BrzydULA - jedyne forum fanów serialu

Forum dyskusyjne miłośników serialu "BrzydULA"

Nie jesteś zalogowany.

#1 2010-01-01 15:19:50

JagOOda
Drugie oczy Uli
Od: Warszawa
Zarejestrowany: 2009-03-24
Posty: 222

jeszcze bez tytułu...

Nie będę się zbytnio rozpisywać na wstępie. To jest taka mała próbka mojego nowego, trochę większego projektu. Z założenia ma to być historia z elementami s-f, utrzymana w klimacie zbliżonym chociażby do "Efektu motyla". Miałam tego nie publikować, ale po prostu potrzebuję mocnego kopa na rozpęd, bez różnicy, czy będą to pozytywne czy negatywne opinie. W każdym razie chyba wiecie czego się po mnie spodziewaćsmile
No to zaczynamy:)

...

    Kolejny leniwy dzień dobiegał końca, zabierając ze sobą promienie lipcowego słońca, które przynosiły mi światło, do którego tak bardzo tęskniłem, którego tak uparcie szukałem, a którego próżno wyglądać było w mojej zwariowanej egzystencji. Gdy wieczorami stawałem przy oknie w pustym mieszkaniu, często do mojej głowy wkradało się wspomnienie słów, które niegdyś znałem, które przez długie lata kołatały się we mnie nie pozwalając mi zaznać spokoju, słowa, które już dawno zapomniałem, bądź które jedynie chciałem zapomnieć. Wspominałem to wszystko, co niezwykle kruche i niestałe, w przeszłości było fundamentem, na którym miałem budować swoje własne życie, to, co tak przytłaczające i do dziś mnie przerażające, spowodowało u mnie odruch ucieczki. Ucieczki od tego, co było i od tego, co będzie, lub co nigdy nie miało się wydarzyć. Przez wiele długich, przesiąkniętych samotnością lat starałem się uciec przed tym, czym byłem, przed tym co było mną, ale przede wszystkim przed tym czym miałem się stać. Do dzisiaj przed tym uciekam, mimo że wiem, że uciec nie mogę, mimo że wiem, że to nigdy się nie uda, bo po prostu udać się nie może. Jestem skazany na dożywotnią karę bycia tym, kim jestem, wiecznym wędrowcem bojącym się świata, singlem z wyboru stroniącym od ludzi, wierzącym w potwory wypełzające z mojej szafy, gdy tylko ciemność spowija mieszkanie. Wiem, że te potwory nigdy nie odejdą, nie zostawią mnie w spokoju, lecz niezmiennie będą mnie dręczyć, zaklęte we wspomnieniach dzieciństwa, które chciałbym zapomnieć. To właśnie ta chęć oderwania, odcięcia się od rzeczywistości sprawiła, że wraz z dniem, w którym przekroczyłem magiczny próg pełnoletniości, spakowałem walizkę i szturmem obaliłem mur mojego własnego strachu i bezradności. I dotarłem aż tutaj - do Paryża - miasta miłości, w którym miałem zacząć swoje nowe życie. Czasami zastanawiam się dlaczego postąpiłem w taki a nie inny sposób. Wiem, że powodem nie był strach przed ojcem, czy też niewiarygodna niechęć żywiona do macochy: z tym mogłem nauczyć się żyć, zwłaszcza że jako ten “najstarszy” byłem poniekąd odpowiedzialny za dwójkę małych ludzi, dla których byłem ostatnią deską ratunku, gdy nocami chowały się pod łóżkami wystraszone przez krzyki ojca, huk przewracanych mebli i brzdęk tłuczonego szkła. Dla nich byłem bohaterem, gdy brałem na siebie ciężar bycia tym, na którym można się wyżyć, gdy wypity alkohol budził potwora, z którym mieszkaliśmy pod jednym dachem. Dziś wiem, że to nie to było powodem, dla którego