BrzydULA - jedyne forum fanów serialu

Forum dyskusyjne miłośników serialu "BrzydULA"

Nie jesteś zalogowany.

#141 2009-12-31 13:56:25

jagula.
Drugie oczy Uli
Zarejestrowany: 2009-12-07
Posty: 202

Re: taka mała miniaturka

Mlawer jesteś cudowna! Zakochałam się w tych Twoich miniaturkach^^ <w sumie fajna nazwa, zawsze mówiłam na to 'jednorazówki' big_smile Mniejsza.>
Brak mi słów, ten Twój styl. Urzekłaś mnie. Wczoraj, gdyby nie pewien pan ślęczący nade mną, bym wreszcie poszła spać, chyba czytałabym co najmniej do późnej nocy xD
Kiedy możemy spodziewać się czegoś jeszcze?
Swoją drogą mam ochotę przeczytać coś typowo sielankowego xD Ale nie wtrącam się, bo to Ty jesteś tutaj szefem, panem i władcą tych opowiadań. Czekam, czekam, czekam na cokolwiek!

Offline

 

2009-12-31 13:56:25

Cindy
Najlepsza doradczyni na forum

#142 2010-01-03 13:03:04

Margaret
Linkożerca
Zarejestrowany: 2009-12-03
Posty: 3

Re: taka mała miniaturka

Spadłam z krzesła! Twoje miniaturki są świetne! Przeczytałam dzisiaj wszystkie i wszystkie są świetne. Nie mogę się doczekać kiedy dodasz następną.

Offline

 

#143 2010-01-03 23:16:58

mlawer
Prostuje spinacze
Zarejestrowany: 2009-09-09
Posty: 3326

Re: taka mała miniaturka

Mono, Hatifnat, jagula i Margaret dzięki, dzięki, dzięki. Wasze słowa motywują mnie do dalszego pisania. Obiecuję, że dodam coś w przyszłym tygodniu - teraz byłam koszmarnie zapracowana i nie miałam nawet chwili, żeby usiąść i uporządkować pomysły, które kłębią się w mej łepetynie.


All the lonely people... Where do they all come from?
DORIS KTB Aleks_Strusiek mom matkom, cudna Kitty bliźniaczkom, jeszcze siestry mam dwie i tata Jasiu też koffa mnie! Maupka córcia ma heart Słoń ofiarny

Offline

 

#144 2010-01-04 21:41:15

brzydulomaniaczka
Przyjaciułka SteFy
Od: Gdzieś w lubelskim...
Zarejestrowany: 2009-04-04
Posty: 10576
Serwis

Re: taka mała miniaturka

Ja do 3 stycznia nie miałam dostępu do internetu. A jak już się dorwałam, to nadrabiałam zaległości od końca. Nareszcie trafiłam na ciebie xD  I to była absolutna bomba xD

"Zapewne za żadne skarby świata by się do tego nie przyznał, ale najbardziej brakowało mu właśnie Marka i ich ciągłej rywalizacji. Tak bardzo przyzwyczaił się do ich nieustannych potyczek, że teraz, kiedy zabrakło mu przeciwnika, czuł się zagubiony, jego życie stało się bezbarwne i pozbawione emocji. Nudził się tak bardzo, że zaczął z coraz większym zainteresowaniem przyglądać się otaczającym go kobietom. I to go przeraziło najbardziej. "

"Mroczne plany Febo pozostały tego dnia w sferze jego pobożnych życzeń. Zaaferowane rodziny Dobrzańskich i Cieplaków wchłonęły go jak gąbka wodę. Mocno przytrzymywany przez Krzysztofa, z uwieszoną u szyi Beatką (która z niepojętych względów uznała, że Aleksa niezwłocznie należy adoptować w charakterze wujka i teraz męczyła go pytaniami w rodzaju : Czy to Jasiek uczył cię układać włosy?) musiał skapitulować."

"Aleks miał ochotę sobie popłakać. Czuł się dokładnie tak jak w dzieciństwie, kiedy podczas zabawy w piaskownicy Marek zabrał mu jego ukochaną maskotkę i ze złośliwym chichotem wrzucił do pobliskiego stawu. Po tym przeżyciu Aleks przez kilka nocy nie mógł zasnąć wyobrażając sobie jak jego Króliś-Tuliś dryfuje po zimnych wodach. "

"Na widok dziecka przez głowę przemknęło mu: „Ale łysolec”."

"- No co się ziopisz? – rzekł ze złością widząc rozdziawione w zdumieniu usta Vilo.
- Aleks. – Viola mówiła bardzo powoli, krztusząc się śmiechem. – Ty wiesz, że to mleko… że Ula… To jest mleko z piersi… Błahahaha…
Aleks z trudem powstrzymał odruch wymiotny."


To było obłędne! Uśmiałam się przy tym jak nie wiem co xD Jeszcze teraz duszę się ze śmiechu xD Potwierdzam: Aleks to niezłe ciacho xD Błagam cię i zaklinam: napisz jeszcze coś o Aleksie! <mruga> A na razie kiss za taki bosssski pomysł i to:
poklony poklony poklony poklony poklony poklony

O mamusiu, jakie to było genialne xD Ale Króliś-Tuliś mnie ómarł na amen xD

wyście poszalały z tym Aleksem, napalone nastolatki xD

Tak, loose, masz rację - napalone xD

Ostatnio edytowany przez brzydulomaniaczka (2010-01-04 21:52:01)


Kocham wszystkie swoje siostrzyczki forómowe: Aduśka, Apollina, Claudia, Króweczka, Libby, Mel, Pszczoła, Struś.
Mój facet to Miron Lipski heart    iris
Kocham swój wieczny avek <3

Offline

 

#145 2010-01-07 20:11:28

mlawer
Prostuje spinacze
Zarejestrowany: 2009-09-09
Posty: 3326

Re: taka mała miniaturka

Brzydulomaniaczko lol nie bardzo wiem co Ci odpisać. Bardzo się cieszę, że Tobie wiernej i oddanej fance Aleksa się podobało smile To dla mnie niesamowity komplement i ogromna radość. Co do kolejnej miniatury to właśnie nad jedną pracuję (sorki tym razem nie o Mrocznym Księciu - ale spokojnie nie zapominam o nim). Trochę już napisałam ale wen mi zdechł i czekam aż łaskawie zmartwychwstanie. Pozdróweczki dla wszystkich.


