka ją dogoniła. – Z czego ty chciałaś robić specjalizację, zanim cię wywalili? – zapytał w bardzo taktowny sposób. – Z kardiologii?
- Tak, a bo co? – odparła Westwood. I nagle drzwi taksówki otworzyły się przed nią, a z wnętrza dobiegł ją niski, złowieszczy głos:
- Wsiadaj. Będę potrzebował zespołu.

Ostatnio edytowany przez Strychnine (2011-10-19 23:09:33)


FOM SEMUMIUWW AfF FSiJPH SNiSUM&UwS GNAJ DORIS MDUC

This is my timey-wimey detector. It goes ding when there’s stuff. - The Doctor

Offline

 

#6 2011-10-20 19:08:42

MEG1984
Prawie jak Papuka
Od: zachodniopomorskie
Zarejestrowany: 2009-12-02
Posty: 6290

Re: How's That, House?

Przeczytałam i nadal mi się podoba. Postaci są wykreowane na wzór serialowych, ale dałaś też im coś od siebie. Poza tym twój niepowtarzalny styl mi do House’a pasuje big_smile To połączenie sprawia, że czytając mam praktycznie cały czas uśmiech na twarzy.
Kilka fragmentów tego rozdziału mnie zamordowało. Wyobraziłam sobie Grega szarżującego przez tłum kolegów po fachu do wyjścia i zwijałam się ze śmiechu lol3 Kto by pomyślał, że żeby przerwać ten bieg ku wolności wystarczy drobna dziewczyna i kubek gazowanego napoju big_smile Spotkanie to było, jak się później okazało znamienne w skutkach.

Poza tym House na konferencji nie zachowywał się inaczej niż przypuszczałam. Wszystkie te nadęte referaty go nudziły i wykazał oczywiście zainteresowanie dopiero tym, który okazał się być wielką klapą. Wiele o Gregu można mówić, ale jedno trzeba mu przyznać – nie boi się mówić prawdy, nawet gdy jest ona niewygodna i może kogoś skrzywdzić. Z jednej strony można go podziwiać za to, że nie ma obaw przed mówieniem tego, co myśli, z drugiej strony nie jest to dla niego wcale takie korzystne ponieważ nie raz i nie dwa nieźle mu się oberwało.

Strychnine napisał:

- A to nie tam przypadkiem praktykuje doktor Gregory House? Ten genialny...
- O nie! – żachnął się Greg, unosząc ręce w obronnym geście. – Żadnych autografów nie będzie, nie ma mowy!
- To pan? – zdziwiła się Nicole. – Cóż, bardzo mi miło... – rzekła, podając mu rękę.
- Mnie również miło tak, że aż nie umiem tego wyrazić.
- Nie tak go sobie wyobrażałaś, co? – spytał z uśmiechem Wilson, a Nicole przytaknęła.
- Mówią o panu „wizjoner”, „wielki talent”, wręcz „geniusz”. Myślałam, że jest pan bardziej...
- Czysty? – podpowiedział James.
- Wyniosły. I bardziej sztywny.

Bardzo podoba mi się ta rozmowa. Znając reputację House’a jako genialnego diagnosty, można się faktycznie spodziewać nadętego bufona. Tymczasem Greg jest bezpośredni i nieprzewidywalny. Jego współpraca z Nicole może okazać się bardzo ciekawa, tym bardziej że nie wiemy za co dziewczyna dostała dyscyplinarkę. Może oboje na wspólnej pracy coś zyskają mysli

Pozdrawiam kiss


Kiedy rodzi się człowiek z nieba spada dusza i  rozpada się na dwie części.
Jedna z nich trafia do kobiety, druga do mężczyzny.
Życie polega na odnalezieniu tej drugiej połowy, połowy swojej duszy, połowy samego siebie...
I believe in SH. I AM SHERLOCKED.

Offline

 

#7 2011-10-20 21:40:07

Papuka
Wesołych Świąt!!!
Od: 100lica/Piaseczno
Zarejestrowany: 2009-04-08
Posty: 32911

Re: How's That, House?

Dokó napisał:

Papó mnie pogania,

Nie pogania tylko grzecznie pytała kiedy następny rozdział tongue


Dokó napisał:

- House, wracaj tu!
Greg wcale nie zamierzał udawać, że nie słyszy.