musiałem się stamtąd wyrwać. Teraz powoli zaczynam przyzwyczaić się do myśli, że nie mogłem po prostu znieść tej cholernej bezsilności, którą czułem, gdy patrzyłem jak każdego dnia ojciec robi z naszego domu burdel i cuchnącą papierosami, i wódką spelunę, a matka, bo tak kazała do siebie mówić druga żona ojca, przelewa się przez ręce każdego, kto tylko wyraził jeszcze taką ochotę. Dlatego musiałem odejść, bo w przeciwnym wypadku, któregoś dnia albo oni zabiliby nas, albo ja ich. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że naprawdę bym to zrobił.
    Jedyne czego potrzebowałem to cisza, która pozwoliłaby mi w końcu pozbierać się do jednego kawałka. Szybko jednak dowiedziałem się, że cisza jest czymś więcej niż tylko brakiem słów. Wkrada się ukradkiem do mojej głowy i dudni, przywołując wciąż tak realny krzyk ojca i moje własne łzy zamazujące prawdziwy obraz domu wyryty we wspomnieniach, na który z czasem coraz trudniej było mi patrzeć. Chciałem znaleźć się z dala od tego ciągłego stanu zagrożenia i beznamiętnych ludzi bez twarzy, których mijałem w drodze do szkoły, kościoła, czy sklepu, gdy wysłano mnie po papierosy i alkohol, próbowałem zatopić się w przeźroczystości i tak potrzebnej mi anonimowości wielkiego świata. Jednak zdradliwa, podstępna, cicha sieć wspomnień dopadała mnie wszędzie, gdzie tylko się pojawiałem. Nawet tu w moim małym, pustym mieszkanku na Rue de Vaurgirard, niedaleko Place Paul Claudel, które niczym nie przypominało domu moich rodziców, na każdym kroku potykałem się o ich cienie, które przypełzły razem ze mną w pudłach wypełnionych moim dawnym życiem, w książkach, które czytywałem rodzeństwu, w paczce ulubionych cukierków, smrodzie papierosów wkradającym się do wnętrza mieszkania przez uchylone okno, w niezawinionych ranach dzieciństwa i wspomnieniach bolących niczym rana, która nie chce się zabliźnić.
    Zanim tu trafiłem, przemierzyłem szmat drogi, aby udowodnić sobie i światu, że mogę żyć z dala od nich, a zdany sam na siebie radzę sobie wyśmienicie, nawet jeżeli niejedną noc spędziłem skulony na parkowej ławce lub obskurnym, śmierdzącym ekskrementami dworcu. Pamiętam strach, jaki czułem, gdy bez grosza przy duszy zawitałem w drzwiach mieszkania mojego kumpla, gdzieś na przedmieściach Londynu. To właśnie dzięki niemu choć w niewielkim stopniu udało mi się stanąć na nogi i odbić się od dna, na którym się znajdowałem.
    Pamiętam, jak któregoś z zimnych, deszczowych dni jechałem do pracy tłocząc się w metrze, mijając setki ludzi: młodych, starych, studentów, kobiety, mężczyzn, zdrowych, chorych miejscowych i imigrantów, oraz kobietę z małą jasnowłosą dziewczynką na kolanach. Uroczy sielankowy obrazek jakich pełno, jednak coś w nim nie pasowało. Może miejsce, może łzy dziewczynki, a może jej mongoidalne rysy twarzy, jednoznacznie wskazujące na obciążające ją znamię, jakim był zespół Dauna. Mała złotowłosa wyglądała jak marionetka, ufnie spoczywająca w troskliwych ramionach swojej rodzicielki. Zastanawiałem się, czy gdyby żyła moja mama, też by mnie tak przytulała, gdy byłoby mi smutno. Siedzący obok ludzie wpatrywali się w nie jak w jakieś dziwaczne zjawisko, od czasu do czasu szepcąc coś