All the lonely people... Where do they all come from?
DORIS KTB Aleks_Strusiek mom matkom, cudna Kitty bliźniaczkom, jeszcze siestry mam dwie i tata Jasiu też koffa mnie! Maupka córcia ma heart Słoń ofiarny

Offline

 

#146 2010-01-07 20:15:08

brzydulomaniaczka
Przyjaciułka SteFy
Od: Gdzieś w lubelskim...
Zarejestrowany: 2009-04-04
Posty: 10576
Serwis

Re: taka mała miniaturka

mlawer napisał:

Brzydulomaniaczko lol nie bardzo wiem co Ci odpisać. Bardzo się cieszę, że Tobie wiernej i oddanej fance Aleksa się podobało smile To dla mnie niesamowity komplement i ogromna radość. Co do kolejnej miniatury to właśnie nad jedną pracuję (sorki tym razem nie o Mrocznym Księciu - ale spokojnie nie zapominam o nim). Trochę już napisałam ale wen mi zdechł i czekam aż łaskawie zmartwychwstanie. Pozdróweczki dla wszystkich.

Z tego wywodu wyłapałam tylko jedno zdanie: sorki tym razem nie o Mrocznym Księciu - ale spokojnie nie zapominam o nim xD A więc coś będzie. Super.
ja idę się uczyć. Nareszcie.


Kocham wszystkie swoje siostrzyczki forómowe: Aduśka, Apollina, Claudia, Króweczka, Libby, Mel, Pszczoła, Struś.
Mój facet to Miron Lipski heart    iris
Kocham swój wieczny avek <3

Offline

 

#147 2010-01-18 22:51:03

mlawer
Prostuje spinacze
Zarejestrowany: 2009-09-09
Posty: 3326

Re: taka mała miniaturka

Po długiej przerwie powracam z otchłani niebytu z takim oto tekstem - pomysł powstał na kanwie (nie nie ukrywam tego) truskawkowego konkursu. Na konkurs nie miałam sił ani czasu napisać, ale pomysł zagnieździł się mocno i stanowczo żądał realizacji (nie zważając na to, że wen mi zdechł) no i oto jest. Miłej lektury.
Pozdrówki dla wszystkich.

Iris - spoko loko, Mroczny Książę będzie. Nie wiem kiedy ale będzie cool

A potem żyli długo i …?