To takie w jego stylu big_smile

Dokó napisał:

Wciąż konsekwentnie i z determinacją pruł i przeciskał się przez tłum lekarzy z różnych stron świata, (...) nie zważając na różne stopnie zdziwienia wyrażane przez okrzyki, bluzgi i wszelkiego rodzaju inne dźwięki, jakie wydać może z siebie ludzkie ciało, gdy się je znienacka staranuje.

Wizualizacja tej sceny wywołała u mnie napad śmiechu big_smile


Dokó napisał:

- Gregory House, jeśli natychmiast się nie zatrzymasz, osobiście załatwię ci miliard dodatkowych godzin w przychodni!

Taaa, znając go wysłałby do przychodni któregoś ze swoich pomagierów tongue


Dokó napisał:

W jednej chwili gonitwa jednego onkologa za jednym nefrologiem przeistoczyła się w istną nagonkę całego tłumu lekarzy różnych specjalizacji za jednym, nie w pełni sprawnym fizycznie osobnikiem tego gatunku.

buaaahahahahaha cudnie to musiało wyglądać big_smile

Dokó napisał:

Na ułamek sekundy odwrócił głowę, by triumfalnie spojrzeć na swoje dzieło w postaci kotłujących się na podłodze medyków z całego świata, kiedy nagle jego ciało napotkało opór. Nie była to ściana, tylko coś znacznie mniejszego i bardziej miękkiego. Oraz zdecydowanie zbyt mokrego.

Zgubiła go pycha big_smile


Dokó napisał:

- Dziewczyno, zdajesz sobie sprawę, co zrobiłaś? – prychnął House w kierunku przerażonego dziewczęcia. – Właśnie nikczemnie udaremniłaś mój genialny plan ucieczki.

Tylko on mógłby w takiej sytuacji mieć jakieś pretensje zamiast przeprosić big_smile

Dokó napisał:

- Ratunku, ten wariat chce pozbawić kalekę laski! – wrzasnął House, ale nikt nie zwrócił na jego lament większej uwagi. Wszyscy byli zdegustowani jego zachowaniem i nie mieli najmniejszego zamiaru w jakikolwiek sposób mu pomagać.
- Byłoby łatwiej, gdybyś po prostu przestał zachowywać się jak dziecko!
- Mamuuusiuuu!

hahahahahahahaaha leżę zabita na śmierć big_smile

Dokó napisał:

Ku swojej wściekłości stwierdził, że słodki napój nie ominął jego spodni na wysokości krocza.

To mi przypomina pewną osobę, która miała upaprane okolice rozporka czymś białym lol

Dokó napisał:

- Nie śpij.
- Toż ja przecież nie śpię. Czuwam z zamkniętymi oczami. To chyba jeszcze nie zbrodnia.
- Nie, ale jest to wystarczający pretekst do dźgnięcia cię ołówkiem między żebra.
- Co miałeś z anatomii na studiach, co? – żachnął się House. – Oczy, o ile mi wiadomo, nie są narządem słuchu

Uwielbiam ich potyczki słowne big_smile

Dokó napisał:

Ale groźba ta okazała się zbędna. House już na wstępie miał przeczucie, że coś będzie się działo.

House zawsze wie kiedy warto się czymś zainteresować big_smile

Dokó napisał:

- Taa... – szepnął do siebie Greg tak, że nawet siedzący tuż obok James tego nie usłyszał. Od kilkunastu minut wzrok miał jednak skierowany w zupełnie inne miejsce.

Taa Grześ już coś wie big_smile

-

Dokó napisał:

Eric Foreman, Princeton Plainsboro. Tak naprawdę to nie pytanie, a raczej sugestia. Sugerowałbym bowiem, żeby następnym razem, jak ukradnie pani komuś czyjąś pracę naukową, najpierw ją pani chociaż raz przeczytała. Tak na wszelki wypadek, żeby choć trochę orientować się w temacie.