sobie nawzajem. Jedni zerkali na płaczące dziecko z zaciekawieniem, inni z troską, a jeszcze inni z pożałowaniem i irytacją. W pewnym momencie pewien mężczyzna w średnim wieku, z głową oprószoną siwizną, siedzący w przeciwległym końcu wagonu wyciągnął z torby aparat - nic nadzwyczajnego, przestarzały, niekompletny polaroid - po czym podszedł do dziecka i pstryknął mu zdjęcie. Po chwili dziewczynka trzymała już w rękach kolorową fotografię, pozując, niczym mała modelka w profesjonalnej sesji zdjęciowej. Oczarowany przyglądałem się tej sytuacji, czując się tak, jakbym obserwował magika prezentującego swoje czarodziejskie sztuczki. Uśmiech tego dziecka, tak pokrzywdzonego przez los, a jednocześnie tak cieszącego się życiem odurzył mnie jak narkotyk, jak najlepszy gatunek heroiny. Dopiero znaczące szturchnięcie mnie łokciem przez mojego kolegę, sugerujące że właśnie dojechaliśmy do naszej stacji, sprowadziło mnie na ziemię. Wychodząc z pociągu, jeszcze na moment wścibsko obejrzałem się za siebie. Dziewczynka wciąż uśmiechała się promiennie i machała radośnie do odchodzących ludzi. Odmachałem niepewnie i ruszyłem przed siebie mając wrażenie, że oprócz szczęśliwej twarzy dziecka zostawiłem za sobą część mojego dawnego życia. Z każdym krokiem oddalałem się od tej gnębiącej mnie niepewności jutra i niewiedzy o samym sobie. W końcu miałem cel w życiu, miałem coś, do czego chciałem dążyć i nie bałem się po to sięgnąć, znalazłem pasję i sposób na życie, który miał przynieść mi znacznie więcej niż tylko pieniądze. Przez następny rok pracowałem po godzinach, wciąż żyjąc na walizkach, z poczuciem przejmującej emocjonalnej bezdomności. Każdego dnia wracając z pracy przechodziłem koło sklepowej witryny z wystawionym na niej sprzętem fotograficznym, aby potem licząc oszczędności zastanawiać się, ile pieniędzy brakuje mi jeszcze do wymarzonej cyfrówki. To znaczy tej prawie wymarzonej, bo miałem świadomość, że o tym wymarzonej mogłem tylko pomarzyć. W tamtych chwilach nawet nie przypuszczałem, że w niedalekiej przyszłości będę nocami przechadzać się po paryskich ulicach, przyglądając się rozświetlonej wieży Eiffela, co jakiś czas pstrykając zdjęcie przechodniom, którzy uśmiechali się do mnie uprzejmie. Ludzie w okolicy dobrze mnie znają, bądź chociaż kojarzą z widzenia, więc z pobłażaniem spoglądają na moje “magiczne praktyki”. Tak, magiczne… bo będąc tym, kim jestem naprawdę czuję się jak czarodziej, jak tamten mężczyzna w londyńskim metrze, pan własnego życia potrafiący zatrzymać czas na małej kartce papieru. Niektóre afrykańskie plemienia wierzą, że jeżeli ktoś robi im zdjęcia, kradnie im w ten sposób dusze. Jak się tak nad tym zastanowić, to ja właśnie się tak czuję, jakbym wraz z błyskiem fleszu zabierał ludziom jakąś część ich samych, bądź jak ktoś woli, jakby oni dawali mi coś z siebie. To właśnie sprawia, że fotografie są czymś więcej niż tylko skrawkiem bezużytecznego papieru i to właśnie czyni mnie magikiem potrafiącym zamknąć w nich duszę.