Zaskoczony wpatrywał się w jasny ekran laptopa. To już pięć lat. Niesamowite jak ten czas pędzi – niezbyt oryginalna, a przecież jakże prawdziwa myśl przemknęła mu przez głowę. Przygotowując zestawienie skuteczności promocji z ostatniego dziesięciolecia ściągnął do jednego folderu wszelkie dostępne zdjęcia z pokazów ich kolekcji –przeglądając je uśmiechał się do wspomnień, które budziły. A potem trafił na zdjęcia z pokazu FD Gusto. Ich wspólne zdjęcia. Z zaskoczeniem stwierdził, że od tamtego pamiętnego dnia minęło już pięć lat. Niewiarygodne.
Tamten dzień wcale nie zaczął się dobrze. Wręcz przeciwnie. Zaczął się źle. Bardzo źle. Najgorzej. Pakując walizki, mając w perspektywie koszmarny wyjazd z wyraźnie napaloną panną Febo i obracając wciąż i wciąż w skołatanej głowie myśl o Uli odchodzącej w siną dal z tym całym kardiologiem, czuł się fatalnie. Jeszcze nigdy w całym swoim życiu tak się nie czuł.  Tak, jakby nic nie miało już sensu. Po raz pierwszy odkąd sięgał pamięcią, nie chciało mu się żyć. Stracił ostatnią, słabą nadzieję, kiedy Ula nie przyszła do szpitala. Łudził się sądząc, że wciąż go kochała. Najwyraźniej ani go nie kochała, ani już nawet nie nienawidziła. Był jej najzupełniej obojętny. Wyjątkowo jasno mu to okazała. Przecież znał ją tak dobrze. Wiedział, że gdyby choć trochę obchodził ją jego los – dotarłaby do szpitala. Aż nazbyt dobrze pamiętał, jak przejmowała się ludźmi ze swego otoczenia – choćby wtedy, kiedy zniknęła Viola. Wszyscy mieli to w nosie. Ale nie Ula. Ona zawsze była taka czuła i wrażliwa. Ludzie byli dla niej ważni. Poza nim. Panna Cieplak wykreśliła go ze swego życia. Stał się dla niej mniej istotny nawet od Violetty… Nie mógł znieść tej myśli. I nie potrafił sobie wyobrazić, jak będzie wyglądała firma bez Uli, bez jej delikatnego uśmiechu, od którego widoku był uzależniony, bez jej subtelnego, przenikniętego nutą pierwszych, świeżych truskawek, zapachu, który był mu tak niezbędny do normalnego funkcjonowania, jak tlen. Musiał uciec, aby przynajmniej te pierwsze, najgorsze chwile po jej odejściu przeczekać gdzieś daleko, gdzieś, gdzie będzie mógł udawać, że tak naprawdę jej nigdy nie było… Nie łudził się, że uda mu się odbudować związek z Pauliną, bo nie było czego odbudowywać. Po pełnym pasji, młodzieńczym zauroczeniu z jakim niegdyś spoglądał na pannę Febo nie pozostały już nawet zgliszcza. I to nie była ani wina, ani zasługa Uli. Uczucie do własnej asystentki pomogło tylko Dobrzańskiemu zrozumieć coś, co przeczuwał już od dawna - że nie będzie w stanie przeżyć swego życia u boku Pauli, że każdy kolejny dzień z nią jest gorszy od poprzedniego. Nie była to wina Pauliny. Na swój sposób ona naprawdę się starała i ewidentnie darzyła go jakimś uczuciem – wątpił, aby była to miłość, może coś na kształt poczucia własności? W każdym razie wiedział, że w ich niedoszłym małżeństwie ona czułaby się spełniona. Wkraczanie przy jego boku na najelegantsze salony Europy, bycie rzecznikiem prasowym firmy, nawet ciągłe wypominanie mu prawdziwych i domniemanych zdrad, dawałyby jej poczucie satysfakcji.  Ale on tak nie mógł. Nie. Nie po tym, jak niepozorna dziewczyna z Rysiowa pokazała mu, co to znaczy kochać prawdziwie. Nawet teraz, wiedząc, że traci ją na zawsze nie żałował wspólnych chwil w palmiarni, nad Wisłą, w SPA… Powoli, niepostrzeżenie Ula Cieplak przewróciła jego beztroskie i bezmyślne życie do góry nogami. Dzięki niej świat nagle nabrał nowych, niezwykłych barw i smaków. Ona odsłoniła przed nim życie, jakiego nie znał – szczere, proste, pełne ciepła i troski. Wśród jej rodziny czuł się lepiej niż wśród własnej. A w jej towarzystwie… Przy niej nigdy nikogo nie udawał, nie pozował na Casanovę ani rekina biznesu, był sobą. Młodym, pełnym radości życia mężczyzną, któremu pieniądze i sukcesy jeszcze do końca nie zawróciły w głowie, który dostrzegał, że popełnił wiele głupich błędów- przed Ulą, i tylko przed nią, umiał się do tego przyznać. Przy niej był sobą, czuł się swobodny i akceptowany. W niej znalazł prawdziwego przyjaciela. Nie kumpla do wspólnej zabawy, jakim wówczas był Seba, ale kogoś, kto zawsze był wobec niego uczciwy, kto zawsze mówił mu prosto w oczy prawdę – Nawet, jeśli byłą ona bolesna i przykra. Kogoś, na kim mógł polegać, na kogo mógł liczyć. Z dnia na dzień coraz bardziej się od niej uzależniał. Nie tylko zawodowo. Także emocjonalnie. Początkowo to lekceważył, udawał że nic się nie dzieje, nie ma się czym niepokoić. Z czasem zaczął szukać sobie wymówek – tak, zapewne powinien omówić ten problem z narzeczoną, ale ona jest taka zajęta przygotowaniami do ślubu. A Ula zawsze ma czas, prawda? Najwyżej potem odwiezie ją do domu… Paulę to zdenerwuje? Paulę niemalże wszystko denerwuje, więc nie ma się czym przejmować.
Jej wyznanie – „Zakochałam się w tobie, przepraszam.” … Tyle razy słyszał podobne słowa z ust kobiet, wielu kobiet, bardzo pięknych kobiet. Tylko jej wyznanie zrobiło na nim wrażenie, sprawiło, że serce zaczęło mu walić w piersiach nierównym, niespokojnym rytmem, jakby wyrwane z długiego, zimnego snu. Ku swemu własnemu zdumieniu słysząc jej słowa poczuł żal – nie do niej i nie nad nią – żałował, że nie odwzajemnia jej uczuć… Wiedział, że wypowiedzenie tych kilku słów musiało ją wiele kosztować. Podziwiał ją. Wzruszała go jej odwaga i szczerość. Słysząc jej drżący, łamiący się głos, widząc łunę rumieńca na jej zwykle bladej twarzy, czuł całym sobą, że ta wyjątkowa kobieta obdarzyła go czymś niezwykłym, bezcennym. Ula mówiąc „kocham” nie miała na myśli, jak jego liczne kochanki, ani jego pieniędzy, ani pozycji, ani nawet uroczych dołeczków, nad którymi w zachwytach rozpływała się żeńska połowa świata (a i część męskiej połowy również).  Kochając, kochała jego – Marka Dobrzańskiego takiego, jakiego poznała ( a znała go przecież lepiej nawet od jego własnej narzeczonej) – z wszystkimi jego niewątpliwymi zaletami jak i z niedającymi się ukryć wadami.
Dlaczego już wtedy nie dostrzegł, że jest jego drugą połową, że życie bez niej nie jest życiem tylko żałosną egzystencją… Gdyby wówczas wziął ją w ramiona, posłał do diabła, lub do Mediolanu, Paulinę i zdobył się na szczerość wobec samego siebie, teraz byliby razem, szczęśliwi, zakochani…
Nie. Nie miał na to siły. Nie w tej chwili. Jak już wyjedzie, będzie mógł się do woli katować wyobrażeniami w rodzaju, „co by było, gdyby…”. Ale po kolei. Walizki spakowane. Bilet ma w kieszeni marynarki. Teraz zniesie bagaż do samochodu i grzecznie pojedzie po Paulę (mimo woli skrzywił się na samą myśl o wspólnej podróży) i razem udadzą się na lotnisko.