Czemu nie dziwi mnie, że podał się za inną osobę? big_smile

Dokó napisał:

Nikt też nie zauważył, jak nagle oczy zaszły mu mgłą, złapał się za pierś i osunął się na podłogę.
Co z tego, że na jeden metr kwadratowy sali przypadało około dwóch i pół lekarza, skoro żaden z nich niczego nie zauważył?

hehehe big_smile



-

Dokó napisał:

Czy jest na sali lekarz? – krzyknął wreszcie House, nie ruszając się jednak ze swojego miejsca. Zarzucił nogi na oparcie krzesła z poprzedniego rzędu, po czym wyjął ze swojego plecaczka paczkę czipsów.

Ta scena przypomniała mi bardzo podobną scenę z serialu big_smile O ile dobrze pamiętam było to na wyścigach konnych big_smile Ale normalnie widzę jego minę ;D

Dokó napisał:

– Facet chyba ma atak serca! Hola, a ty dokąd? – warknął na Wilsona, który bezskutecznie próbował przedrzeć się przez barykadę house’owych nóg, za co dostało mu się laską po łydkach. – Siedź na tyłku, panuję nad sytuacją.

hahahaha, kto jak kto, ale on wie czy sytuacja jest pod kontrolą czy nie big_smile

Dokó napisał:

- Ten człowiek potrzebuje pomocy!
- W tym budynku jest kilkuset kardiologów.
- Którzy najwyraźniej są idiotami!
- Jedno drugiego bynajmniej nie wyklucza.

Grzesiu masz absolutną rację tongue


Dokó napisał:

- Najwyraźniej nie jest taka głupia, jak ją wstępnie oceniłeś – stwierdził James, spoglądając na przyjaciela, który wcale nie wyglądał na zmartwionego albo złego na siebie za zły osąd. Przeciwnie, wyglądał na zaciekawionego. – Po karetkę chyba mogę zadzwonić, co?
Greg kiwnął głową na znak zgody.

<zbliżenie na oczy zaciekawionego Grzegorza> Tak, widzę jak patrzy zaciekawiony i zafascynowany big_smile

Dokó napisał:

Ale nie pracuję w zawodzie, bo z ostatniej posady zostałam zwolniona dyscyplinarnie, z wpisem do akt. Żaden szpital akademicki nie chce mnie przyjąć, nie mogę zrobić specjalizacji.

interesujące big_smile


Dokó napisał:

- A to nie tam przypadkiem praktykuje doktor Gregory House? Ten genialny...
- O nie! – żachnął się Greg, unosząc ręce w obronnym geście. – Żadnych autografów nie będzie, nie ma mowy!

Grześ odnalazł swoją fankę ^^

Dokó napisał:

- Nie tak go sobie wyobrażałaś, co? – spytał z uśmiechem Wilson, a Nicole przytaknęła.
- Mówią o panu „wizjoner”, „wielki talent”, wręcz „geniusz”. Myślałam, że jest pan bardziej...
- Czysty? – podpowiedział James.
- Wyniosły. I bardziej sztywny.

Wilson jak żywy big_smile

Dokó napisał:

- Nawet nie wiesz, jak bardzo sztywny potrafię być – odparł House, zanim przyjaciel zdołał go powstrzymać. – Ale to jest przeżycie tylko dla wybranych.

I loBe you lol2


Dokó napisał:

- Ej, ty tam, od ulotek! Czekaj!
- Nicole – podpowiedział mu przyjaciel.
- Taa, Nicole! – Dziewczyna odwróciła się, zatrzymała i pozwoliła, żeby taksówka ją dogoniła. – Z czego ty chciałaś robić specjalizację, zanim cię wywalili? – zapytał w bardzo taktowny sposób. – Z kardiologii?
- Tak, a bo co? – odparła Westwood. I nagle drzwi taksówki otworzyły się przed nią, a z wnętrza dobiegł ją niski, złowieszczy głos:
- Wsiadaj. Będę potrzebował zespołu.

Zapowiada się nieźle big_smile


Dokó jak już pisałam wcześniej I loBe you big_smile


"rżnęli się jak dwie oszalałe siekiery" by słonió big_smile
"Na końcu świata, pośród oceanu niezapominajek, dwie dusze odnalazły się nawzajem." by Mlawer...
"Hold me close and hold me fast The magic spell you cast This is la vie en rose" "La vie en rose"

Offline

 

Stopka forum

Powered by PunBB© Copyright 2002–2018 PunBB
statystyka