    Po przyjeździe do Paryża, jakimś cudem udało mi się wynająć małe, jednopokojowe mieszkanie za niewielkie pieniądze. Mieszkamy tu we dwoje - ja i Luiza. Dobrze nam razem przede wszystkim dlatego, że ustaliliśmy zasady niezbędne do funkcjonowania pod jednym dachem i których obydwoje staramy się trzymać. Na początku nie mieliśmy nawet normalnego łóżka, więc zmuszony byłem spędzić niejedną noc na niewygodnym dmuchanym materacu, czując w chłodne zimowe noce, jak Luiza przytula się do moich pleców. Ja robię zakupy, a ona dzielnie znosi moje kulinarne eksperymenty, raz w tygodniu sprzątam mieszkanie, ona stara się nie bałaganić nadmiernie, czasami urządzam małe sesje zdjęciowe a ona chętnie wciela się w postać wdzięcznej modelki, z cierpliwością godzącej się na dziwaczną charakteryzację stworzoną przez moją wybujałą wyobraźnię. Czasami efekty takiej przebieraniny są naprawdę komiczne, tak jak wtedy, gdy chciałem przebrać Lui za baletnicę. Dopiero po godzinie walki z niesfornymi wiązaniami, guziczkami, baletkami, koronkami, tiulem i Bóg wie z czym jeszcze, dotarło do mnie, że mimo najszczerszych chęci z mojej i jej strony, potężny, czarny, lekko spasiony labrador nie będzie dobrze wyglądał w różowej sukience. Oczywiście, żeby nie robić jej przykrości nigdy jej o tym nie powiedziałem.
    Luiza stała się towarzyszką mojego życia trzy lata temu, niedługo przed naszym wyjazdem z Londynu., kiedy w ferworze świątecznej gorączki natknąłem się na nią, błąkającą się po ulicy, zmarzniętą i wycieńczoną, skuszoną apetycznym zapachem wydobywającym się ze sklepu mięsnego niedaleko baru, w którym pracowałem. Najwidoczniej ktoś miał inne plany na święta, niż zajmowanie się szczeniakiem, a ja po prostu nie potrafiłem przejść obojętnie i zostawić ją skazaną na łaskę, bądź niełaskę londyńskiego społeczeństwa. Zanim doszedłem do domu z wystraszonym zwierzakiem pod pachą, lecący z nieba deszcz całkowicie przemoczył mnie i mojego nowego towarzysza. Pamiętam, że gdy tylko przekroczyłem próg mieszkania, usłyszałem głos mojego przyjaciela, wydobywający się gdzieś spomiędzy umywalki i podłogowych kafelków. Był zły, ponieważ po raz kolejny w ciągu miesiąca pękła rura, zalewając wodą niemal całą kuchnię, więc wysyczał tylko przez zęby coś, co w skrócie brzmiało jak: “Dlaczego śmierdzisz jak mokry pies?”. W gruncie rzeczy nawet przychylnie patrzył na nowego, przemokniętego lokatora i zapewne nasze wspólne pomieszkiwanie jakoś by się ułożyło, gdyby nie ujawnienie się uciążliwej alergii na sierść zwierzęcą, jaką przejawiał właściciel mieszkania. Z tego właśnie powodu eksmisja psa, a przy okazji również moja, stała się nieunikniona, gdyż po tygodniu nie wyobrażałem sobie już, że mógłbym oddać komuś obcemu moją czworonożną przyjaciółkę. Z resztą i tak prędzej czy później musiałbym się wyprowadzić. Minęły dwa lata od kiedy korzystając z uprzejmości przyjaciela zwaliłem mu się na głowę, jednak sytuacja uległa pewnym zmianom. On planował ślub, wesele, założenie rodziny, miał po prostu swój świat, do którego ja nie pasowałem, a na dodatek jego dziewczyna oznajmiła, że spodziewa się dziecka, więc oczywistym było, że w ich życiu nie ma dla mnie miejsca. Rzecz jasna obydwoje zapewniali mnie, że nic nie musi się zmieniać, ale przecież wszystko się zmienia, zawsze i wszędzie, w każdej minucie naszego życia świat przekształca się w coś zupełnie nowego. Ja też byłem