Tak. To prosty plan. Tylko nie wolno mu oglądać się za siebie, nie może po raz kolejny narzucać się jej ze swymi uczuciami. Miał swoją szansę. Zmarnował ją. Koniec.
A potem był Piotr („ona cię kocha – nie wyjeżdża ze mną”) i szaleńcza jazda na pokaz FD Gusto. I lęk, kiedy nie mógł znaleźć jej ani za kulisami, ani wśród gości. Spanikowany wkroczył na scenę i zaczął ją wywoływać. Kiedy wreszcie ją zobaczył… Oszałamiająca euforia, krew tętniąca w skroniach, plączący się ze wzruszenia język i wewnętrzne drżenie – czy to możliwe, czy ona, czyżby jednak???
- Jeśli to prawda, to cudownie, bo ja ciebie też, bardzo, bardzo kocham Ula – nie liczyło się już nic, tylko jej ramiona, jej słodki zapach, jej dotyk, jej usta.
Porwał ją wtedy w objęcia i nie chciał wypuścić. Za nic w świecie.
Uciekli z pokazu. Seba, prawdziwy kumpel, dyskretnie im pomógł i obiecał przekazać Krzysztofowi, że chwilowo zostawiają losy kolekcji w jego rękach. W końcu były sprawy ważne i najważniejsze. Marek wiedział, że jego ojciec doskonale to zrozumie i nie będzie robił im wymówek.
Pojechali nad Wisłę. Nie byli tam długo. Ula nadal miała na sobie piękną, lecz niepraktyczną suknię ślubną. Ale musieli tam zajrzeć, choć na kilka magicznych sekund. Stanąć razem w tym pamiętnym miejscu i w milczeniu kontemplować szczęście. To było jak zamknięcie rozdziału, jak kropka, na końcu niezwykle istotnego zdania…
Potem zabrał ją do siebie. Potrzebowali miejsca, gdzie mogliby sami, spokojnie porozmawiać. Jego mieszkanie nadawało się do tego dużo lepiej niż jej dom, nie wspominając już o firmie.
Rozglądała się ciekawie. Zdumiewające, ale żadne z nich nie czuło się niezręcznie, nie byli skrępowani ani zakłopotani. Bycie razem było dla nich zupełnie naturalne, nie musieli niczego udawać. Uśmiechnął się widząc, jak ściąga szpilki, rozpina naszyjnik i burząc misterną fryzurę wygodnie sadowi się na kanapie. Bezpretensjonalna i pełna łagodnego ciepła – sam jej widok sprawiał, że jego serce wypełniała radość.
- Herbaty?
- Chętnie. Troszkę mi chłodno, ciepła herbata działa cuda. I dobrze się przy niej rozmawia. A my przecież mamy o czym pogadać…- patrzyła na niego ze spokojem i z powagą.
Po chwili przyniósł im parujący, złocisty napój i ciepły koc. Usiadł obok niej. Kiedy wyciągnął ku niej ramiona poczuł, że na ułamek sekundy zawahała się zanim pozwoliła mu się objąć i oparła głowę na jego barku. Zasmuciło go to. Czy teraz już zawsze będzie stosowała wobec niego zasadę ograniczonego zaufania? Czy już nigdy nie odzyska tamtej pełnej wiary w niego dziewczyny, przy której czuł się rozumiany i bezgranicznie, bezwarunkowo kochany? Czy po tym wszystkim co przeszli, po tym jak się wobec niej zachował miał jednak prawo wymagać od niej zupełnego, totalnego zaufania? Przygryzł wargi…
- Marek – Ula przyglądała się uważnie jego twarzy – ja… daj mi jeszcze trochę czasu… chcę ci zaufać, jesteś, jesteś moim przeznaczeniem, moim życiem. Dziś przekonałam się, że bez ciebie… bez ciebie wszystko traci sens… Ale nadal trochę się boję. Przepraszam…
Bezbronnym, pełnym właściwego tylko jej wdzięku, ruchem przytuliła swój policzek do jego torsu.
Marek delikatnie położył dłoń na jej włosach, nieświadomie zaczął bawić się jedwabistymi, ciemnymi pasmami.
-  Ula, dostaniesz tyle czasu, ile potrzebujesz. Teraz już nigdzie nam się przecież nie spieszy.- jej słowa dały mu nadzieję i napełniły go otuchą. Prosiła o czas. Dostanie go. Dostanie od niego wszystko, czego zażąda.
Obejmowali się mocno, czerpiąc od siebie nawzajem ciepło i siłę. Przegadali pół nocy. Marek mógł wreszcie opowiedzieć jej swoją wersję ich historii. A Ula mogła przekonać się, jak niesprawiedliwie i pochopnie traktowała go ostatnimi czasy. Ta szczera rozmowa pomogła im pozbyć się zadawnionych żalów, skrywanych ran, tkwiących gdzieś głęboko igiełek zazdrości (Marek z trudem powstrzymał się przed odtańczeniem tańca zwycięstwa na wieść, że pomiędzy Ulą i Piotrem, poza kilkoma pocałunkami, do niczego nie doszło. Ula miała podobne odczucia, gdy wreszcie uwierzyła, że Marek nie spędził żadnej nocy po ich rozstaniu w ramionach Klaudii czy jakiejś innej piękności). Zasnęli na kanapie, w połowie rozmowy. Najważniejsze zostało już powiedziane. Oboje mieli pewność, że są połówkami jednej pomarańczy i skoro w tym zwariowanym świcie udało im się na siebie trafić, choć pozornie nie mieli na to szansy, nie zmarnują wygranego na loterii życia losu, nie narażą łączącego ich uczucia na kolejne burze.
Promienie porannego słońca tak długo łaskotały go po policzkach i powiekach, że w końcu, acz niechętnie, musiał otworzyć oczy. Przez chwilę sądził, że nadal śni. W jego ramionach, mocno przez niego obejmowana, spoczywała Ula odziana w śnieżnobiałą suknię ślubną. Jego zaspanemu umysłowi zajęło kilka dobrych sekund odtworzenie przebiegu zdarzeń z ubiegłego dnia. To nie był sen. On i Ula byli razem. Wreszcie. Ujął twarz śpiącej kobiety. Pochylił głowę i złożył na jej pełnych, karminowych ustach, delikatny pocałunek.
- Mmmm… Marek – Ula wyszeptała przez sen, po czym oddała pocałunek.
Poczucie triumfu i szczęścia, jakie ogarnęły go, gdy usłyszał jej zaspany głos wypowiadający jego imię. „No niechby tylko wyszeptała <Piotr> - pomyślał gładząc jej rozgrzany snem policzek – wyskoczyłbym chyba przez najbliższe otwarte okno.” Uśmiechnął się sam do siebie. Piotra już nie było. Pauli też. Byli tylko oni. Ula i Marek. Tak. Tak. Tak.
- Masz bardzo ciekawy wyraz twarzy, wiesz? – rozbudzona panna Cieplak z figlarnym uśmiechem wpatrywała się w mężczyznę. I nie sprawiała wrażenia jakby w najbliższym czasie miała ochotę wyrwać się z jego objęć.
- Doprawdy? – Marek w charakterystyczny dla siebie sposób posłał jej uwodzicielski uśmiech i uniósł jedną z brwi (*)
- Doprawdy, doprawdy. – Ula tłumiła chichot. - Przez chwilę marszczyłeś się, jakbyś no nie wiem, powiedzmy … miał nagłą a nad wyraz plastyczna wizję Aleksa…
- O jeżuniu – jęknął Marek – Ula, za jakie grzechy, no proszę cię, ani słowa o tym Czarnym a Obłędnym Jeźdźcu Apokalipsy.
- Ale tak wyglądałeś! -  Ula parsknęła śmiechem – A potem nagle wzrok ci się zrobił taaaki… no… hm… maślany…. Jakby… - tu Ula pokazała, że potrafi być złośliwa – jak choćby na widok Mirabelli, albo Domi, albo… - Widząc, że Marek za chwilę wybuchnie, panna Cieplak zerwała się z kanapy i rzuciła z piskiem do ucieczki.
- Ulka, pożałujesz tego!!! – Marek nie zwlekając ruszył w pogoń za uciekającą i złośliwie chichoczącą panną młodą. – Radzę ci zmykaj, bo jak cię dorwę…
Suknia ślubna skutecznie utrudniała pannie Cieplak ruchy, Marek dogonił ją w kilka sekund. Dogonił i natychmiast mocno objął.
- No i co mi zrobisz, jak już mnie złapałeś? – zaróżowiona i roześmiana wpatrywała się w niego intensywnie.
- Hmmm… - Marek udawał, że głęboko zastanawia się nad odpowiedzią. – Za opowiadanie takich herezji czekają panią nieludzkie tortury.
- Och, doprawdy? – Ula przygryzała wargi, tłumiąc śmiech – Obiecanki, cacanki… Łaaa! Marek przestań, natychmiast przestań! Ha, ha, ha! Błagam ja mam koszmarnego łaskotki…
Dobrzański ani myślał okazać litość i kontynuował łaskotki. Ulka śmiejąc się w głos starała jakoś wyswobodzić się z jego uchwytu. W efekcie oboje wylądowali na podłodze. Śmieli się jeszcze przez chwilę. On pierwszy spoważniał. Wpatrując się w jej rozbawione, iskrzące się radością oczy, czując jej ciało tak blisko siebie, zrozumiał, że za chwilę straci nad sobą kontrolę i rzuci się na nią… A przecież nie chciał, żeby sądziła, że tylko jedno mu w głowie… Odsunął się nieco.
- Chyba powinniśmy… - zaczął.
- Nie! – Ula szybkim ruchem przytuliła się do niego. – Jeszcze chwilę, poleżmy tak jeszcze przez momencik, proszę…
- Ula…Kiedy ja nie dam rady…
Kobieta spojrzała na niego ze zdumieniem. I natychmiast oblała się pomidorowym rumieńcem, bo żar jaki ujrzała w jego spojrzeniu od razu wytłumaczył jej jego zachowanie. Przygryzła wargi. Objęła go mocniej i wyszeptała mu wprost do ucha.
- A może ja wcale nie chcę żebyś dawał radę…
Na te słowa Marek nie mógł nie zareagować. Nie mieli szans dotrzeć do sypialni. W starciu z ich namiętnością, szans nie miała  również misternie zaprojektowana suknia, a zwłaszcza jej niemalże kilometrowej długości zapięcie. Po kilku pełnych napięcia minutach spędzonych na walce z drobnymi guziczkami Marek wołając „A do diabła z tym cholerstwem!” szarpnął zapięcie z taką siłą, że perłowobiałe kulki potoczyły się po całym mieszkaniu (potem jeszcze przez jakiś tydzień nadziewał się na nie w różnych zakamarkach, zazwyczaj boleśnie wbijały mu się w bose stopy, gdy z rana szedł do łazienki, lub do kuchni – w duchu uważał, że to zemsta Pshemko za zniszczenie sukni, który to czyn omal nie przyprawił Mistrza o zawał serca). Kiedy już oboje byli nadzy, nagle przestało im się spieszyć. Dotykali się nawzajem ostrożnie, z czułością, jakby obawiając się spłoszyć przenikające ich emocje. Opuszkami palców obrysowywał kontur jej ust, badał łagodną linię szyi i powolnymi, niemal leniwymi ruchami sięgał ku jej piersiom czując jednocześnie jej dłonie na swoim karku, w swoich włosach… To nie był tylko seks. To była po prostu miłość.
    Oświadczył jej się dwa dni później. I stanowczo nalegał, ku wielkiemu rozbawieniu Uli, by nie przesadzali z długością okresu narzeczeństwa. Chciał ją mieć tylko dla siebie. Zasypiać przy niej i przy niej się budzić.
    Po skromnym, ale pełnym ciepła ślubie, który wzięli ledwie dwa miesiące po zaręczynach w kościółku w Rysiowie, młodzi państwo Dobrzańscy wybrali się w dwutygodniową podróż poślubną. Sytuacja w firmie nadal była nie najlepsza, nie mogli pozwolić sobie na dłuższy urlop. A skoro czasu nie mieli zbyt wiele, nie zamierzali tracić dwóch cennych dni na podróż. Dlatego zamiast na jakąś egzotyczną wyspę, czy do zagranicznego kurortu, wyjechali w Pieniny. Znajomy Krzysztofa Dobrzańskiego miał tam położoną w ustronnym miejscu, uroczą willę, której z chęcią użyczył nowożeńcom. Ula i Marek wreszcie mogli się sobą do woli nacieszyć. I cieszyli się. Rozrabiali jak para dzieciaków. Wygłupiali się. Bawili. Ale przede wszystkim … prawie nie wychodzili z łóżka, gdzie kochali się i rozmawiali bez końca. Powierzali sobie nawzajem najgłębiej skrywane tajemnice, dzielili się wspomnieniami, przeżyciami i przemyśleniami. Coraz mocniej czuli, że są razem, że stanowią jedność. W czasie tych czternastu dni odkryli przed sobą nie tylko serca, ale i dusze.
    Zamieszkali w niedużym, niezwykle ciepłym domku położonym w połowie drogi pomiędzy Rysiowem i Warszawą. Wybierali go wspólnie. I od pierwszej chwili, gdy go ujrzeli wiedzieli, że jest stworzony właśnie dla nich. Nie był do bólu elegancki ani nowoczesny, jak rezydencja w której Marek mieszkał niegdyś z Pauliną, wręcz przeciwnie. I to właśnie im odpowiadało. W tym domu czuli się na swoim miejscu. Byli szczęśliwi. I wydawało się, że nic nie może tego zepsuć ani zmienić. A przynajmniej Marek był o tym przekonany. Patrząc na swą żonę przyrzekał sobie, że uchroni ją przed cierpieniem, że sprawi, iż zawsze otaczać będą ja radość i miłość, że on sam będzie murem chroniącym ją przed wszelkim bólem i złem. Tak bardzo ją kochał i tak bardzo pragnął dotrzymać danego słowa. Nie mógł przewidzieć, że życie boleśnie zweryfikuje jego zamiary, że nie będzie w stanie uchronić jej przed cierpieniem.
    Kiedy po krótkiej podróży poślubnej wrócili do pracy byli pełni energii i zapału, gotowi do walki–  wiedzieli, że Aleks nie zostawi ich w spokoju dopóki posiada pakiet akcji FD. Mimo to nie czuli lęku. Razem byli w stanie odeprzeć nawet zmasowany atak rodzeństwa Febo. Nie przewidywali innych problemów. Mylili się.
    W kilka tygodni po powrocie z Pienin Ula zaczęła źle się czuć. Była rozkojarzona. Straciła apetyt. Kiedy zasłabła w pracy Marek niemalże siłą zaciągnął ją do lekarza.
    Jeszcze chyba żaden mężczyzna nie cieszył się z wiadomości, że zostanie ojcem tak żywiołowo jak młody Dobrzański. Jeszcze tego samego dnia, ze zwycięską miną, rozgłosił radosną wieść w całej firmie. Ula z trudem powstrzymała go przed obdzwonieniem wszystkich znajomych. A on najchętniej wykrzyczałby całemu światu, że spodziewają się dziecka. W przeciągu kilku dni wykupił tyle rzeczy dla swego przyszłego potomka, że Ula zastanawiała się czy w pobliskich sklepach z artykułami dla dzieci coś jeszcze zostało. Łóżeczko, przewijak, pieluchy, i masy ubranek po prostu zalewały ich mieszkanie. No i wszelki możliwe książki o wychowaniu bobaska – Marek zachowywał się jakby dostał kompletnego bzika. Nie mogli jeszcze poznać płci dziecka – zatem kupował większość rzeczy w dwóch wersjach – dla dziewczynki i dla chłopca. Kiedy żona próbowała go nieco poskromić, twierdząc, że to niezbyt racjonalne, stanowczo zaprotestował. Bo przecież jeśli tym razem będzie chłopiec, to potem dziewczynka. I na odwrót, rzecz jasna. Zatem nic się nie zmarnuje, nieprawdaż? Ula tylko kręciła z rozbawieniem głową.
    Tego co się wydarzyło nikt nie mógł przewidzieć. Nikt.
    Jechali po pracy do Rysiowa. Ula chciała zabrać na weekend Beatkę, żeby Ala i Józef mieli trochę czasu dla siebie. Tamten samochód pojawił się znikąd i pędził jak szalony. Zderzenia nie dało się w żaden sposób uniknąć. Zresztą potem okazało się, że sprawca wypadku był kompletnie pijany.