już innym człowiekiem. W ciągu tych dwóch lat zmieniłem się do tego stopnia, że chwilami sam siebie nie poznawałem, a mój świat zdążył się rozpaść, odbudować, stanąć na głowie i zatańczyć kankana, nieustannie kręcąc się w około własnej osi. Gdy wyjeżdżałem z Anglii byłem dwudziestolatkiem, z psychiką czterdziestolatka i bagażem doświadczeń, którego nie powstydziłby się niejeden sześćdziesięcioletni weteran wojenny. Gdy przygarnąłem Luizę w pewnym sensie odetchnąłem z ulgą, bo chyba jedyną rzeczą, jakiej naprawdę się bałem była samotność i ta dziwna pustka, gdy nie ma się kim opiekować. Lui najwidoczniej podobnie patrzyła na całą sytuację, ponieważ od dnia, w którym się spotkaliśmy nie opuszcza mnie prawie nigdy. Czasami zastanawiam się, czy jej zachowanie spowodowane jest zwykłym przywiązaniem, jakie przejawia zazwyczaj czworonóg do swojego właściciela, oraz wdzięcznością za ocalenie życia, czy też tym, że psy te mają we krwi niepohamowany instynkt opiekuńczy, więc możliwe, że rezolutna suczka, znalazła sobie we mnie idealny obiekt do opieki. Może właśnie tak jest, że to ja potrzebuję jej bardziej niż ona mnie, może rzeczywiście jestem w pewien sposób niepełnosprawny i potrzebuję jej, aby funkcjonować. Właściwie to czasami rzeczywiście czuję się tak, jakbym był, obrazowo mówiąc, niekompletny i chyba właśnie dlatego za cel naszej podróży wybrałem Paryż. Chciałem znaleźć tu tę część mnie, której nie znałem przez dwadzieścia lat mojego życia. Nie wiedziałem tylko, którego mnie chciałem odnaleźć. Czy chciałem poznać to, co odziedziczyłem po matce, a co zawsze było dla mnie jedną wielką tajemnicą, tak samo jak cała historia jej życia i śmierci, czy próbowałem jedynie odnaleźć w sobie to, co tak bardzo nienawidził we mnie ojciec? Sam nie wiem. Może i jedno, i drugie.
    W każdym razie, od przeszło trzech lat, przyglądam się temu miastu, które przyjeżdżający tu ludzie widzą oczami artystów, znają je tylko z opisów, powieści o miłości, dzieł sztuki i tanich romansideł, a w minimalnym stopniu z prawdziwego stanu rzeczy. Znany przez nich Paryż to jedynie obraz Paryża. Paryż który miałem okazję poznać, nie jest już taki jak kiedyś, nie ma w sobie tej opiewanej przez poetów romantyczności, a moja dzielnica również nie należy do zbyt “literackich”. Może to trochę dziwne, ale to miasto kojarzy mi się przede wszystkim z jego charakterystycznym zapachem metra i zatęchlizną poobsikiwanych ścian. Ten zapach paryskiego metra, tak rażący i aż lepki, przylgnął do mnie od pierwszego dnia, stał się częścią mnie, tak jak staje się częścią każdego, kto przybywa do tego miasta zbudowanego z pozorów. A mimo to po prostu kocham to miejsce takie, jakie jest, śmierdzące i obrośnięte podziemną pajęczyną metra, mające w sobie coś z królewskiej doniosłości i bagnistego dna najbiedniejszych dzielnic, miasto z kręgosłupem w postaci Sekwany i wszelkimi wnętrznościami tworzącymi idealne warunki do życia dla biednych i bogatych, biznesmenów i żebraków, dam w butach od Prady i dziwek w podartych rajstopach. A wśród tego wszystkiego jestem ja na ławce w parku, czytający książkę, co jakiś czas pstrykający zdjęcia rozweselonej Luizie, ganiającej żółtą piłeczkę.