    Próbował ją zasłonić. Całym ciałem rzucił się w jej stronę. A i tak to ona najbardziej ucierpiała. Złamanie obojczyka i kilku żeber. Liczne urazy wewnętrzne. Jak błędny tkwił przy noszach, na których ułożono jej kruche ciało. Była taka blada. A wokół było pełno krwi. Nie pozwolił się dotknąć ratownikom. Nie obchodziło go, że ma rozciętą głowę, że ręka wygląda na złamaną. Nie czuł bólu. Tylko paniczny strach. Ula, Ula, Ula…
    W szpitalu uparcie nie chciał odejść od jej łóżka podczas wstępnego badania. Nawet przerażony, wezwany przez znajomego policjanta teść, nie mógł go od niej odciągnąć. Wreszcie podszedł do niego jakiś lekarz. Wpatrywał się oszołomiony w odzianą w biały kitel sylwetkę mężczyzny. Jego słowa, ostre, stanowcze, przedarły się do jego otępiałej świadomości. Pęknięta śledziona, przebite płuco. Konieczna operacja. Stan ciężki. Zabieg może być fatalny dla dziecka.
    Bez wahania podpisał zgodę. Dziecko było ważne. Tak. Ula najważniejsza. Potem niewiele już pamiętał. Zabrano ją na blok operacyjny. Pozwolił się opatrzeć i, nie zważając na protesty pielęgniarek, wrócił na szpitalny korytarz. Musiał być blisko, kiedy skończą operować. Musiał ją zobaczyć. Dowiedzieć się co z nią i ich maleństwem. Nie pamiętał kto był tam poza nim. Zapewne Józef i chyba Seba, Maciek, no tak i jego rodzice (**) chyba też…  Nie pamiętał. Pamiętał tylko czarną, gęstą, duszącą rozpacz, która opatulała go szczelnie, tłumiąc wszelkie inne odczucia i doznania. Ula, Ula, Ula…
    Otrzeźwiał nieco widząc wychodzącego z sali lekarza. Żyje. Jest nieprzytomna i słaba, ale to młoda dziewczyna. Wyjdzie z tego. Wszystko będzie dobrze. A dziecko… Niestety… Nie udało się go uratować. 
    Ocknęła się następnego dnia. Sam jej powiedział. Nie chciał, żeby dowiedziała się od miłych, ale jednak obcych i w gruncie rzeczy profesjonalnie obojętnych, lekarzy lub pielęgniarek. Widział w jej oczach rozpacz tak głęboką, tak rozdzierającą, że sam miał ochotę się rozpłakać. Tak bardzo chciał jej pomóc. Nie potrafił. Zwłaszcza, że sam cierpiąc, czuł się winnym i odpowiedzialnym za jej ból. Nie potrafił jej ochronić. Wiele bezsennych nocy spędził wpatrując się w jej pogrążoną w śnie sylwetkę błagając bezgłośnie by go nie zostawiała, nie odtrącała. Tak, zawiódł ją, ale nie umiał bez niej żyć.
    Cieszył się kiedy wreszcie pozwolono jej wrócić do domu. On został wypisany kilka dni wcześniej. Spędził ten czas albo siedząc przy jej łóżku, albo pakując i chowając rzeczy które z taką radością kupował dla dziecka, które nigdy się nie narodzi… Miał nadzieję, że Ula poza szpitalem poczuje się lepiej, że z jej oczu zniknie wyraz tej przeraźliwej pustki, że wreszcie zacznie z nim rozmawiać. Od dnia, kiedy opowiedział jej o skutkach wypadku nie odezwała się doń ani słowem. Zresztą do nikogo właściwie się nie odzywała.
    Nie pomogło. Nie chciała wrócić do pracy. Całe dnie spędzała w łóżku. Zaciągnęła zasłony w pokoju i wpadła w szał kiedy chciał je odsłonić. Krzyczała i krzyczała, że go nienawidzi, że nie chce żyć, że nie chce już z nim być, że nic nie ma sensu, że to wszystko jego wina… nie wiedział co ma robić, jak jej pomóc. Czuł się bezradny. A każde jej słowo raniło go jak sztylet. Uciekł. Pół nocy spędził spacerując cichymi alejkami osiedla wspominając, jak przy wyborze domu zwracali uwagę, czy w pobliżu jest park i plac zabaw, gdzie będą mogli chodzić ze swoimi dziećmi… Zdziwiony dotknął policzka, po którym spływały słone łzy. Nawet nie zauważył, kiedy zaczął płakać. Nagle zatrzymał się. Wziął głęboki oddech. Nie. Nie. Nie. To nie może się tak skończyć. Nie. Wrócił do domu. Przez te kilka godzin, jakie pozostały do świtu przemyślał wszystko. Nie pozwoli jej odejść. Nie pozwoli jej dłużej tak się katować. Za bardzo ją kocha. Z samego rana niemal przemocą ściągnął ją z łóżka. Szarpiącą się, na przemian krzyczącą i płaczącą zaniósł do łazienki i wsadził do wypełnionej ciepłą wodą wanny. Nagle bezwolna jak lalka pozwoliła mu się wykąpać, przebrać i zaprowadzić do kuchni, gdzie wmusił w nią grzanką i szklankę soku. A potem usiadł naprzeciwko niej i zaczął mówić. Opowiadał jej o mężczyźnie, którym był – wiecznym chłopcu, który poza zabawą i przyjemnościami niczego od życia nie oczekiwał. I o kobiecie, która wywróciła jego świat do góry nogami. O miłości, która ich połączyła i która jest w stanie wszystko przetrwać, wszystko pokonać i niczego się nie boi. O tym, że nigdy jej nie zostawi i że bez niej nie jest w stanie nawet oddychać. I o tym, że nie pozwoli jej się poddać. Płakała. Po raz pierwszy od tamtego koszmarnego dnia naprawdę płakała. A potem przytuliła się do niego mocno i powtarzając, że go kocha prosiła żeby jej wybaczył te wszystkie okrutne słowa i żeby jej pomógł… Powoli, stopniowo wszystko zaczęło się układać. I choć w każdym z nich już na zawsze pozostał kolący kryształek smutku, po raz kolejny odnaleźli się nawzajem i czerpali siłę z łączącego ich uczucia, które przecież nie utraciło nic ze swej potęgi.
    Dziś już wiedział, że życie to nie bajka, że ból stanowi jego nieodłączny składnik. Jednak dopóki była przy jego boku, nie przerażało go to. Razem byli w stanie rzucić wyzwanie losowi. Wystarczyło jedno spojrzenie w jej błękitne, pełne miłości i mądrości oczy by był gotów stawić czoło wszelkim czyhającym za zakrętem przeciwnościom. Zamknął folder ze zdjęciami, wyłączył komputer. Koniec pracy na dziś. Słyszał już pod gabinetem ich głosy. Wyszedł im na spotkanie. Jego żona stała w sekretariacie i z uśmiechem na pełnych, stworzonych do pocałunków, ustach rozmawiała z Violą. Tuż obok niej ciemnowłosy trzylatek o nieco naburmuszonym wyrazie twarzy, niecierpliwie przebierał nogami. Najwidoczniej nie mógł się doczekać chwili kiedy wreszcie dorwie się do samochodzików ustawionych na biurku taty. Rozmowa z roztrzepaną ciocią Violą wcale go nie interesowała. No bo co to właściwie za ciocia, która ciągle wciska mu pomidory, a nie, jak choćby ciocia Ela, słodkie ciasteczka? Na widok mężczyzny chłopiec uśmiechnął się radośnie:
- Tato, tato! – zawołał – Robimy wyścigi?
- A mama pozwoliła?- Marek położył dłoń na kędzierzawej główce syna.
- Mama, możemy? – chłopczyk z ufnością i nadzieją podniósł wzrok na swą matkę.
- Skoro tata nie ma nic lepszego do roboty…- Ula puściła mężowi oko – Czemu nie?
- Yuppi! – chłopczyk aż podskoczył z radości.
Widząc entuzjazm malca Marek i Ula zgodnie parsknęli śmiechem. Spojrzeli na siebie. Tak. Byli szczęśliwi. Są. I będą. Nie ma obaw.









* taaa… wiem, brzmi fatalnie (uniósł brew, jak Pudzian sztangę tongue ) ale nie wiem jak inaczej miałabym to opisać – ma ktoś pomysła?
** - oczywiście chodzi o rodziców Marka, a nie Maćka…(jakoś nie mogłam inaczej skonstruować tego zdania)

Ostatnio edytowany przez mlawer (2010-01-19 19:14:12)


All the lonely people... Where do they all come from?
DORIS KTB Aleks_Strusiek mom matkom, cudna Kitty bliźniaczkom, jeszcze siestry mam dwie i tata Jasiu też koffa mnie! Maupka córcia ma heart Słoń ofiarny

Offline

 

#148 2010-01-19 00:16:55

dorocie03
Poszukiwaczka truskawek
Od: Warszawa
Zarejestrowany: 2009-10-14
Posty: 3696

Re: taka mała miniaturka

Mlawer przeczytałam to cudo i zaparło mi dech w piersiach... Nie wiem co Ci napisać, Kocham Cię za wszystkie Twoje miniaturki. Za pięknie oddane uczucia, za ich atmosferę, za dojrzałość i realizm sytuacji. Czytałam to z uśmiechem na twarzy, a potem ze łzami w oczach. Cieszę się, że postanowiłaś zakończyć historię Uli i Marka optymistycznie. heartheartheart
Mam straszny problem z cytowaniem, najchętniej włożyłabym tu cała miniaturkę. Jednak spróbuję - będą to moje ulubione fragmenty.

mlawer napisał:

Pakując walizki, mając w perspektywie koszmarny wyjazd z wyraźnie napaloną panną Febo i obracając wciąż i wciąż w skołatanej głowie myśl o Uli odchodzącej w siną dal z tym całym kardiologiem, czuł się fatalnie. Jeszcze nigdy w całym swoim życiu tak się nie czuł.  Tak, jakby nic nie miało już sensu. Po raz pierwszy odkąd sięgał pamięcią, nie chciało mu się żyć. Stracił ostatnią, słabą nadzieję, kiedy Ula nie przyszła do szpitala. Łudził się sądząc, że wciąż go kochała. Najwyraźniej ani go nie kochała, ani już nawet nie nienawidziła. Był jej najzupełniej obojętny. Wyjątkowo jasno mu to okazała. Przecież znał ją tak dobrze. Wiedział, że gdyby choć trochę obchodził ją jego los – dotarłaby do szpitala. Aż nazbyt dobrze pamiętał, jak przejmowała się ludźmi ze swego otoczenia – choćby wtedy, kiedy zniknęła Viola. Wszyscy mieli to w nosie. Ale nie Ula. Ona zawsze była taka czuła i wrażliwa. Ludzie byli dla niej ważni. Poza nim. Panna Cieplak wykreśliła go ze swego życia. Stał się dla niej mniej istotny nawet od Violetty… Nie mógł znieść tej myśli. I nie potrafił sobie wyobrazić, jak będzie wyglądała firma bez Uli, bez jej delikatnego uśmiechu, od którego widoku był uzależniony, bez jej subtelnego, przenikniętego nutą pierwszych, świeżych truskawek, zapachu, który był mu tak niezbędny do normalnego funkcjonowania, jak tlen.

Niewielki fragment, ale jak dobrze oddający uczucia Marka poklony

mlawer napisał:

Z dnia na dzień coraz bardziej się od niej uzależniał. Nie tylko zawodowo. Także emocjonalnie. Początkowo to lekceważył, udawał że nic się nie dzieje, nie ma się czym niepokoić. Z czasem zaczął szukać sobie wymówek – tak, zapewne powinien omówić ten problem z narzeczoną, ale ona jest taka zajęta przygotowaniami do ślubu. A Ula zawsze ma czas, prawda? Najwyżej potem odwiezie ją do domu… Paulę to zdenerwuje? Paulę niemalże wszystko denerwuje, więc nie ma się czym przejmować.
Jej wyznanie – „Zakochałam się w tobie, przepraszam.” … Tyle razy słyszał podobne słowa z ust kobiet, wielu kobiet, bardzo pięknych kobiet. Tylko jej wyznanie zrobiło na nim wrażenie, sprawiło, że serce zaczęło mu walić w piersiach nierównym, niespokojnym rytmem, jakby wyrwane z długiego, zimnego snu. Ku swemu własnemu zdumieniu słysząc jej słowa poczuł żal – nie do niej i nie nad nią – żałował, że nie odwzajemnia jej uczuć… Wiedział, że wypowiedzenie tych kilku słów musiało ją wiele kosztować. Podziwiał ją. Wzruszała go jej odwaga i szczerość. Słysząc jej drżący, łamiący się głos, widząc łunę rumieńca na jej zwykle bladej twarzy, czuł całym sobą, że ta wyjątkowa kobieta obdarzyła go czymś niezwykłym, bezcennym. Ula mówiąc „kocham” nie miała na myśli, jak jego liczne kochanki, ani jego pieniędzy, ani pozycji, ani nawet uroczych dołeczków, nad którymi w zachwytach rozpływała się żeńska połowa świata (a i część męskiej połowy również).  Kochając, kochała jego – Marka Dobrzańskiego takiego, jakiego poznała ( a znała go przecież lepiej nawet od jego własnej narzeczonej) – z wszystkimi jego niewątpliwymi zaletami jak i z niedającymi się ukryć wadami.