Ostatnio edytowany przez JagOOda (2010-01-04 09:36:39)


Wiesz przez ile trzeba przejść by zostać nazwany przyjacielem?
Przez kałużę, która sięga dna piekła.

Offline

 

2010-01-01 15:19:50

Cindy
Najlepsza doradczyni na forum

#2 2010-01-01 17:28:41

markomaniaczka
Wyznawca pomidoryzmu
Zarejestrowany: 2009-06-07
Posty: 1447

Re: jeszcze bez tytułu...

Przeczytałam smile
Na wstępie chciałam Ci oznajmić, że ogromnie się cieszę, że znów mogę czytać Twoją twórczość smile Jesteś jedną z pierwszych "internetowych" autorek, które dane mi było poznać. I muszę przyznać, że już w pierwszym rozdziale Twojego pierwszego, brzydulowego opowiadania dostrzegłam to "coś", czego tak mozolnie szukam wśród wszelakich autorów, nie tylko tu, na forum. W Twoim stylu jest coś tak czarującego, że jak już zacznie się czytać, to nie można przestać.
I muszę powiedzieć, że poziom, na którym utrzymujesz swoją twórczość, jest wciąż tak samo wysoki.
Jeśli chodzi o to opowiadanie.
Bardzo zainteresowała mnie historia tego chłopaka (nie doszukałam się imienia). Wiele przeżył w swoim krótkim życiu, a przeszłość ciągle ciągnie się za nim. Wspaniale to opisałaś:

Nawet tu w moim małym, pustym mieszkanku na Rue de Vaurgirard, niedaleko Place Paul Claudel, które niczym nie przypominało domu moich rodziców, na każdym kroku potykałem się o ich cienie, które przypełzły razem ze mną w pudłach wypełnionych moim dawnym życiem, w książkach, które czytywałem rodzeństwu, w paczce ulubionych cukierków, smrodzie papierosów wkradającym się do wnętrza mieszkania przez uchylone okno, w niezawinionych ranach dzieciństwa i wspomnieniach bolących niczym rana, która nie chce się zabliźnić.

Oczarowałaś mnie po prostu tym fragmentem smile
Chłopak wciąż nie może znaleźć swojego miejsca, tuła się, poznaje uroki samotnego życia. Jak na razie jest to przykra historia, ale mam nadzieję, że jakoś poukładasz mu życie smile
Ciekawi mnie również, co stało się z jego młodszym rodzeństwem? Uciekł z domu, zostawiając ich na pastwę ojca-alkoholika, czy jakoś pomógł się im stamtąd wydostać?
Mogłabyś jakoś to zawrzeć w kolejnych rozdziałach wink
Szczerze mówiąc, to nie za często wstępuje do Pozabrzydulowej, ale widząc Twój nick przy tytule nowego wątku, nie mogłam nie przeczytać.
(Nie)cierpliwie czekam na kolejny rozdział.
Pozdrawiam.

Offline

 

#3 2010-01-01 19:21:27

ulomarkoholiczka
Kochanka Marka
Od: Jeżewo\Zawidz
Zarejestrowany: 2009-08-09
Posty: 4737
Serwis

Re: jeszcze bez tytułu...

Piękny...Brak mi słów, aby wyraźić mój zachwyt.

A kochana JagOOdku, jeśli mogę oczywiście tak do ciebie mówić. To mma do Ciebie takowe pytanie.
Czy kanał użytkownika JagOOdak  na youtube.com to był Twój?

Ostatnio edytowany przez ulomarkoholiczka (2010-01-01 19:21:39)


Najpiękniejsze są lasy mieszane...
Czułam się bardzo samotna, a jednocześnie zadowolona z samotności...
Nigdy nie ufaj mężczyźnie. To cukierek moczony w truciźnie...
Najbardziej cię kocham, kiedy jesteś w głowie...

Offline

 

#4 2010-01-01 19:38:46

JagOOda
Drugie oczy Uli
Od: Warszawa
Zarejestrowany: 2009-03-24
Posty: 222

Re: jeszcze bez tytułu...

ulomarkoholiczka, tak JagOOdaK to byłam ja, ale zablokowali mi kanałsad Teraz jestem MsJagOOda:)

Cieszę się, że wam się podoba:)
markomaniaczka, sprawa z rodzeństwem na pewno zostanie wyjaśniona, ale pojawi się wiele nowych pytań i niewyjaśnionych sytuacji:) Imię chłopaka też niedługo zdradzę.


Wiesz przez ile trzeba przejść by zostać nazwany przyjacielem?
Przez kałużę, która sięga dna piekła.

Offline

 

#5 2010-01-03 20:48:32

morszczuk
BrzyduloManiak
Zarejestrowany: 2009-04-01
Posty: 1821

Re: jeszcze bez tytułu...

JagOOda, blagam nie pisz tu wiecej!