Doprawdy nie wiem, jak mi się uda nie zacytować calości!

mlawer napisał:

i szaleńcza jazda na pokaz FD Gusto. I lęk, kiedy nie mógł znaleźć jej ani za kulisami, ani wśród gości. Spanikowany wkroczył na scenę i zaczął ją wywoływać. Kiedy wreszcie ją zobaczył… Oszałamiająca euforia, krew tętniąca w skroniach, plączący się ze wzruszenia język i wewnętrzne drżenie – czy to możliwe, czy ona, czyżby jednak???
- Jeśli to prawda, to cudownie, bo ja ciebie też, bardzo, bardzo kocham Ula – nie liczyło się już nic, tylko jej ramiona, jej słodki zapach, jej dotyk, jej usta.
Porwał ją wtedy w objęcia i nie chciał wypuścić. Za nic w świecie.

Tu odleciałam i dłuuuuuuugo nie mogłam wrócić....heart
A potem cały ten fragment o pobycie Uli w mieszkaniu Marka, ich rozmowa, kiedy ona budzi się w jego ramionach. To wszystko co dzieje się z nimi tego ranka - cud, miód i ambrozja....poklony

mlawer napisał:

Oświadczył jej się dwa dni później. I stanowczo nalegał, ku wielkiemu rozbawieniu Uli, by nie przesadzali z długością okresu narzeczeństwa. Chciał ją mieć tylko dla siebie. Zasypiać przy niej i przy niej się budzić.

Osobiste dzięki za ten fragmencik... Zawsze uważałam, że Marek nie dałby rady zwlekać z oświadczynami, ani wytrwać z Ulą w zbyt długim narzeczeństwie. On chciał ją mieć przy sobie od zaraz i już na zawsze.

mlawer napisał:

Jeszcze chyba żaden mężczyzna nie cieszył się z wiadomości, że zostanie ojcem tak żywiołowo jak młody Dobrzański. Jeszcze tego samego dnia, ze zwycięską miną, rozgłosił radosną wieść w całej firmie. Ula z trudem powstrzymała go przed obdzwonieniem wszystkich znajomych. A on najchętniej wykrzyczałby całemu światu, że spodziewają się dziecka.

Tak, tak, tak... Cały Dobrzański, cały on...
Pozwolisz, że ominę całą scenę wypadku. Czytałam ją ze ściśniętym sercem.

mlawer napisał:

Ocknęła się następnego dnia. Sam jej powiedział. Nie chciał, żeby dowiedziała się od miłych, ale jednak obcych i w gruncie rzeczy profesjonalnie obojętnych, lekarzy lub pielęgniarek. Widział w jej oczach rozpacz tak głęboką, tak rozdzierającą, że sam miał ochotę się rozpłakać.

Chyba, jak dla mnie najsmutniejszy fragment, ale i też najpiękniejszy. Nie chciał, aby ktokolwiek inny powiedział jej prawdę. Ilu na jego miejscu po prostu by stchórzyło?

mlawer napisał:

Nie pozwoli jej dłużej tak się katować. Za bardzo ją kocha. Z samego rana niemal przemocą ściągnął ją z łóżka. Szarpiącą się, na przemian krzyczącą i płaczącą zaniósł do łazienki i wsadził do wypełnionej ciepłą wodą wanny. Nagle bezwolna jak lalka pozwoliła mu się wykąpać, przebrać i zaprowadzić do kuchni, gdzie wmusił w nią grzanką i szklankę soku. A potem usiadł naprzeciwko niej i zaczął mówić. Opowiadał jej o mężczyźnie, którym był – wiecznym chłopcu, który poza zabawą i przyjemnościami niczego od życia nie oczekiwał. I o kobiecie, która wywróciła jego świat do góry nogami. O miłości, która ich połączyła i która jest w stanie wszystko przetrwać, wszystko pokonać i niczego się nie boi. O tym, że nigdy jej nie zostawi i że bez niej nie jest w stanie nawet oddychać. I o tym, że nie pozwoli jej się poddać. Płakała. Po raz pierwszy od tamtego koszmarnego dnia naprawdę płakała. A potem przytuliła się do niego mocno i powtarzając, że go kocha prosiła żeby jej wybaczył te wszystkie okrutne słowa i żeby jej pomógł…

A tu czytajac też płakałam i tyle lzy2

mlawer napisał:

Na widok mężczyzny chłopiec uśmiechnął się radośnie:
- Tato, tato! – zawołał – Robimy wyścigi?
- A mam pozwoliła?- Marek położył dłoń na kędzierzawej główce syna.
- Mama, możemy? – chłopczyk z ufnością i nadzieją podniósł wzrok na swą matkę.
- Skoro tata nie ma nic lepszego do roboty…- Ula puściła mężowi oko – Czemu nie?
- Yuppi! – chłopczyk aż podskoczył z radości.
Na widok jego entuzjazmu Marek i Ula zgodnie parsknęli śmiechem. Spojrzeli na siebie. Tak. Byli szczęśliwi. Są. I będą. Nie ma obaw.

Jak już pisałam wyżej I heart you poklony poklony


GNAJ heart, Iwona, SWSiOCJT, KTB, MDUC, Jowi46   Filip.B heart

"Markowe dołeczki znakiem markowym Marka. Aleksander w szoku. A Ula - w kanarkach"
"To tylko moja wyobraźnia" ,"Coś małego", "Inaczej"

Offline

 

#149 2010-01-19 10:05:41

Noelka^^
Markoholiczka
Zarejestrowany: 2009-11-29
Posty: 3037

Re: taka mała miniaturka

Boże śliczne.....Nie mam słow...Jedna z najpiękniejszych tutaj miniaturek....I będe do niej powracac jeszcze dlugo,dlugo..Cudowne:)


I pozwól mi spróbować jeszcze raz. Chcę trochę czasu, bo czas leczy rany. I chciałabym zobaczyć co co dzieje się w mych snach
i nie chcę płakać, Panie mój!
Uczyń bym była z kamienia. Bym z kamienia była znów!

Offline

 

#150 2010-01-19 11:11:52

Jolcia
Cień Uli
Zarejestrowany: 2009-12-01
Posty: 349

Re: taka mała miniaturka

Jaki słodziak.... Dziękuję Ci za niego. Nawet za to,że nie wszystko było cukierkowe, bo przecież w życiu nie zawsze idzie tak jak się wymarzyło i są przeszkody, ale razem da się wszystko przetrzymać.Za naprawdę zakochanego i mądrego Marka. CUDNIE...


Życie jest jak podróż pociągiem. Składa się z wsiadania i wysiadania. Naszpikowana jest przyjemnymi niespodziankami i głębokimi smutkami.Pełna wyzwań, oczekiwań, marzeń i pożegnań... Ale nigdy powrotów.
GNAJ  DORIS  MDUC

Offline

 

Stopka forum

Powered by PunBB© Copyright 2002–2018 PunBB
statystyka