Nie no, zartuje big_smile Z checia bede czytal dalej twoje opowiadania, jednak stwierdzam z cala pewnoscia: powinnas jak najbardziej napisac juz ksiazke. Z takim perfekdyjnym stylem i w ogóle wszystkim w utworach perfekcyjnym swiat ksiazki i umysly czytelników sa Twoje. TO jest wspaniale! Jak kazde Twoje opowiadanie! Ja nic wiecej nie dam rady wykrztusic!
Pozdrawiam.
Morszczuk morszczuk


Ver! kiss
Moja brzydulowa grecka tragedia<--!
Wspomoz menela MiszczaFredzia!! KLIK
Kochani: Papuka(mamusia:*)  root(tatuś kiss) i Lana(sorella:***)

Offline

 

#6 2010-01-03 22:04:02

Beja
Kochanka Marka
Zarejestrowany: 2009-06-12
Posty: 4427

Re: jeszcze bez tytułu...

Ciężko napisać coś konkretnego po pierwszym rozdziale, dlatego pisz dalej. smile
Rzuciło mi się w oczy kilka rzeczy:
Pisze się zespół Downa, a nie Dauna. I "w każdym razie" zamiast "w każdym bądź razie" - tak mi wbijała do głowy polonistka. wink

Offline

 

#7 2010-01-04 02:12:03

brzydulomaniaczka
Przyjaciułka SteFy
Od: Gdzieś w lubelskim...
Zarejestrowany: 2009-04-04
Posty: 10576
Serwis

Re: jeszcze bez tytułu...

Brak mi słów. Więc powiem tylko tyle (bo więcej o tej godzinie z siebie nie wykrzeszę): nie żałuję tych 10 minut spędzonych o tej porze na przeczytanie tego do końca, bo mnie oczarowałaś. Totalnie. Uwielbiam ciebie i twoją twórczość i mam wrażenie, że nigdy nie napiszesz niczego, co by mi się nie spodobało (a to chyba poważne wyznanie).
<daje kopa> Pomogło? xD


Kocham wszystkie swoje siostrzyczki forómowe: Aduśka, Apollina, Claudia, Króweczka, Libby, Mel, Pszczoła, Struś.
Mój facet to Miron Lipski heart    iris
Kocham swój wieczny avek <3

Offline

 

#8 2010-01-04 08:56:00

JagOOda
Drugie oczy Uli
Od: Warszawa
Zarejestrowany: 2009-03-24
Posty: 222

Re: jeszcze bez tytułu...

brzydulomaniaczka, pomogło, pomogłosmile Podziwiam Cię, że o tej godzinie przez to przebrnęłaśsmile
morszczuk, może kiedyś, w dalekiej przyszłości wydam jakąś książkęsmile Pomarzyć można, no nie:) W każdym razie dzięki, że wierzysz w moje umiejętności pisarskie:)
Beja, dzięki za wytknięcie błędówsmile Ale z tym zespołem to może być chyba i tak i tak, bo ostatnio czytałam sporo literatury psychologicznej i w którejś z książek (bodajże jednego z prof.dr.hab. z mojej uczelni) natknęłam się właśnie na tę spolszczoną wersję zespół "Dauna", i trochę się tym podświadomie zasugerowałam (chociaż może to był jedynie błąd w druku)


Wiesz przez ile trzeba przejść by zostać nazwany przyjacielem?
Przez kałużę, która sięga dna piekła.

Offline

 

#9 2010-01-05 02:15:31

brzydulomaniaczka
Przyjaciułka SteFy
Od: Gdzieś w lubelskim...
Zarejestrowany: 2009-04-04
Posty: 10576
Serwis

Re: jeszcze bez tytułu...

"brzydulomaniaczka, pomogło, pomogło Podziwiam Cię, że o tej godzinie przez to przebrnęłaś"
Dla ciebie wszystko xD Tego nie mogłam zostawić. Kiedy next? xD


Kocham wszystkie swoje siostrzyczki forómowe: Aduśka, Apollina, Claudia, Króweczka, Libby, Mel, Pszczoła, Struś.
Mój facet to Miron Lipski heart    iris
Kocham swój wieczny avek <3

Offline

 

Stopka forum

Powered by PunBB© Copyright 2002–2018 PunBB
statystyka